poniedziałek, 22 lutego 2016

Mistrz zwięzłej formy, czyli perła z lamusa







Z wiekiem coraz bardziej doceniam opowiadania, tkwiącą w nich zwięzłość i precyzję. Szukam tekstów, które poza wrażliwością i subtelnością narracji posiadają dodatkowy walor - pozostawiają czytelnikowi przestrzeń dla rozważań. Sztuka polega na tym, że pisarz za pomocą słów ukazuje tylko to, co absolutnie niezbędne, po czym skłania czytelnika do poszukiwań znaczeń między wierszami. W ten sposób pisze Alice Munro. Dokładnie to samo znajduję w opowiadaniach Kornela Filipowicza. Pisarz nie tylko mistrzowsko orientuje się w topografii ludzkiej duszy, ale dodatkowo zwraca uwagę na jego związek z przyrodą. W jego utworach natura, krajobraz (lub jego elementy) wywierają wpływ na emocje bohaterów, bądź współgrają z jego nastrojem. Przyroda nie jest sprowadzona do roli dekoracji, człowiek i natura to integralne, nierozłączne części. I to wszystko w nowelach naszego rodzimego pisarza, który zupełnie niesłusznie popadł w zapomnienie.

Kornel Filipowicz (1913-1990) - poeta, powieściopisarz, nowelista, scenarzysta. Autor 37 książek, jeden z najważniejszych powojennych prozaików. Mistrz i autorytet Jerzego Pilcha oraz innych pisarzy jego pokolenia, którzy za młodu garnęli się do niego, zwykli zamęczać próbkami tekstów i prośbami o opinię.  Od roku 1969 towarzysz życia Wisławy Szymborskiej.  Był obecny w jej twórczości, bywał natchnieniem i adresatem licznych wierszy. Po jego śmierci powstał wiersz „Kot w pustym mieszkaniu”, który staje się stokroć bardziej wzruszający i wymowny, jeśli poznamy utwory zawarte w tym tomie, zwłaszcza opowiadanie „Rozmowy na schodach”.

„Modlitwa za odjeżdżających” to antologia krótkich form prozatorskich pochodzących z różnych tomików i z różnych okresów twórczości pisarza. Zbiór składa się z 25 opowiadań, nie sposób omówić wszystkich. Okazuje się także, że nie można wskazać lepszych i słabszych, ponieważ wszystkie są mistrzowskie. Jeżeli trzeba zdecydować się na jakieś kryterium i wybrać kilka utworów, to tylko po to, by przekonać o ich różnorodności. Podczas lektury szybko zorientujemy się, że w opowiadania zostały wplecione wątki autobiograficzne. Bohaterowie noszą nazwisko pisarza, czasem tylko domyślamy się, że stanowią jego alter ego, albo jesteśmy wyraźnie powiadomieni, że autor „użyczył” sobie czyjejś historii („Ze wspomnień mojego przyjaciela. Opowieść o kapitanie M.”) Podczas lektury z pewnością nie unikniemy wrażenia, że przeważnie towarzyszymy temu samemu bohaterowi, a wszystkie opowiadania tworzą pewną całość. Przedstawiają historię ludzkiego życia: dzieciństwo, młodość, dojrzałość, starość… I wcale nie przeszkadza, że te motywy nie są ułożone chronologicznie. Zobaczymy świat oczami wrażliwego dziecka, niecierpliwość młodzieńczej miłości, apoteozę siły (z zachwytem nad światem, który przeplata się z doświadczeniami wojny), wreszcie refleksje właściwe dla sędziwego wieku (pełne dojrzałej mądrości i pogodnego uśmiechu pogodzenie się z przemijaniem, samotnością, a także z niedoskonałością własnego ciała, które sprawia, że zwyczajne dreptanie po schodach zostaje podniesione do rangi wyzwania).



„Klementyna” – utwór otwierający antologię – pochodzi z tomiku „Profile moich przyjaciół” z 1954 roku. To nie tyle opowiadanie, co idealny przykład impresji literackiej, a nawet malarskiej. Jest portretem kobiety i hołdem dla przyjaźni. Narrator snuje opowieść o znajomej utalentowanej artystce, która zginęła podczas powstania. Jego wspomnienia wypełnione szczegółami świadczą o dużej zażyłości między nimi, natomiast wojenne losy narrator zna jedynie z opowieści jej najbliższych. Przez finalną, przymgloną, odrealnioną scenę przebija żal autora o wszystko, czego się już o niej nie dowie.

„Ślub w małym wiejskim kościółku” to nowela, której akcja osadzona jest u schyłku wojny, autorowi udało się uchwycić pierwsze chwile stabilizacji. To moment, w którym ludzie muszą na nowo przyzwyczajać się do normalności. W domu księdza zjawia się para młodych ludzi, prawie dzieciaków, którzy chcą się pobrać i zależy im na pośpiechu. Jeszcze myślą kategoriami wojennymi. Chcą zdążyć zakosztować życia, bo nie wiadomo, co przyniesie jutro. Są niedojrzali, zaledwie zaczynają sobie uświadamiać, że małżeństwo jest decyzją na całe życie.

„Moja kochana dumna prowincja” to refleksje młodego pisarza, który przyjeżdża do prowincjonalnego miasteczka na spotkanie autorskie. Literat ma ambiwalentne odczucia i jest trochę przewrażliwiony, a czytelnik powoli odkrywa dlaczego. Nasz bohater dostrzega niechęć mieszkańców, a zarazem wie, co nimi kieruje. Sam przecież wyrwał się z podobnego miejsca. Czuje pokrewieństwo duchowe, z drugiej strony wie, że już tutaj nie pasuje. Dopiero, kiedy zostaje sam z naturą, gdy oddaje się swojemu ulubionemu zajęciu (wędkowanie) – pozostawia swoje dylematy za sobą i może poczuć się jak w domu…

„Misja doktora Meyera” to epizod z obozowego życia, ukazujący człowieka zajętego katalogowaniem słów. Jego zajęcie przypomina tworzenie encyklopedii, a w przedsięwzięcie zaangażowani są wszyscy współwięźniowie. Być może to, co robi doktor Meyer nie jest z naszego punktu widzenia zbyt doniosłe, ale w obozowej rzeczywistości jego drewniane skrzyneczki stały się skarbcem, do którego więźniowie składali skrawki swego utraconego życia.

„Światło i dźwięk, czyli o niedoskonałości świata” to opowiadanie o rodzącej się wrażliwości dziecka. Przedstawia moment, w którym ludzie uświadamiają sobie nadejście wojny. To gwałtowna, okrutna, niepojęta anomalia, która wtargnęła w spokojny, zwyczajny (który we wspomnieniach przekształci się w sielankowy) krajobraz. Patrzymy na tę przełomową chwilę oczami czteroletniego chłopca, który zwraca uwagę na wydarzenia z dziecięcą niewinnością, rozczulającą naiwnością, ale także w sposób wstrząsająco dorosły…

Nie mogę się powstrzymać, by nie zwrócić także uwagi na opowiadanie „Śmierć mojego antagonisty”, które zapada w pamięć z powodu trafności spostrzeżeń na temat ludzkiej natury i na jeden z moich absolutnie ulubionych utworów: „Chwila, w której wszystkie języki świata”, który ukazuje człowieka podczas walki z naturą w całkiem hemingwayowskim klimacie.




Wojna wdarła się w życiorys Filipowicza, dlatego w jego opowiadaniach trafiamy na jej motywy. Nie zdominowały jednak zbioru, pisarz nie epatuje grozą i unika patosu. Echa wojny stanowią raczej tylko jeden z tonów, które brzmią w jego pieśni o życiu. Dużo więcej znajdziemy w nowelach zachwytu nad światem, radości płynącej z obcowania z przyrodą, ulubionych przez pisarza wypraw wędkarskich, niezachwianej wiary w człowieka i dziecięcych wspomnień. W pokrewny sposób, eksponując te same elementy i spychając wielką historię na dalszy plan, pisał Ota Pavel, wystarczy przypomnieć sobie „Śmierć pięknych saren” i „Jak spotkałem się z rybami”. Warto zadać sobie trud i dotrzeć do refleksyjnego i nastrojowego zbioru opowiadań Filipowicza i poznać maestrię pisarza, który nie potrzebował sztuczek fabularnych, by olśnić czytelnika. Skupiał się na sprawach pozornie banalnych. Podkreślał związek człowieka z naturą, a w okruchach codzienności dostrzegał głębsze znaczenia. Swoimi wrażeniami dzielił się w taki sposób, jakby miał dar zaglądania pod podszewkę rzeczywistości. 





http://galeria.trojmiasto.pl/Wiejski-kosciolek-83484.html?tag=wie%B6&pozycja=2 [źródło zdjęcia: kościół
http://mruczkowo.blogspot.com/2012/06/polowanie.html [źródło zdjęcia: kot]
pozostałe zdjęcia z własnego archiwum

wtorek, 9 lutego 2016

Klątwa, papier toaletowy i najazd muflonów, czyli ciąg dalszy kłopotów „Arystokratki” z Kostki







Evžen Boček od  1992 roku jest kasztelanem na zamku w Miloticach, na Morawach. Jego funkcja, związane z nią sukcesy i frustracje natchnęły go do pisania. Znalazł brawurowy sposób, by odreagować zawodowe problemy. W książkach ukazuje rozmaite bolączki i utrapienia, ale także komiczne sytuacje, które zapewne czasem mu się przytrafiają, tyle tylko, że je skumulował, ubrał w lekką formę, wtłoczył w zabawną fabułę, wyolbrzymił i porządnie obśmiał. W efekcie powstała powieść, która otrzymała w 2013 roku nagrodę Miloslava Švandrlíka, przyznawaną w Czechach za najlepszą humorystyczną książkę roku i która również polskim czytelnikom przypadła do gustu.


„Arystokratka w ukropie” to kontynuacja "Ostatniej arystokratki" i jak można wnioskować z otwartego zakończenia – możemy się spodziewać dalszych części. Słowo „kontynuacja” nie jest całkowicie adekwatne. Obie części pierwotnie stanowiły całość, ale pisarz przestraszył się objętości i postanowił (słusznie) opublikować je oddzielnie. To tłumaczy, dlaczego książki  utrzymane są dokładnie w tym samym duchu i klimacie. 





Sięgając po „Arystokratkę w ukropie” udajemy się na spotkanie z dobrze znanymi bohaterami. Minęła już euforia związana z przejęciem zamku wraz z jego skarbami, nowi właściciele całkowicie się już zadomowili, a nawet częściowo zdołali spacyfikować służbę. Zdążyli się także przekonać ile kosztuje utrzymanie obiektu, a w ich oczy zaglądnęło widmo bankructwa. Pozostaje jeden ratunek: wszyscy mieszkańcy muszą zmierzyć się z masową turystyką i podporządkować Miladzie. Tylko przedsiębiorcza i nieugięta menadżerka może poprowadzić ten tonący statek do bezpiecznego portu i uchronić zamek przed wszechogarniającą anarchią…

Z powodu dużego zainteresowania do zamku zaczyna napływać potężna fala turystów. Czy mieszkańcy sobie z nią poradzą? Czy ich problemy się zakończą, a każdy członek załogi zajmie wyznaczone miejsce w szeregu? Przekonamy się jednak, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Jan nadal, swoim zwyczajem, będzie torpedować pomysły, pani Cicha pociągać z butelki, a Spock, co prawda, nie zamęcza nikogo wydumanymi chorobami, ale tylko wtedy, gdy jest odurzony prozakiem. Okazuje się, że nie można liczyć na hrabiego („nędzarza z Kostki”), który każde zetknięcie z turystą traktuje jako okazję do wyłudzenia pieniędzy. Nieprzydatna jest także hrabina Vivian, która nie zna czeskiego. Nasza dzielna narratorka – Maria jest jedyną osobą, która jest zdolna ponosić odpowiedzialność za rodzinny biznes. Na szczęście wparcie przychodzi ze strony psychodelicznej lokatorki (właściwie zakładniczki) - Deniski.

Źródło komizmu książek Evžena Bočka tkwi nie tylko w nagromadzeniu gagów i dziwacznych sytuacji, w ciętym języku narratorki, ale przede wszystkim w zestawieniu osobliwych (potraktowanych karykaturalną kreską), uzależnionych od siebie postaci, które dzieli pokoleniowa, kulturowa i mentalna przepaść. Nasi bohaterowie mają dość odmienne poglądy na funkcjonowanie zamku oraz przekonania o własnej roli i znaczeniu. Ich działania najczęściej są sprzeczne, co prowadzi do serii spektakularnych katastrof, które rozgrywają się niezmiennie na tle bajkowej scenerii. Zabawnie jest obserwować zachowania służby, która zachowała wielkopańskie maniery, poznawać (z księgi gości) wrażenia turystów, a nade wszystko przyglądać się rodzinie Kostków, która wbrew swojej naturze nie może zachowywać się zwyczajnie, lecz musi podporządkować się regułom marketingu…Poznajmy zatem dalsze losy mieszkańców zamku, którzy na żądanie pozują do scenek z życia szlachty, a także (już z własnej inicjatywy) pragną zasymilować się z europejską arystokracją.






Nie oczekujmy po książce moralizatorstwa ani specjalnego wyrafinowania. Nie ma także gwarancji, że zostanie odebrana przez wszystkich jednakowo. Preferujemy różne rodzaje humoru, więc to, co u jednych wywoła serię niekontrolowanych ataków śmiechu, innym dostarczy relaksu bardziej powściągliwego. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że Evžen Boček nie miał zamiaru stworzyć wiekopomnego dzieła, a jedyną jego ambicją było wywołanie uśmiechu na twarzy czytelnika, to musimy stwierdzić, że jego eksperyment jest szalenie udany.

Książka jest przykładem czeskiego humoru, ale warto zwrócić uwagę także na pewien dodatkowy smaczek. Jednym z bohaterów jest przedstawiony w komicznym świetle książę Schwarzenberg (największy rywal hrabiego z Kostki i sól w jego oku). Opisana postać jest osobą nie tylko autentyczną i publiczną, ale występuje pod własnym nazwiskiem. To Karel Jan Nepomuk Josef Norbert Bedřich Antonín Vratislav Menas książę Schwarzenbergu, czyli: Karel Schwarzenberg – czeski arystokrata i polityk, który startował w wyborach na prezydenta Czech w 2013 roku. To jeden z najlepszych przykładów na potwierdzenie słynnego czeskiego dystansu do siebie. Jak dotąd nic nie wskazuje na to, by książę Schwarzenberg miał ochotę pozwać Evžena Bočka do sądu…

Przezabawna książka, polecam!


"Ostatnią arystokratkę" oraz "Arystokratkę w ukropie" można nabyć
w wydawnictwie: http://stara-szkola.com/