czwartek, 25 sierpnia 2016

W podróży przez step...








Kończy się sierpień i okres wakacyjno-urlopowy. Lato jeszcze trwa, ale już podszyte nostalgiczną nutą, już myślami jesteśmy raczej przy jego odwrocie. Za chwilkę ciepłe dni będą już tylko trzymały się delikatnych nitek babiego lata, a to już nieomylny znak, że zbliża się jesień…

W tym sezonie lato na moim blogu upłynęło pod znakiem niekonwencjonalnych podróży i chociaż nie zamierzam się z nimi na zawsze rozstawać, to przecież trzeba ten okres jakoś podsumować, zakończyć wyrazistą lekturą. I na ten moment właśnie, na zawsze wyjątkowy dla mnie schyłek lata – zostawiłam sobie utwór przecudnej urody: „Step. Historię jednej podróży” Antoniego Czechowa.




Rzadko używam tego słowa, ale w tym wypadku śmiało mogę powiedzieć – „Step” Czechowa to arcydzieło. To utwór, w którym pozornie nic się nie dzieje, nie ma szalonych zwrotów akcji, ale urok tej opowieści leży w tym, że czytelnik pochłonięty zostaje różnego rodzaju doznaniami. To nie jest zwyczajny opis wyprawy przez step, w żadnym razie – reportaż. To raczej na poły realistyczny, na poły poetycki zapis podróży, który można odczytywać w różnych wymiarach.

„Step” z 1888 roku - to pierwsze długie opowiadanie Czechowa. Utwór ukazuje ważne wydarzenie w życiu dziewięcioletniego chłopca, Jegoruszki, który opuszcza rodzinny dom i udaje się do odległego miasta, by podjąć naukę w gimnazjum. Chłopiec podróżuje bryczką, a towarzyszą mu trzej opiekunowie: młody woźnica, leciwy proboszcz cerkwi oraz wuj, średnio zamożny kupiec bławatny, który właściwie załatwia swoje interesy i tylko przy okazji obiecał bezpiecznie odstawić malca do szkoły. Chłopiec płacze przy pożegnaniu z matką, ale już po chwili, jeszcze rozżalony i przez łzy zaczyna rozglądać się wokół siebie. I już pochłaniają go wrażenia - widoki, przyroda i odgłosy stepu. Obserwuje zbliżające się i ginące w sinej dali elementy krajobrazu, studiuje zmieniającą się perspektywę, przysłuchuje się rozmowom dorosłych. Wraz ze zmieniającymi się porami dnia i zjawiskami atmosferycznymi – ulegają przeobrażeniu jego doznania. Wydawać by się mogło, że wolno upływa chłopcu podróż, wolno rozwija się lektura, ale ileż się podczas niej wydarzy!



Zachwyca ilość artystycznych środków, których użył pisarz, by oddać klimat stepu w swoim utworze. Razem z bohaterami niespiesznie poruszamy się bryczką, korzystamy z różnych miejsc postoju, spotykamy rozmaite grupy i typy ludzi - i wraz z bohaterami doznajemy różnych wrażeń. Czytelnik nie czyta o stepie, on tego stepu doświadcza. W godzinach największego upału w rozedrganym powietrzu oglądamy omdlewające elementy krajobrazu. Odczuwamy także rześkość poranka, pełnego migotliwych błysków uchwyconych w kroplach rosy, chłód nocy i gwałtowność zbliżającej się burzy. Opisom, które przesuwają się przed oczami towarzyszy cała masa bodźców dźwiękowych: słuchamy turkotu bryczki, trzasków biczyka, pokrzykiwań, szczekania psów, brzęczenia owadów, beczenia mijanego stada, szmeru strumyka i gwaru rozmów. To prawdziwa symfonia dźwięków!  Ale to jeszcze nie koniec… Czechow nie tylko tworzy impresje, które oddają charakter zmieniających się pór dnia, ale wraz z nimi zmienia się także nastrój, dynamika utworu; autor potrafi także manipulować odczuciem upływającego czasu… W nieruchomym ciężkim powietrzu myśli naszych bohaterów snują się ociężale i rwą się rozmowy. Gdy nastaje zmierzch, a pogoda sprawia ulgę – sytuacja się zmienia. Ludzie gromadzą się wokół ogniska, są ożywieni, kłócą się lub snują opowieści, rozplątują się języki…

A Jegoruszka? On słucha i bacznie obserwuje. Ogląda świat oczami ojca Christofora i wuja-kupca. Ale rozmawia także z prostymi chłopami. Przypatruje się ludziom w różnych sytuacjach – podczas ciężkiej pracy, wędrówki, przy modlitwie w cerkwi i w ich domach. Spotyka milczków, którym źle patrzy z oczu i ludzi otwartych, którzy mimo biedy i ciężkiej pracy szukają kontaktu z drugim człowiekiem. Obserwuje współpodróżnych i rozpoznaje różne emocje ("Step" to także pyszne portrety psychologiczne, bo przecież autor późniejszego słynnego "Wiśniowego sadu" zaledwie paroma słowami i kwestiami diagnozuje postacie). Czytelnik powoli przekonuje się, że opowiadanie nie jest wyłącznie relacją z podróży przez dziką i surową krainę, ale że jest panoramą i przekrojem rosyjskiego społeczeństwa. I dodać należy, że autorowi udało się nie tylko ukazać ludzi różnego stanu, ale także różnego kalibru…



Przeżyje Jegoruszka swoje przygody, posłucha mrożących krew w żyłach opowieści przy ognisku i mądrości ludowych, przestraszy się burzy, dozna różnych niewygód, przekona się, że świat inaczej wygląda w ciągu dnia, a inaczej w niesamowitej, nocnej atmosferze. Wreszcie osiągnie cel i wuj dostarczy go do szkoły. Tu zapewne zostanie przez długie miesiące, jeśli nie lata, by zdobywać wiedzę. Tylko, że czytelnik nie może pozbyć się wrażenia, że prawdziwą wiedzę na temat natury ludzkiej, stosunków społecznych i na temat życia – zdobył chłopiec właśnie w stepie – podczas swojej pierwszej wielkiej podróży…

Egzemplarz mojej książki jest stary, pochodzi z 1955 roku. Ale mam ogromny sentyment do czarno białych ilustracji Antoniego Uniechowskiego i cieszę się, że akurat to wydanie u mnie gości. Podróże, upał, słońce, burza, ognisko, nocleg pod gwiazdami, kąpiel w rzece, łapanie raków, bezkresne przestrzenie… czyż trzeba przekonywać, że autor zaklął w tym niezbyt obszernym tomiku wszystkie atrybuty lata?

***

„Tabor rozlokował się w pobliżu wsi nad rzeką. Słońce paliło tak samo, jak wczoraj, powietrze było nieruchome i ciężkie. Na brzegu rosło kilka wierzb, lecz cienie ich padały nie na ziemię, ale na wodę i leżały tam beż żadnego pożytku, natomiast w cieniu pod wozami było duszno i niewygodnie. Woda z odbitym w niej błękitnym niebem nieprzeparcie wabiła ku sobie”. [1]


[1] „Step. Historia pewnej podróży”, Antoni Czechow, Nasza Księgarnia 1955, str. 65


piątek, 12 sierpnia 2016

Skojarzenia: Tadeusz Makowski i Seamus Heaney







Kiedyśmy się wspinali na zbocze nasypu
Na wysokości oczu mieliśmy białe kubki
Słupów telegraficznych i skwierczące druty.

Ich cudownie niedbała kreska wlokła się
Milami na wschód i zachód od nas, i uginała
Pod ciężarem jaskółek.

Byliśmy mali i myśleliśmy, że nie wiemy nic
Co wiedzieć warto. I że słowa wędrują po drutach
W lśniących torebkach kropli,

A każda z nich jest szczelnie wypełniona światłem
Nieba, iskrzeniem drutów i nami
Pomniejszonymi tak bez granic

Że mogliśmy się przecisnąć przez igielne ucho. 


- "Kolejowe dzieci"
Seamus Heaney




Seamus Heaney (1939-2013) irlandzki poeta, krytyk literacki, dramatopisarz i tłumacz. Laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1995). Wydał m.in. wierszowane tłumaczenie staroangielskiego poematu heroicznego "Beowulf".

wtorek, 9 sierpnia 2016

Na ryby!


Nasi mężowie lubią łowić ryby. Często organizują sobie niedziele na łowisku, godzinami siedzą, gapią się w kije i cieszą się jak dzieci z każdej złowionej sztuki. Urządzili sobie nawet coś w rodzaju rankingu – skrupulatnie zapisują każdą złowioną rybkę, ważą ją, szacują wzrost i wypełniają wspólną tabelę. Emocji przy tym i gorących dyskusji – co niemiara. Ale cóż to za uciecha łowić sztukę za sztuką w hodowlanym stawie? Prawdziwa satysfakcja, jeśli wygrywa się w rankingu w naturalnym otoczeniu!




Przygotowując się do wczasów nasi mężowie (w tajemnicy przed żonami) szykują się do prawdziwej wojny na wędki. Nowe kołowrotki, haczyki, przypony, spławiki, podstawki, parasole od pogody i niepogody. Zanęty wszystkich smaków, rodzajów i we wszystkich kolorach (Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta)… Istne szaleństwo. Czego tam komu brakowało - zostało zakupione. Potem jeszcze czasopisma i programy wędkarskie dla podszkolenia. No i oczywiście - tajna broń. Podwójnie super tajna, bo kupowana już nie tylko w tajemnicy przed żonami – ale jeszcze w sekrecie przed sobą nawzajem. Ten kupuje jakieś koszyczki, ów specjalne haczyki i jakieś inne misterne i skomplikowane miniaturowe urządzonka, o których kobietom się nawet nie śniło... Wszystko, czym można przywabić, zaskoczyć i skusić rybkę. Co sprawi, że jeden wędkarz będzie odrobinę lepszy od swojej konkurencji. Z rozbawieniem oglądam rosnącą górę sprzętu. W lodówce znajduję miniaturowe puszeczki z różnymi przysmakami dla ryb, listonoszowi kwituję odbiór paczuszki prosto z Allegro - ze sztuczną kukurydzą. Cztery plastikowe ziarenka za 15 złotych. Cztery (!) ziarenka kukurydzy, która nie utonie, nie opadnie na dno, tylko będzie utrzymywać się na powierzchni i skusi złotą rybkę...




W tym roku poznajemy Warmię. Wynajmujemy piękny dom, nad jeziorem - oczywiście. Przyjeżdżamy. Nasi panowie ledwo wtaszczą walizki - już lecą zobaczyć czy zgodnie z obietnicą mają dobre warunki do wędkowania. Już rozkładają baterię: torby wędkarskie, wędki (każdy ma dwie, albo trzy), parasol, parawan, krzesła wędkarskie, podpórki, wiadra z zanętą, skrzynki z haczykami, z przyborami i podbieraki. Są przygotowani na każdą ewentualność. Do łowienia ryb drapieżnych, słodkowodnych, morskich zresztą chyba też. Przygotowani są prawdopodobnie nawet na złowienie marlina. Idą z tym majdanem na pomost, który trzeszczy pod ich ciężarem. Ahoj, ryby, przybywamy!

A potem upływa pierwsza godzina.

Potem druga i trzecia…

I nic.

Ryba nawet nie skubnie…



Po długim czasie sunie smutny korowód do domu, na kolację. Przychodzą panowie z nosami na kwintę.

A potem odpalają komputer i szukają przyczyn swojej porażki. Bo pełnia księżyca, bo zmiana pogody, bo rabunkowa gospodarka, bo wodorosty, bo upał. Bo kormorany.

Nic to. Rano będzie lepiej. Rano każdy z naszych rybaków pokaże na co go stać. Wyciągnie swoją najtajniejszą broń.

Po kilku dniach zmiennych technik (i skrajnie zmiennych nastrojów - od nadziei po rozpacz), po wypróbowaniu wszystkich żyłek, haczyków i przynęt (od ilości wrzuconego pokarmu jezioro wystąpiło z brzegów), po łapaniu na żywca, robaki, ryż i kukurydzę wszystkich smaków (nawet tę sztuczną), po łowieniu metodą paternoster i przy użyciu wszystkich innych możliwych i niemożliwych technik – nasi mężowie bliscy są załamania nerwowego. Bez  anty-depresanów w płynie raczej się nie obejdzie...




Nadal nic nie bierze…

Po sześciu dniach zaczynają obmyślać jakieś nowe hobby. Ale zmienił się turnus i do domku obok wprowadzili się kolejni wczasowicze. Na pomost przychodzi nowy wędkarz. „Panowie ze Śląska? No tak, możecie nie wiedzieć… U nas trzeba łowić innymi metodami. Trzeba mieć SPOSÓB. Ja dodałem do zanęty specjalny środek – sztuczną krew. Teraz zobaczycie dopiero jak się łowi”.

Nasi panowie są podnieceni. Sztuczna krew. No przecież! Teraz dopiero będą połowy. Dziewczyny, szykujcie się, będziecie smażyć cały dzień. Teraz będą brały tylko karpie i szczupaki. Same duże okazy!

Panowie umawiają się z sąsiadem na nocne łowy. Wstępują w nich nowe siły i nowa nadzieja. Pan przyjdzie ze swoją nową super tajną bronią, a oni przecież przy okazji skorzystają! Torby, skrzynki, pudełka i słoiczki znowu idą w ruch. Nowe błystki, żyłki i haczyki do połowu grubych sztuk. Wojna to wojna.




Z placu boju wracają pojedynczo.

To ten, to ów pogryziony przez komary i z żałosną miną, doszczętnie pokonany wraca do domu. Przewodniki kłamały. Ryb nie ma. Tu nie ma żadnych ryb, skoro nie pomogła nawet sztuczna krew! A te tłuste grzbiety przelewające się nad powierzchnią - to halucynacje!

Po paru godzinach wrócili wszyscy. Na pomoście został tylko pan od sztucznej krwi, który albo miał duży zapas świeżych sił, albo było mu głupio wracać bez zdobyczy.

Rano my - żony - idziemy przespacerować się na pomost. Znajdujemy porzucone krzesło i wędki. Nowy sąsiad nawet nie miał siły, żeby po sobie posprzątać. Zastanawiamy się jednak czy możemy się wykąpać. W końcu sztuczna krew mogła przywabić piranie;)

Po południu mężowie znowu spotykają się na pomoście. Już bez chłopięcej radości, raczej już tylko po to, żeby zrobić coś z czasem. Przywlekł się za nimi ich nowy sąsiad, ten od sztucznej krwi. Ale nikomu nie chce się już gadać o rybach. Jednak, żeby uniknąć krępującej ciszy trzeba o czymś konwersować. Pan ma kilkoro dzieci, które wesoło pluskają się w wodzie, więc mąż zagaja „Ryb nie ma, ale to bardzo dobre miejsce dla dzieci. Mogą hasać do woli…”


„O tak” odpowiada sąsiad. „Co nam zostało... Powinniśmy brać z nich przykład. Zresztą one mają całkiem niezłe pomysły. Dziś rano pojechałem z nimi do miasta i przez kilka godzin goniliśmy po Olsztynie pokemona Pikachu”.

I takie, oto, nastały czasy. Łatwiej złowić pokemona, niż rybkę;)


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Zjawisko literackie: Izaak Babel





Sierpień – to kolejny miesiąc, który kojarzy się z podróżami, więc w urlopowym cyklu czas na kolejną wyprawę w czasie i przestrzeni. Opowiadań Izaaka Babla z pewnością nikt nie zalicza do kategorii: „literatura podróżnicza”, ale jednocześnie nie można zaprzeczyć, że ich tematyką jest pewnego rodzaju - specyficzna podróż. Skoro nasza wyprawa z założenia jest niekonwencjonalna – nic nie stoi na przeszkodzie, by odbyć ją w towarzystwie legendarnego pisarza, który był nie tylko świetnym obserwatorem i kronikarzem wydarzeń, twórcą bardzo plastycznym (fragmenty jego opowiadań stanowią niemal malarskie impresje), ale przede wszystkim jest mistrzem zdań, któremu pragną dorównać utalentowani i wysoko cenieni pisarze. Na czym polega fenomen jego utworów? Warto się nad tym pochylić...


Izaak Babel [źródło zdjęcia] był rosyjskim prozaikiem, dramaturgiem i dziennikarzem. Uczestniczył (jako oficer polityczny, korespondent polowy i redaktor przyfrontowej gazety) w wojnie polsko-bolszewickiej w szeregach Pierwszej Armii Konnej pod dowództwem Siemiona Budionnego, a swoje doświadczenia i refleksje wykorzystał pisząc serię opowiadań, które opublikował w 1926 roku. Cykl ten przysporzył mu wrogów, a w roku 1939 (w okresie czystek stalinowskich) stał się jedną z przyczyn jego aresztowania. Pisarza oskarżono o działalność trockistowską i szpiegowską, zarzucono mu członkostwo w organizacji terrorystycznej. Jego przeciwnicy zeznali, że „Armia Konna” jest paszkwilem na rewolucję, który miał przedstawić sławny oddział w jak najgorszym świetle „eksponując gołosłownie jedynie jaskrawe i okrutne epizody”[3]. Został skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano w styczniu w 1940 roku.




W Polsce opowiadania należące do cyklu „Armia konna” zostały wydane m.in. w zbiorze: „Historia jednego konia” (seria Nike, Wydawnictwo Czytelnik). Do sięgnięcia po nie przekonał mnie Jerzy Pilch[1], który umieszcza Izaaka Babla w panteonie swych mistrzów. Pilch należy do starej dobrej szkoły, której entuzjastką była także Wisława Szymborska, z którą się przyjaźnił. Oboje żywili przekonanie, że każda książka (opowiadanie) powinna zaczynać się wyważonym, dobrym zdaniem, które ma stanowić jej zalążek i wizytówkę, co znaczy, że powinno być tak skonstruowane, by można z niego wywieść całą treść utworu. Zdanie „Ogary poszły w las” – nie spełnia tego warunku, dlatego Szymborska zżymając się na początek „Popiołów” Żeromskiego dziwiła się: „Czyje ogary, dlaczego poszły, co je przestraszyło, jaki las?” [2]. Jerzy Pilch wspominając pisarzy, który w sposób mistrzowski rozpoczyna swoje utwory – jednoznacznie wskazuje Izaaka Babla. Babel był także ulubionym pisarzem Oty Pavla[3], który już wcześniej zachwycił mnie swoimi opowiadaniami. Większej zachęty nie potrzeba - sięgam po tomik, w myśl zasady, że przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi – i szybko się przekonuję, że w opowiadaniach Babla - perfekcyjne są wszystkie zdania, nie tylko pierwsze.




„Historia jednego konia” to cykl króciutkich opowiadań przedstawiających epizody wojny polsko-bolszewickiej, które składają się na daleki od kreowanego przez propagandę obraz Konnej Armii. To szereg refleksji-impresji z życia słynnego oddziału, które nie ograniczają się do przedstawienia żołnierskiej poniewierki, ale ukazują także wojnę z perspektywy cywilnej ludności - mieszkańców miasteczek i wsi Podola - miejsc, do których dotarła rewolucja. Ponieważ pisarz wywodził się z kupieckiej żydowskiej rodziny, jednym z motywów książki jest także obraz ginącego żydowskiego świata. W gruncie rzeczy opowiadania rzeczywiście dowodzą rozczarowania Babla sposobem prowadzenia wojny, przebiegiem rewolucji i wykorzystywaniem jej haseł do rozgrzeszenia każdego rodzaju podłości i okrucieństwa, które dotykają niewinnych ludzi. Opowiadania mają zdecydowanie antywojenną wymowę.  



Styl Babla jest niezwykle sugestywny. Partie realistyczne (wręcz surowe) przeplatane są z silnie kontrastującymi fragmentami poetyckimi. Ludzka krzywda opisana jest ascetycznie, co wzmacnia siłę przekazu, natomiast ramę utworów, ich tło i scenerię tworzą plastyczne i malownicze opisy krajobrazu, które czasem wręcz porażają swoją metaforyką. Nie trzeba jednak obawiać się okrutnych opisów, ponieważ najbardziej krwawe u Babla są zachody słońca…

Narratorem i naszym przewodnikiem jest młody żołnierz, który przemieszcza się ze swym oddziałem, przeprawia się przez rzekę Zbrucz, przeżywa kłopoty z zakwaterowaniem i zdobyciem pożywienia, bierze udział w potyczkach wojennych, a także miewa zatargi z innymi żołnierzami. Narrator przygląda się swoim współtowarzyszom, ale także mieszkańcom zdobywanych miast i wsi - i zapisuje swoje refleksje. Nie jest to stereotypowy obraz wojny, raczej szereg scenek i migawek, które ukazują wojnę i rewolucję w różnych ich wymiarach i odsłonach.  




„Praliśmy szlachtę pod Białą Cerkwią. Praliśmy aż w niebie grzmiało”[5] – tak zaczyna się jedno z opowiadań, ale mocne początki – to nie jedyny atut opowiadań Babla. Prawie każdy utwór zawiera fragment stanowiący malarską impresję: „Spokój zmierzchu sprawił, że trawa na podzamczu stała się niebieska. Nad sadzawką wzeszedł księżyc, zielony jak jaszczurka”[6]; „Zagony purpurowych maków kwitną wokół nas, południowy wiatr swawoli z żółknącym życie (…) Spokojny Wołyń rozwija się w skrętach, Wołyń ucieka od nas w perłową mgłę brzeźniaków, wpełza między ukwiecone pagórki i słabnące jego ręce wikłają się w pędach chmielu. Pomarańczowe słońce toczy się po niebie jak odrąbana głowa (…)”[7].

Opowiadania cechuje zwięzłość i różnorodność, autor stosuje zmienny styl i język, który dostosowuje do sytuacji i portretów swoich bohaterów. Nie stroni od humoru: „Dlatego napiszę wam tylko odnośnie tego, co moje oczy własnoręcznie patrzyły”[8]. Czyż nie jest pyszny (i straszny!) - potraktowany satyryczną kreską portret Galina (wydawcy partyjnej gazetki z wymownym bielmem na oku), który snuje miłosną pieśń, rozwodząc się nad koniecznością i historią wymordowania tyranów? Ileż podobnych smaczków znajdziemy w lekturze!



Nie można nie wspomnieć, że polski czytelnik poznaje opowiadania w tłumaczeniu Jerzego Pomianowskiego - wybitnego tłumacza literatury rosyjskiej, który przekładał utwory m.in. Czechowa, Tołstoja, Bułhakowa i Achmatowej, ale to o warsztacie Izaaka Babla wyraził się z zachwytem: „Zdanie Babla jest dla mnie metrem z Sevres - jasności, dobitności, a nawet ukrytej śmieszności wszystkich naszych dramatów" [9]. Czy wielbiciele doskonałych opowiadań potrzebują lepszej rekomendacji?

Perfekcja zdań nie jest przypadkowa. Babel potrafił dwadzieścia dwa razy przeredagować jedno krótkie opowiadanie, by uzyskać formę, która zdołała go usatysfakcjonować. W czym tkwi sekret jego pisarstwa? Twórca uważał, że "żadne żelazo nie wchodzi w serce z tak mrożącą siłą jak w porę postawiona kropka"[10]. Czytajmy zatem Babla, by poznać pisarski kunszt i perfekcję - tym bardziej, że w tomiku: "Historia jednego konia" poza utworami z cyklu: "Armia konna" zostały opublikowane inne znakomite opowiadania. Każdy utwór, to literacka perełka, która składa się z idealnie skrojonych zdań i słów. A przecież nie tylko warsztat i konstrukcja mają tutaj znaczenie. Jeszcze ważniejsze jest przesłanie i świadomość, że za każde swoje słowo - pisarz zapłacił najwyższą cenę...

  
[1] „Zawsze nie ma nigdy” J. Pilch, E. Pietrowiak, WL, 2016
[2] Tamże, str. 57
[5] „Historia jednego konia”, Izaak Babel, Czytelnik, rok 1988, str. 91
[6] Tamże, str. 97
[7] Tamże str. 14
[8] Tamże, str. 99
[10] http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,12785892,Pisane_w_siodle.html



***
Ilustracje nie pochodzą z książki. Starałam się je dobrać w taki sposób, by oddać charakter utworów. Ostatnie zdjęcie przedstawiające Izaaka Babla - zostało wykonane w 1939 roku, przez NKWD