wtorek, 25 października 2016

Wielki Atraktor i inne zgryzoty dziewięciolatka



(…) i pomyślałem: „nie boję się was, Czarne Dziury, nie boję się ciebie, Pustko w Wolarzu i Wielki Atraktorze” i pomyślałem „oto jedziemy sobie z mamą i Jemimą taksówką przez rzym w nocy” i pomyślałem „jakie to fajskie”*


Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Data wydania: 21 październik 2016
Tłumacz: Krzysztof Filip Rudolf
Ilość stron: 256



Brytyjski pisarz – Matthew Kneale, autor monumentalnej polifonicznej powieści („Anglicy na pokładzie”), który udowodnił, że potrafi dla odmiany napisać zbiór kameralnych, niemal intymnych opowiadań zanurzonych w różnych kulturach („Drobne występki w czasach obfitości”) – ponownie zaskakuje czytelnika zupełnie odmiennym utworem i kolejnym przesłaniem. Jego najnowsza książka to tragikomedia, powieść psychologiczna, a zarazem dramat rodzinny przedstawiony oczami dziecka.

Utwór stylizowany na dziennik dziecka i ukazujący świat z jego perspektywy - oczywiście nie jest nowością. Podobną konstrukcję i sposób wprowadzenia w świat dziecka (i w chorobę) stosuje Mark Haddon w książce „Dziwny przypadek psa wieczorową porą”, która pod pozornie zabawną i lekką treścią, przemyca budzące emocje studium psychologiczne osoby chorej na autyzm. Matthew Kneale wykorzystał podobny pomysł, ale przyprawił go szczyptą oryginalności. Oczywiście problem jest zupełnie inny (nie mniej ważki), natomiast sposób wykonania – z pewnością jeszcze bardziej ryzykowny i karkołomny. Kneale całkowicie wnika nie tylko w psychikę, ale także w język dziecka, uwzględnia stan jego wiedzy i biegłości w sztuce pisania, co oznacza, że czytelnik w narracji natknie się na błędy gramatyczne, ortograficzne i interpunkcyjne, a także wejdzie w świat zabawnych powiedzonek i po dziecięcemu przekręconych słówek.

Na początku ten styl wymaga nieco uwagi, trzeba do niego przywyknąć, bo przecież poświęciliśmy parę ładnych lat, by z błędów w zeszytach szkolnych wyrosnąć. Dość szybko jednak oswoimy się z językiem, wczujemy w nastrój i zrozumiemy intencje autora. Wówczas dotrze do nas prostota i genialność pomysłu, ponieważ naprawdę piorunujący efekt wywołuje rozdźwięk między niewinną i zabawną relacją dziecka, a prawdziwym obrazem sytuacji powstającym w głowie czytelnika. Ponad to – dochodzimy do wniosku, że język, który początkowo nas nieco rozprasza - nie jest udziwnieniem ani popisem, lecz narzędziem, który konsekwentnie uwiarygadnia narrację. Jest dowodem wirtuozerii pisarskiej Kneale’a, który nie podszywa się, niczego nie udaje, lecz autentycznie oddaje dziecku głos.

Główny temat książki i jej osnowę stanowią perypetie sympatycznej rodziny. Narratorem jest dziewięcioletni Lawrence, który mieszka z matką i czteroletnią siostrą – Jemimą. Do niedawna wszyscy z ojcem mieszkali w Szkocji, ale po rozwodzie matka z dziećmi wróciła do Anglii. Nie znamy przyczyn rozstania, możemy tylko spekulować. Wiemy jednak, że kłopoty wraz z rozwodem wcale się nie skończyły, a kobieta w obawie przed nękaniem swego męża postanawia uciec i ukryć się z dziećmi w Rzymie, w którym niegdyś mieszkała i gdzie miała przyjaciół. Ponieważ decyzja jest spontaniczna – poznajemy rodzinę w atmosferze chaosu, który wiąże się z wyjazdem/ucieczką i pakowaniem niezbędnych rzeczy. Oczywiście, jak to w życiu bywa - przekonamy się, że istnieją zasadnicze różnice w rozumieniu słowa „niezbędny” przez osobę dorosłą i jej pociechy.

„Rzymianami bendąc” – to obraz podróży i trudnej aklimatyzacji w Rzymie, bo przecież tłumne i wylewne powitanie wcale nie oznacza, że któryś z przyjaciół gotowy jest wziąć na głowę tak duży problem (a raczej trzy problemy). Przyglądamy się, zatem, jaką odyseję przebywa trójka naszych bohaterów zanim znajdzie dla siebie lokum, w jaki sposób radzi sobie z nową rzeczywistością i z sobą nawzajem. Oczywiście kolejne perypetie są tylko pretekstem, by przyjrzeć się zupełnie wyjątkowym relacjom między członkami rodziny. Autorowi udało się oddać bardzo intymny, pełen czułości, a zarazem pełen realizmu obraz ich małej wspólnoty. Dużo ciepła i miłości kryje się w zabawnych słowach-kodach, którymi zwracają się do siebie matka i jej dzieci. Niezwykła więź, zwłaszcza między matką i synem, podszyta jest i dodatkowo wzmocniona wspólnym lękiem przed groźnym ojcem. Okazuje się, że ucieczka nie zagwarantowała bezpieczeństwa, a niepokój przywędrował za nimi aż do Rzymu.

Lawrence jest typowym dzieciakiem, a zarazem nim nie jest. Bawi się, droczy z siostrą, opiekuje chomikiem, miewa kłopoty z okiełznaniem emocji, ma swoje dziecięce pasje i uprzedzenia. Kiedy poznamy go bliżej, przekonamy się, że na barki chłopca spadł zbyt duży ciężar. Powinno nas zaniepokoić pewne odwrócenie ról, którego się w narracji dopuszcza, ponieważ Lawrence opisuje siostrę z nutą złośliwości, nawet bezwzględności (całkowicie typową dla dzieci), ale zmienia ton, gdy wypowiada się o matce. To właśnie matkę, a nie Jemimę, traktuje, jak osobę, która potrzebuje opieki. Stale ją obserwuje i jak sejsmograf reaguje na najmniejsze zmiany. Odpręża się dopiero, gdy widzi jej uśmiech, ponieważ to oznacza, że w pobliżu nie czai się niebezpieczeństwo. Kiedy mama się rozkleja – chłopiec od razu przejmuje odpowiedzialność za rodzinę. To poruszający obraz, zwłaszcza, gdy uzmysłowimy sobie, że winę za ten stan rzeczy ponoszą chore relacje między rodzicami, a dziecko przeżywa sprawy, które zupełnie nie powinny trapić go w tym wieku.

Pamiętnik chłopca składa się w równej mierze z jego bezpośrednich relacji, ale także z refleksji dotyczących lektur. To ważne fragmenty, gdyż uzupełniają i pogłębiają obraz sytuacji, pozwalają zrozumieć lęki, a raczej rozmiar jego lęków. Lawrence interesuje się astronomią i historią rzymskich cesarzy. Dosyć zaskakująco i niepokojąco w tym kontekście wyglądają rozważania o Wielkim Atraktorze (kosmicznej dziurze, która zagraża Ziemi, chociaż do końca nie wiadomo, na czym to zagrożenie polega). Nie można też ze spokojem przejść obok refleksji dotyczących Agrypiny, matki Nerona, zamordowanej po wielokrotnych próbach przez syna. Nie można tych fragmentów przyjąć obojętnie - zwłaszcza wyobrażając sobie co musi czuć dziecko prześladowane widmem szalonego ojca. Nawet, jeśli to zagrożenie jest mgliste, niedookreślone, zupełnie jak w przypadku czarnej dziury czającej się w kosmosie…

Wszystkie niepokojące tropy i symptomy, a także mniejsze i większe katastrofy, które przydarzają się naszym bohaterom na każdym kroku powodują, że zyskujemy pewność, że atmosfera wokół dzieci jest niezdrowa. Oczywiście już od dawna wiemy, gdzie leżał błąd i od tego momentu nasilają się złe przeczucia… Czy jednak istnieje jeszcze jakakolwiek szansa na ratunek?

„Rzymianami bendąc” to wielowymiarowa alegoria podróży, a jedną z nich (tą najważniejszą) jest obraz przyspieszonej wyprawy w dorosłość, którą Lawrence’owi zafundowali jego najbliżsi. Matthew Kneale w znakomity sposób ukazał proces destrukcji i oczyszczenia. Podkreślił i wyeksponował wagę poczucia bezpieczeństwa i zdrowych relacji, które są niezbędne dla prawidłowego rozwoju. Udowodnił, że choroba jednego członka - oznacza chorobę całej rodziny. W rezultacie bolesna kuracja będzie potrzebna wszystkim. A najbardziej – dziecku.

Podczas lektury nie zaglądamy w świat dziecka. Możemy raczej znaleźć się w jego skórze.


* "Rzymianami bendąc", M. Kneale, str. 86


Za książkę dziękuję Wydawnictwu:









13 komentarzy:

  1. Bardzo mnie zainteresowałaś. Chętnie przekonam się jak autorowi udał się zabieg wcielenia się w chłopca i spojrzenia na świat zupełnie z innej perspektywy.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książkę polecam:) Kiedy trafiła do mnie i przekonałam się, że napisana jest z perspektywy i językiem dziecka (inteligentnego i ponad wiek rozwiniętego) wiedziałam, że to żaden eksperyment, że ten styl musi mieć głębszy sens, ponieważ znałam już autora, wiedziałam - na co go stać. A prawda jest taka, że po prostu przeniósł nas w krainę dziecka, a przy okazji przedstawił ważny problem.

      Usuń
  2. Każda Twoja recenzja powoduje, że mam ochotę teraz, już, natychmiast zabrać się za czytanie przedstawionej książki, Olu :) Z wielką przyjemnością pochłaniam kolejne Twoje analizy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! To dla mnie najwyższa nagroda i motywacja:)

      Usuń
  3. Dawno nie czytałam książki w podobnej narracji, więc, kto wie :) Twoje recenzje są niezwykłe, bardzo lubię je czytać Olu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to słyszeć:) Dodam jeszcze, że wgłębiając się w narrację chłopca - często przypominałam sobie sposób przekręcania pewnych słów przez moje córki, co jeszcze dodatkowo zwiększało przyjemność czytania:)

      Usuń
  4. Wypatrzyłam tę książkę w zapowiedziach i muszę przyznać, że mocno mnie zaintrygowała. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy pojawiła się jego pierwsza książka w Polsce - sporo się o pisarzu mówiło, ale wówczas to było wydarzenie związane dodatkowo z tymi wszystkimi tłumaczami. Tak naprawdę druga książka (zbiór opowiadań, a wiesz, że je lubię) - przekonała mnie o tym, że Kneal ma niezły styl i "dobre oko". Książka z perspektywy chłopca kolejny raz mnie zaskoczyła, znowu pozytywnie. To pisarz, po którego teraz sięgnę w ciemno:)

      Usuń
    2. Ty to potrafisz zachęcić. :D

      Usuń
    3. Oj, tam;) Do Ciebie to się aż boje zaglądać;)

      Usuń
  5. Okej, to brzmi szalenie ciekawie :) Mam w rodzinie trzy małe istotki, którym mógłbym to pooczytać, ale wygląda na to, ze i sam sporo mógłbym z takiej podróży wynieść :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Narratorem jest dziecko, świat pokazany jego oczami, ale książka nie jest przeznaczona dla dzieci. Powinna dać do myślenia dorosłym. Dziecko - jako narrator jest w tym przypadku środkiem artystycznym. Siła rażenia tej książki tkwi w rozdźwięku między tym, co mówi dziecko - a tym, co odczytuje dorosły...

      Usuń