czwartek, 31 marca 2016

Sztuka pisania listów...









"... Na dworze leje, wczoraj błękitny wiosenny deszcz, teraz szary i częściowo zmieszany ze śniegiem. Maluję małą rzecz dla Cleve, która jutro ma urodziny, mam sporo czasu na rozmyślanie, jestem całkowicie spokojna." ...[str.21]


"Droga Elisabeth,
Jest godzina między herbatką a północą - mniej więcej.
Wokół mnie panuje ohydna pustka, która niezawodnie powstaje zawsze, gdy zasiadam do pracy. Naprawdę nieprzyjemnie, szczególnie w bezwzględnym szarym świetle wczesnego poranka. Ale niech będzie!

Dotarł Twój drugi list, mam ochotę odpowiedzieć, porozmawiać z kimś, tak jak Ty. Za mną spogląda mój autoportret, naśmiewa się spod olejnej grzywki, po prawej Ariel, duszek powietrza, macha niedokończonymi skrzydłami i domaga się uwagi, Specjalność Lundgrena schnie po lewej - wszystko pachnie werniksem, terpentyną i starym klejem.

Wszystko jest szalone - godziny uciekają, że aż strach. Jako przyjaciółka porządku chciałam tu jakoś posprzątać i popracować jeszcze trochę - ale jestem zbyt leniwa, zła i tęsknię za domem." ... [str.26]




Mam nadzieję, że te malutkie fragmenciki listów, a zwłaszcza drugi - wraz z ilustracją własnoręcznie wykonaną przez autorkę - pozwoli Wam poczuć przedsmak treści i klimatu książki "Listy Tove Jansson" wybranych i zredagowanych przez Boel Wstin i Helen Svensson [Wydawnictwo Marginesy, premiera: 16 marca 2016]

Pozdrawiam i wracam do lektury,
żeby wykorzystać porę między herbatką a północą:)
Ola


sobota, 26 marca 2016

WIELKANOCNE ŻYCZENIA






Chrystus zmartwychwstał jest

Nam na przykład dan jest.

Iż mamy z martwych powstać

Z Panem Bogiem królować. Alleluja.




To uwspółcześniona wersja jednego z najstarszych utworów poetyckich, które zachowały się w języku polskim, fragment średniowiecznej pieśni wielkanocnej, który został zamieszczony przez Świętosława z Wilkowa w zaginionym dzisiaj Graduale (zabytkowej księdze obejmującej śpiewy mszalne całego roku kościelnego) katedry w Płocku (1365 r.)

Kochani, życzę Wam zdrowych i pogodnych, pełnych wiary, nadziei i miłości Świąt Wielkanocnych, wiosennego nastroju i serdecznych spotkań w gronie rodzinnym –
Ola



zmartwychwstanie (fresk giotta) - namalowany ok. 1305 roku dla Kaplicy Scrovegnich w Padwie


piątek, 18 marca 2016

Zaproszenie na kawę

Jestem beznadziejna…

Zaprosiliśmy gości. Mąż na zawodach sportowych poznał sympatyczną parę – małżeństwo w naszym wieku. Jakiś czas już sobie wspólnie biegają (mąż i zaprzyjaźniona para), więc postanowiliśmy znajomość zacieśnić i zaprosić ich na kawę.

Przygotowuję się starannie. Wiadomo – nowa znajomość, trzeba stanąć na wysokości zadania. Znajoma szyje firany i prowadzi własny sklep z tekstyliami. Znajomy fotografuje jej wyroby i wrzuca na stronkę sklepu internetowego. To powoduje, że moje okna muszą błyszczeć. Rozumiecie – goście wejdą i z powodów zawodowych pierwsze, co zrobią – rzucą okiem na okna. A po zimie wygląda to ssssstrasznie. Myję okna w całym domu, chociaż mam jakiś zastrzał mięśniowy i ledwo mogę się wyprostować i ruszać ręką. Ledwo taszczę wiaderko z wodą i pełzam po drabinie. Pucuję i macham ścierką z prawdziwym samozaparciem. Oczywiście prasuję hektary firanek. Wpełzam na drabinę i znowu je wieszam. Żabki w karniszu szczerzą do mnie zębiska, ale nie poddaję się i w końcu wszystko jest gotowe.




W dzień wizyty już tylko zwyczajne latanie na miotle, starcie kurzu, zrobienie sałatki i zakup ciasta. Nie, nic nie piekę profilaktycznie, bo jak znam życie, to zakalec zepsuje mi humor. I już piąta, jak ten czas leci! Już dzwonek do drzwi, ekspres na pełnych obrotach, i już witamy miłych gości.

Stół czeka, goście siadają, a ja szybciutko udaję się po pyszną kawę z ekspresu, za którą przeważnie moi znajomi przepadają (robię kawę za kawą i goście nie mają litości, nawet jeśli siedzimy pod altaną, na końcu ogrodu – muszę latać tam i z powrotem). Z mlekiem? Bez mleka? Czarną? Oczywiście, już podaję!

I już wychodzę z kuchni niosąc filiżanki z aromatycznym napojem, dumna, że mi wszystko wyszło na czas, że tylko kawusia i siadamy do rozmowy. A! jeszcze przecież aromat do kawy! Rzadko używam, specjalnie trzymam dla gości - karmel z wanilią to mój sekret, by zapach kawy pobudził najbardziej wykwintne zmysły, żeby gości jeszcze bardziej rozanielić.  Łapię młynek, trach-trach, szybciutko dodaję aromatu i już pędzę z kawą do gości.

Tylko, że goście tym razem rozanielić jakoś się nie chcą…

- Spróbuj tej kawy – mówi gość do swojej żony.
Żona próbuje i mówi – Nie cuduj, tylko pij.
Więc mąż rzeczywiście już nie cuduje, pije kawę - pijemy wszyscy, jemy ciasto i rozmowa po chwili już płynie gładkim nurtem, jest wesoło i całkiem sympatycznie.
- Ola, spróbuj tej kawy – mówi po jakimś czasie mój własny mąż i podaje mi swoją filiżankę – Coś mi tu nie pasuje.
Kosztuję, ale nie wyczuwam nic złego. „Dziwnie panowie się dziś zachowują” – myślę sobie – „Co ich opętało?”. Żeby tak nad moją kawą wybrzydzać... Koniec świata!

Spotkanie całkiem się udaje, goście siedzą do późna, jest naprawdę przyjemnie i wesoło. Mówimy o wczasach, dzieciach i o sporcie. Padają anegdoty. Jak to na spotkaniach. Podaję kolację. Tylko na pytanie czy jeszcze się czegoś napiją - gość mówi, że napije się herbaty. - BYLE NIE KAWY – jakoś dziwnie podkreśla. Żona też skwapliwie bardzo chce herbaty i wypije dwie pod rząd.

Późno wychodzą. Żegnamy się przy drzwiach i obie strony zapewniają o potrzebie powtórnego spotkania. Zamykamy za gośćmi i zaczynamy sprzątać naczynia. Kiedy porządkuję kuchnię - otwieram drzwiczki i zamieram w poczuciu grozy. Na półce obok siebie stoją dwa identyczne młynki. Karmel z wanilią, a obok: sól. Matko kochana! Zamiast karmelu gościom dowaliłam soli!

Mam ochotę zakopać się gdzieś na pół roku. Taki wstyd, będzie trzeba przepraszać, a jeszcze na dodatek to przypadek nierokujący zbyt dobrze w kategoriach literackich. Nie dość, że plagiat, to w dodatku słaby. Mało, kurczę, oryginalny. No bo: sól? Tak po prostu? Co to miało być? Kawa z sOlą? Taka Ania z Zielonego Wzgórza spiła przynajmniej biedną Dianę nalewką Marty...Mamy z Anią coś wspólnego. Całą noc po wizycie spędziłam w otchłani rozpaczy. Rano doszłam jako tako do siebie, a po telefonie z przeprosinami doszłam do wniosku, że jednak nie wystrzelę siebie na Księżyc. Tym razem. Goście wykazali się wyrozumiałością, a nawet poczuciem humoru. Jednak sobie myślę, że jeśli już miałam narozrabiać, to przynajmniej z większą fantazją. Jak Zocha Stryjeńska, która odwróciła talerz z zupą na przyjęciu, bo musiała sprawdzić gdzie został wyprodukowany… Albo wydawca i księgarz Gustaw Gebethner (1831-1901; współtwórca wydawnictwa "Gebethner i Wolff" i sieci księgarń z filiami w Paryżu i Nowym Jorku), który chciał uraczyć swoich gości winem, a poczęstował atramentem (1). Tylko żałuję, że nie wiem jak ta kabała się zakończyła… Czy szacowny Gebethner mocno żałował, że goście wyżłopali mu drogi atrament? Jeśli ktoś wie cokolwiek na ten temat, to upraszam o informację! Krążą i inne "smakowite" anegdoty o wybitnie roztargnionych wielkościach. Immanuel Kant wrzucił podobno do gotującej się wody zegarek, natomiast w ręce trzymał jajko, na które zagapił się, by sprawdzić czy gotowanie trwa dostatecznie długo. Tej anegdocie tak do końca jednak nie ufam (2). Wierzę święcie za to w inną historyjkę. Ludwik Szalay - (światowej sławy słynny krakowski adwokat, wybitny obrońca w sprawach karnych i krasomówca, zmarł w 1934r.) znany był powszechnie ze swojego roztargnienia. Pewnego dnia został zaproszony na obiad do przyjaciela. Posiłek raczej nie okazał się całkiem smaczny. Tego dnia adwokat tak przejęty był chorobą swojej żony, że zupełnie zapomniał, że jest w gościnie. Wstając od stołu powiedział: "Przepraszam bardzo za ten straszny obiad, ale moja żona jest chora..." (3)

Co do moich gaf jestem dziwnie spokojna, że wkrótce coś znowu mi się przydarzy... To zupełnie normalne, że gdy napisze do mnie poeta Janusz Andrzejczak, to ja mu odpiszę: "Panie Andrzeju...". Potem skaczę z okna lub się wieszam, ale za chwilę  i tak narozrabiam. Dobrze, że domownicy przyjmują tego typu sprawy ze stoickim spokojem. Mojego męża wcale nie zdziwiła sól w kawie. Żeby go zaskoczyć muszę wykazać się znacznie większym wyrafinowaniem, tak jak parę dni wcześniej, gdy wychodząc z własnej sypialni – zatrzymałam się pod drzwiami, zapukałam i czekałam przez chwilę na zaproszenie. Mąż wtedy stanął na wysokości zadania i powiedział: „Mnie już nic przy tobie nie zdziwi. Ale nie krępuj się, możesz wyjść – bardzo proszę!”.

Roztargnienie w życiu realnym, to cecha komplikująca życie i bardzo przereklamowana. Zwłaszcza, gdy nie możesz spać po nocach, stale trzeba coś odkręcać i za coś przepraszać. Za to jakiż to wdzięczny motyw literacki! Dziękuję wszystkim roztargnionym sławom, za to, że mamy o czym poczytać, nad czym podumać i uśmiechnąć się, a ja właśnie wtedy czuję dziwną bliskość duchową... 


W ramach pokuty piję kawę z solą. Za Wasze zdrowie!



(1) Wisława Szymborska: „Lektury nadobowiązkowe”, Znak, str. 25
(2) http://www.psychotekst.pl/ksiazki.php?nr=193
(3) http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2016_01/70314/p625_pygmalion_t_polski_warszawa_1932_551.pdf

środa, 9 marca 2016

"Zawsze nie ma nigdy", czyli dzisiaj recenzji nie będzie...










Recenzję napisałam, ale ukaże się w innym miejscu, a ponieważ nie czuję bluesa, by pisać jej drugą wersję, dzisiaj parę luźnych uwag. 

Tajemnicza sprawa z tym doborem lektur, którędy one do nas trafiają? Dawno już straciłam złudzenie, że czymś kieruję, to one wybierają mnie. Te najlepsze trafiają swoimi tajemniczymi i nieoczekiwanymi ścieżkami. Przekonałam się też, że najlepiej się czyta, gdy mam czas, który pozwala wpadać w ciągi lub tak zwane: fazy, czyli pozwalam, by jedna lektura prowadziła do następnej, a ta otwiera drzwi do kolejnej… Czytanie to wędrówka korytarzem, w którym idziemy trochę po omacku, aż nie zaczniemy słuchać intuicji i swoich przewodników duchowych. Trafiamy na liczne zakręty i rozwidlenia, ale gdy wreszcie odnajdujemy właściwą ścieżkę, okazuje się, że od czasu do czasu, potem coraz częściej pojawia się (czyjąś troskliwą ręką postawiona) lampka, której trzeba tylko pozwolić się prowadzić.

Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów, właśnie przenikam na drugą stronę lustra, ponieważ wpadłam w jeden z tych ciągów. Przeczytałam opowiadania zapomnianego mistrza krótkich form i już widzę przed sobą nowe szlaki i rozgałęzienia. Ach, zdobyć wszystkie jego opowiadania! Trafiam na tę i ową książkę, na jakiś artykuł i odkrywam, że Kornel Filipowicz wcale nie jest zapomniany. Wprost przeciwnie! Jest nie tylko stawiany za wzór przez dobrze nam znane i podziwiane osoby, intensywnie obecny we wspomnieniach, jest obecny nawet w wierszach (nikogo innego, tylko naszej noblistki!). Wcale nie jest zapomniany, tylko uporczywie ignorowany. Przez programy szkół, przez wydawnictwa, przez czytelników, którzy się o niego nie upominają… A przecież warto trzymać się zasady: czytaj, co zachwyciło twojego mistrza. To ważny element tej zabawy… Czytujesz Pilcha? Lubisz jego książki? W takim razie trafisz na nazwisko Filipowicza niejednokrotnie. Ale zacznijmy od początku.

Któregoś dnia słucham radiowej audycji. Jest do niej zaproszony Jerzy Pilch, który ma wyraźny problem z wymową, ale zapominam o tym kompletnie już po paru chwilach, ponieważ pisarz mówi fascynująco i mądrze. Wraz z nim wypowiada się współtwórczyni ich książki „Zawsze nie ma nigdy” i podoba mi się promyk światła, który pojawia się w jej głosie, gdy mówi o Pilchu. Tematem audycji jest geneza książki-wywiadu i cała historia jest przejmująca. Książkę kupuję z marszu i po chwili wiem, że to jeden z tych momentów, gdy trafiamy na właściwą ścieżkę. Jak powiedziałby Roland Deschain z Mrocznej Wieży Kinga: czuję, że idę ścieżką Promienia. I nie jest to wcale zauroczenie od pierwszego spojrzenia, bo dwa spotkania z Pilchem w ogóle mnie wcześniej nie poruszyły. Teraz jest zupełnie inaczej.

Czytam wywiad i lektura mnie porywa. Jerzy Pilch zaprasza do swojego mieszkania, pozwala usiąść przy swoim biurku, spojrzeć na swoje zbiory i w jednym z pierwszych tematów opowiada o Kornelu Filipowiczu i Wisławie Szymborskiej! Otwiera się przede mną nowe przejście w czasie. Kupuję następne książki pisarza, taszczę jego dzienniki i zbiory opowiadań. Czytam w amoku. Czy w wywiadzie Pilch „opowiada o sobie coś nowego”? Ależ skąd. „Nigdy jeszcze nie mówił wprost o swojej rodzinie i swoich ambiwalentnych odczuciach”? Przeciwnie! Czytaliście „Moje pierwsze samobójstwo” lub „Wszystkie historie”? Pisarz przecież stale pisze o tym samym. W sposób zawoalowany rzecz jasna, najczęściej też jedzie po bandzie i włącza pedał z podkręcaniem i ubarwianiem do dechy. Mam jednak wrażenie, że niespecjalnie stara się zmieniać dekoracje i zacierać ślady. A odczucia i emocje są z już pewnością z życia wzięte… Nie tylko w „Dziennikach”, także w opowiadaniach znalazły się już wcześniej portrety rodziców i dziadków, te wszystkie ślady przeprowadzek, relacje z rodzicami i inne tropy (nawet idealnie zatemperowane ołówki). To wszystko stanowi tworzywo jego twórczości.

Czytam nie tylko to, co wychodzi spod jego pióra. Staram się powoli dotrzeć do wszystkiego, do czego pisarz się odnosi. Już wspominałam, że trzymam się zasady „czytaj, co zachwyca twojego mistrza”, więc tropię teraz kształt idealnych pierwszych zdań w opowiadaniach Izaaka Babla, oglądam wieś oczami Bunina, a Anton Czechow jest mi przewodnikiem w najpiękniejszej podróży po stepach… Zachwyt, zachwyt, zachwyt!

Zawsze mi sprawia radochę, gdy trafię w recenzji na wyrażonko: „przeczytałam jednym tchem” . Spróbowaliście kiedyś przeczytać jednym tchem coś dłuższego od recepty? No, właśnie! Usłużna wyobraźnia uprzejmie podsuwa mi obraz czytelniczki, bo to zawsze jest czytelniczka, która leży w koronkowym peniuarze (nie wiem, dlaczego zawsze jest tak ubrana) na szezlongu (dalibóg -skąd ten mebel?), która czyta jednym tchem. Zaczyna się dusić już w dolnych partiach pierwszej strony, dostaje konwulsji i drgawek, potem sinieje, aż w połowie trzeciej strony w strasznych męczarniach umiera… Ileż czytelniczek zginęło w ten marny sposób! Teraz ja leżę na szezlongu, przekraczam kolejne bramy i umieram za każdym razem. Tak! Czytam jednym tchem! (Napisałam to!)

Wracając na ziemię i do wywiadu - czuję się urażona w imieniu Eweliny Pietrowiak, gdy w recenzjach pojawiają się komplementy dla jej inteligentnych pytań. Któraś z poczytnych gazet zdobyła się na taką mądrość i w zasadzie wszyscy później pojechali tym komunałem. Czy naprawdę ktoś uważa, że Pilch zaprosiłby do rozmowy osobę mniej wrażliwą i inteligentną? Czy można poddawać w wątpliwość inteligencję osoby, która jest reżyserem teatralnym i operowym? Czy wreszcie książka, która wymaga nie tylko idealnego pierwszego zdania, ale wyważonego balansowania między tematami i powściągliwości w ujawnianiu różnego rodzaju informacji mogła być przeprowadzona z kimś przypadkowym? Ten komplement jest raczej nie na miejscu. Oczywiście, że pytania i odpowiedzi są nie tylko inteligentne, ale także dowcipne i interesujące, zdradzające zażyłość między rozmówcami, ale także pewien zamiar rozmówczyni, która sama nie tylko konsekwentnie pozostaje w tle rozmowy, ale znając pewne cechy charakteru Pilcha – stara się je odpowiednio wydobyć i naświetlić, podać czytelnikowi na tacy, po to, by obalić stereotypy, które powstały wokół pisarza. Trzeba przyznać, że głównie dzięki jego usilnym staraniom.

Dlaczego przeprowadzenie wywiadu akurat w tym momencie musiało być przedsięwzięciem skomplikowanym? Abstrahując od problemów zdrowotnych (wielogodzinne sesje pomogły pisarzowi w ćwiczeniu mowy, z którą miał kłopot po przebytej operacji) – przeprowadzenie rozmowy, którą wypełniają wątki biograficzne wymagało pewnego wyważenia. Wiadomo, że pisarz pracuje nad autobiografią, a jeszcze w tym roku (w maju) ma ukazać się książka Katarzyny Kubisiowskiej „Podwójna gra” (biografia nieautoryzowana). W tych okolicznościach udzielenie wywiadu narzuca doprawdy żelazną dyscyplinę.  Trzeba kluczyć i lawirować; powrócić do wątków już wielokrotnie poruszanych, bo przecież autor bez przerwy korzysta ze swoich „wyznań elementarnych”, ukazać je w innych kontekstach, a zarazem zadbać, by nie zdradzić faktów, które mają ewentualnie wypłynąć w odpowiednim momencie. Jestem pod wrażeniem. Wywiad rozpala, a nie zaspokaja ciekawości. Pilch się otwiera, a jednocześnie wymyka. Kieruje wzrok na kolejne bramy. Pilch to wehikuł czasu…

Drogi Czytelniku, jeżeli dobrnąłeś aż do tego miejsca, szczerze współczuję. Z pewnością śpisz w tej chwili z głową na łokciach... Mam nadzieję, że przynajmniej Twoje krzesło jest wygodne jak szezlong... Dobrych snów!



[Gdyby ktoś jednak wolał klasyczną recenzję, to zapraszam TUTAJ]

czwartek, 3 marca 2016

Międzynarodowy Dzień Pisarza







"Widzicie? Można i tak - prowadzić lekcję, uczyć. Co tam - uczyć! Szybować. Można w ten sposób żyć! Można być takim człowiekiem! - Oczywiście, nie wszystkim dana jest taka szansa. Niemniej, trzeba próbować. Trzeba próbować szczęścia. Jak? Wskazanie jest proste: uczyć się obcych języków, w ogóle - sztuki słowa! Jeśli będziecie m ó w i ć - płynnie, inteligentnie - wasz szary, ubogi świat stanie się barwny... barwniejszy. Bo wszystko pochodzi z języka. Bo wszystko od niego zależy. Bo, jak powiada "Pismo", na początku jest Słowo".

Antoni Libera – Madame






WSZYSTKIM PISARZOM Z OKAZJI ICH ŚWIĘTA - ZA PASJĘ I MAGIĘ, ZA  OBJAWIANIE BOGACTWA, KTÓRE SIĘ KRYJE W SŁOWACH,  ZA PRZYGODY I ODKRYWANIE NOWYCH DRÓG, ZA TO, ŻE NIE POZWALACIE, BY NASZ ŚWIAT POZOSTAWAŁ PŁASKI I SZARY - DZIĘKUJEMY!


CZYTELNICY.