poniedziałek, 6 czerwca 2016

Protest song, czyli obraz mediów oczami Grzegorza Filipa





„Druga znajomość poszerzająca świat Bernarda zawiązała się w przestrzeni wirtualnej. Szukając czegoś o czytanej właśnie książce, skomplikowanej powieści, której lektura nastręczyła niemało trudności, natknął się na blog poświęcony książkom. Jego autorka dzieliła się swoimi kłopotami ze zrozumieniem tego niełatwego utworu, zdążyła jednak dotrzeć do wydania ze wstępem, który wiele wyjaśniał. Podawała jego główne tezy, dzięki czemu Bernardowi na tyle rozpogodziło się w głowie, że dalej czytał już z większą świadomością. Skomentował ten wpis, później dodał coś jeszcze po przeczytaniu całej książki, a następnie korzystał z doświadczeń autorki bloga, planując kolejne lektury (…) Używała tylko imienia Teodora i nie pisała nic o sobie. Żadnych spraw osobistych, zdjęć, nic, tylko lektury. Blog Teodory – taka była nazwa strony. Zdarzało mu się tam zaglądać kilka razy dziennie, rano obowiązkowo zaczynał od tego swoją skąpą aktywność w sieci. Była niewielka, bo nikt do niego nie pisał, a Bernard nie miał w zwyczaju udzielania się w przestrzeniach społecznościowych i nie szukał kontaktów. Szperał w poszukiwaniu myśli, nie ludzi.”* 

Przytoczony fragment pochodzi z nowej i dosyć nieprzewidywalnej książki Grzegorza Filipa „Miłość pod koniec świata”. Od razu podkreślam, że Teodora nie jest główną bohaterką, wspomnienie o jej blogu to epizodzik, ale pozwoliłam go sobie przedstawić, ponieważ ten fragmencik sprawił mi (tak jak chyba każdemu blogerowi książkowemu) ogromną przyjemność. Dzisiaj wielu pisarzy, także nasz autor, prowadzi blog, ale nieczęsto spotykamy tego typu publiczną nobilitację wplecioną w prozę:) Poza tym – powyższy cytat znalazł się w książce nieprzypadkowo i stanowi maleńki, ale istotny element większej układanki. 

Przejdźmy jednak do sedna, zapomnijmy o epizodziku z Teodorą i spójrzmy na głównych bohaterów: Anna jest dziennikarką, która przyjeżdża na prowincję w poszukiwaniu materiałów dotyczących korupcji. Sprawa, którą się zajmuje, jest dość mglista i śliska, ponieważ ktoś wpływowy już próbuje ją wyciszyć. Bernard - mężczyzna z przeszłością - zaszył się na prowincji, by zniknąć z oczu wścibskim reporterom.  O ich spotkaniu zadecydował przypadek, ale czy w tym momencie, w którym bohaterowie zwrócili na siebie uwagę - usłyszeli chichot losu? Czy ich związek ma jakąś szansę? Anna kieruje się dosyć surowym kodeksem i nie wiemy czy zdobędzie się na rozwód z mężem, mimo iż ten jest w domu rzadkim gościem i dawno już zostawił serce na drugim końcu świata. A czy Bernard odważy się otworzyć przed kobietą, która pracuje w mediach?




Książka bez wątpienia jest romansem, ale bardzo szybko przekonujemy się, że nie jest typowym przykładem swojego gatunku i autor sięgnął po tę formę, ponieważ okazała się wystarczająco pojemna, by pomieścić różne sprawy i warstwy. Obserwujemy narodziny uczucia i przyglądamy się bohaterom, którzy ostrożnie torują drogę ku sobie i krok po kroku pozwalają ukochanej osobie wniknąć w swoją prywatną przestrzeń. Nie będzie im łatwo, ponieważ każdy z nich musi na swój sposób poradzić sobie z przeszłością. Warto wspomnieć o niezwykle plastycznym tle powieści, o miłości autora do Roztocza i jego krajobrazów, które z pewnością dzięki sugestywnemu językowi docenimy. Podczas lektury jednak przede wszystkim uderzy czytelnika to, że autor pochylił się nad problemami otaczającej nas rzeczywistości.

Odkrywając przeszłość bohaterów poznajemy ich poglądy, a przy okazji przyglądamy się mechanizmom działania i roli mediów, ponieważ oboje z nimi są związani. Obraz, który otrzymujemy jest gorzki, utkany z kontrastujących barw, ale nie karykaturalny. Autor rzetelnie przedstawia czynniki wpływające na działanie wielkiej medialnej machiny. Zwraca uwagę na skrajnie różne motywacje kierujące środowiskiem dziennikarzy, pokazał rozmaite pola rozgrywek i położył akcent na kontrolę i bezwzględną presję, jaką wywierają wpływowe grupy nacisku. Zdaniem autora, ku jego wielkiemu żalowi – dzisiaj coraz rzadziej mówi się o szlachetnej misji mediów, stają się one narzędziem drapieżnego marketingu i polem politycznych rozgrywek. Zewsząd jesteśmy bombardowani informacjami, które jednak przeciętnemu obywatelowi niczego nie tłumaczą. Tworzą medialną papkę, stając się elementem dezinformacji i chaosu. Nietrudno zauważyć, że historia Anny i Bernarda stała się pretekstem, by poruszyć kilka istotnych spraw, przez co książka stała się głosem pokolenia zaniepokojonego kierunkiem zmian polskiej demokracji. Pokolenia, które zaczyna odczuwać lęk przed przyszłością.

Kto miał okazję sięgnąć po książki Kate Atkinson z kolekcji: Czarna Seria, ten z pewnością pamięta nagromadzenie wrażeń, które musiały towarzyszyć lekturze. Wspominam o autorce dla pewnej paraleli. Koneser kryminałów, który natknął się na książkę, której bohaterem jest Jackson Brodie - przekonuje się, że nie otrzymuje powieści detektywistycznej w czystej postaci. Pisarce zależało bowiem na dotarciu do czegoś głębszego. W gruncie rzeczy śledztwo stało się zaledwie pretekstem, by zwrócić uwagę czytelnika na relacje międzyludzkie, autorka kieruje uwagę na psychologię i proces, który ukształtował bohaterów książki. Podobne zależności dostrzec można w książce „Miłość pod koniec świata”, ktoś kto w tym przypadku sięgnie po romans - przekona się, że warstwa obyczajowa jest dużo ważniejsza. Grzegorz Filip, tak jak Kate Atkinson – wykorzystuje obserwacje i doświadczenia, by postawić diagnozę współczesnego społeczeństwa.

Z podziękowaniem.

* "Miłość pod koniec świata", Grzegorz Filip, Videograf SA, 2016, str. 210

15 komentarzy:

  1. Jak zawsze potrafisz rozbudzić apetyt! Fajnie, że blogi pojawiają się na kartach książek, i w sumie szkoda, że wątek Teodory to tylko epizod... Tajemnicza blogerka wydaje się świetnym materiałem na pełnokrwistą bohaterkę, zarówno romansu, jak i thrillera, jak myślisz? ;-)
    Gdyby nie Twój wpis, myślałabym, że "Miłość pod koniec świata" to typowy romans (okładka!), ale widzę, że to może być coś dla mnie. Bo zdecydowanie wolę, gdy historia miłosna służy za pretekst, tło, jest jednym wątkiem z wielu innych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałam, że Teodora to po prostu poraniona dusza, która (tak jak Bernard) nie szuka specjalnie kontaktów z ludźmi. Myślisz, że ona mogłaby...? Nie...No wiesz! Teraz będę się zastanawiać nad jej zniknięciem. Bo w książce nagle znika jej blog. To mocno podejrzane! Autor proszony jest o wyjaśnienie! Co się stało z Teodorą! ;)

      A wracając do okładki, to przyznam Ci się, że najpierw mnie zaskoczyła. A później zastanowiła. Zawartość nie jest cukierkowa, a kiedy pozna się już treść, to okładka też przestaje być sielankowa...

      Usuń
  2. Cenię sobie pozycje, w których autor wykorzystuje utartą formę, aby pod jej cienką warstwą przemycić zdecydowanie więcej treści niż wymaga tego przyjęta konwencja, dlatego w tym przypadku słowo "romans" w żadnej mierze mnie nie odstrasza :) Podoba mi się również tematyka - mechanizmy funkcjonowania mediów oraz konfrontacja z niełatwą przeszłością to zagadnienia, w których chętnie się zagłębiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I bardzo dobrze, że nie odstrasza. W końcu "romans" to gatunek literacki, którego elementy możemy znaleźć w największych arcydziełach. Anna Karenina to romans, Mistrz i Małgorzata w pewnym sensie również...I nie czarujmy się, nawet największy bohater nie wydaje nam się prawdziwy, jeśli nie cierpi z powodu złamanego serca...
      "Miłość pod koniec świata" polecam czytelnikom, którzy szukają książek, w których odbija się jak w lustrze nasza polska rzeczywistość. Jest nad czym podumać.

      Usuń
  3. To niesamowicie odświeżające, gdy pisarz w sposób kreatywny ale i niepozbawiony pewnej umiejętności obserwacji wykorzystuje znaną formę, by stworzyć coś nowego. Wiesz doskonale, że nie jestem fanką romansów, a gdy zobaczyłam zdjęcie okładki pomyślałam sobie: "oj, tym razem Ola nie znalazła niczego dla mnie". A jednak się pomyliłam - ocenianie książki po okładce to zło w czystej postaci! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autor rzadko chyba ma wpływ na wygląd okładki, tym bardziej zastanawiam się jak sam ją ocenił. Bo dla mnie, im dalej w lekturę – tym wydawała się bardziej… adekwatna.

      Usuń
  4. Czytałam "Studnię" tego autora. Byłą całkiem fajna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspominam z przyjemnością:) Jest także autorem zbioru opowiadań "Teoria strun".

      Usuń
    2. Tego nie wiedziałam ;)

      Usuń
  5. Potrafisz swą opinią zachęcić do sięgnięcia po książkę ukazując sedno fabuły.Treść jej oczywiście intryguje mnie nie ze względu na jej wątek romansowy jak ze względu na spojrzenie na dzisiejsze media, które stały się z jednej strony miałkie, nijakie a z drugiej zaś niebezpiecznie oddziałujące na kreację postaw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, staram się jak mogę:) A poza tym zawsze szukam odpowiedzi na pytanie - po co powstała książka, co autor chciał przekazać? Fabuła to zawsze tylko rama, na której rozpięty jest światopogląd autora. Tak przynajmniej wyglądają książki, które cenię:)
      Co do roli mediów, to autor bardzo trafnie je scharakteryzował. A ten obraz w pewnym sensie, to lustrzane odbicie naszego społeczeństwa. Media dają nam to, czego sami w nich szukamy...

      Usuń
  6. Przepraszam, ale muszę od tego zacząć - bardzo podoba mi się zamieszczone przez Ciebie zdjęcie :) Prawdopodobnie jestem w mniejszości, ale uwielbiam opisy przyrody, oczywiście tylko wtedy, gdy jest to zrobione w umiejętny sposób. Kiedy odczuwa się miłość autora do danego regionu, owe opisy mają dla mnie znacznie większą wartość. I w zasadzie tylko tyle mi wystarczy, by z ogromną chęcią sięgnąć po tę książkę :), ale reszta też przedstawia się bardzo interesująco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co przepraszać, na niektórych bardziej działają obrazy i książka jest także dla takich osób:) Zresztą, nie wyobrażam sobie książki, w której autor w ogóle nie rozkłada swoich dekoracji i nie opisuje miejsca akcji. Z drugiej strony – nie trzeba się obawiać, w tej książce nie ma przytłaczających opisów. Powieść jest wyważona. Rozpoczyna się ładnym wprowadzeniem w klimat złotej polskiej jesieni, nasza bohaterka zwiedza Zamojszczyznę. Ale nawet wtedy, gdy pisarz nie używa szerokiego kadru, w poszczególnych scenach (np. w domu) – zawsze przyciągnie naszą uwagę jakiś szczególny detal (np. żółty szalik). Podoba mi się takie operowanie szczegółem.

      Usuń
  7. Blogów, na których nie byłoby „żadnych spraw osobistych, zdjęć, nic, tylko lektury”, widuję raczej niedużo. Ciekawy jest ten cytat. Chciałabym mieć takiego czytelnika, który po skomentowaniu recenzji i przeczytaniu zrecenzowanej książki dodawałby kolejne komentarze, i który swoją codzienną aktywność w sieci rozpoczynałby wizytą na moim blogu :)
    Ostatnio lubię romanse. Ale nie prymitywne, tylko takie podobne do Anny Kareniny, Niebłahych igraszek i Lalki, czyli kiedy wątek miłosny zajmuje dużo miejsca, ale jest też świetne tło obyczajowe. Opisy przyrody też lubię. Po przeczytaniu Twojej recenzji mam wrażenie, że ten autor nie pisze pod publiczkę. I to mi się podoba. Zapamiętam jego nazwisko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda. Autor nie tylko uchwycił ideał blogera, ale także wzorcowego odbiorcę:)
      Autor z pewnością nie pisze pod publiczkę, przekonałam się już o tym przy lekturze poprzedniej książki pt. "Studnia". Ona też stała się portretem naszego społeczeństwa.

      Usuń