piątek, 29 kwietnia 2016

Tove z Rodziny Muminków




Nie mogło być inaczej; pochodząc z takiej rodziny - Tove musiała pójść artystyczną drogą. Zanim została słynną pisarką dla dzieci – była najpierw rozpoznawalną rysowniczką satyryczną, ilustratorką i malarką. Baśń o Muminkach zaczęła pisać po wybuchu wojny. Potrzebowała ucieczki od rzeczywistości, a w Dolinie Muminków można się było bezpiecznie zanurzyć. Wybrała świat sympatycznych, wszędobylskich i szalenie towarzyskich trolli. W rzeczywistości zaczęła pisać i snuć fantazje na temat własnego dzieciństwa. Plan napisania autobiograficznych opowiadań, które zaowocowały wydaniem książki „Córka rzeźbiarza”, powstał znacznie później.

Wielbiciele talentu Tove, a zwłaszcza czytelnicy jej korespondencji (książka „Listy Tove Jansson”) wiedzą, że pisarka planowała utworzenie miejsca przyjaznego artystom. Chciała (wraz z ówczesnym partnerem) stworzyć Kolonię Artystyczną. Później marzyła o zakupie wyspy na własność, a najlepiej całego archipelagu, na której będzie mogła się zaszyć i zapewniać schronienie przyjaciołom.  Ambitnych projektów nie udało jej się wcielić w życie, ale czy na pewno? Mimo iż pisarka oficjalnie nie stworzyła ośrodka artystycznego - przez całe życie gwarantowała bezpieczną przystań rodzinie i przyjaciołom. Czytelnik w każdej chwili może zobaczyć, na czym to polegało, wystarczy, że przyjrzy się członkom rodziny Muminków. Sam może znaleźć swoją odskocznię w tym bezpiecznym świecie…


Tove wychowała się w rodzinie niezwykle otwartej i serdecznej. Jej rodzice byli artystami, w ich życiu było miejsce na lekką nutę ekstrawagancji i szczyptę szaleństwa, ich dom był stale otwarty dla przyjaciół. Lubili spontaniczność. Ojciec wychodził na spacer i sprowadzał napotkanych znajomych; mama zaglądała do spiżarni i częstowała gości tym, co w niej znalazła. W każdej chwili gotowi byli spakować wyłącznie najpotrzebniejsze rzeczy i przenieść się do swojego domku na skalistym wybrzeżu. Ojciec wówczas spędzał czas na łowieniu ryb i zbieraniu grzybów, czasem zamykał się w szopie zmienionej w pracownię rzeźbiarską. Uczył swoje dzieci miłości do natury, zwierząt i szacunku do morza. Wpoił im miłość do sztormów. Jakże pięknie pisarka potrafi o nich pisać! A mała Tove? Nikt nie ograniczał jej swobody. Dziewczynka żyła w świecie na poły zanurzonym w swojej wyobraźni, a rodzice nie przywoływali jej do porządku, raczej jej w nim towarzyszyli. Dziewczynka filtrowała świat przez pryzmat swych emocji i przez sztukę swych rodziców, uczyła się patrzeć na świat oczami dorosłych i jak barometr wyczuwała każdy najdrobniejszy ton fałszu… To są wątki, które stanowią treść  „Córki rzeźbiarza”.  Ale czy czegoś nam to nie przypomina? Czy na tym samym płótnie nie została utkana kanwa innej książki? Rodzina Tove – to przecież rodzina Muminków. Przyjrzyjmy się, to zobaczymy sylwetkę jej ojca w Tatusiu Muminka, a matkę w Mamusi sympatycznego trolla. A Tove? Jest Muminkiem i Panną Migotką. Włóczykijem i małym Ryjkiem. Jest Topciem od Topci. Tove jest po trosze we wszystkich postaciach…

„Córka rzeźbiarza” to opowiadania o szczęśliwym dzieciństwie.  Pisarka jednak nie skupia się wyłącznie na ukazaniu najbliższego otoczenia i rodziny. Utwory są tak wyjątkowe, bo autorce udało się wniknąć w dziecięcą psychikę i ukazać fabułę z tej perspektywy. Patrzymy na świat oczami dziewczynki, której czas w dużej mierze upływa na zabawie, podpatrywaniu dorosłych i przeprowadzaniu własnych doświadczeń. Mała Tove rzuca wyzwania światu dorosłych, Naturze, a nawet samemu Bogu, bo przecież dziecko musi odczuć pewne prawdy na własnej skórze… Pisarka uchwyciła ten magiczny i szczególny moment dzieciństwa, kiedy dziecko szuka odbicia świata w oczach swych rodziców. Słucha dorosłych i naśladuje, bezgranicznie ufa, ale tylko do czasu, dopóki swoim postępowaniem dorośli sami sobie się nie sprzeniewierzą.



Dzieciństwo Tove to obraz jej rodziców i sąsiadów, zabawy w pracowni rzeźbiarskiej pośród niedokończonych rzeźb i gipsowych odlewów, przygody na skalistej wyspie, wyprawy łódką; to także wieczorne lęki, które czyhają o zmroku, burzliwe kłótnie z kucharką podejmowane w obronie autorytetu rodziców i spektakularne sztormy. To świat nieposkromionej wyobraźni, ale także czas kształtowania granic i ustanawiania zasad. Czas stawiania pierwszych kroków w skomplikowanym labiryncie zachowań zwyczajowo dopuszczalnych i niestosownych. To ukazany oczami dziecka proces dopasowywania i dostrajania się do świata.

Czy można wskazać najlepsze opowiadania? Wszystkie, w pewnym sensie, są niepowtarzalne. Każde z nich: „Wysoka woda”, „Anna”, „Jeremiasz”, „Uczta”, czy inne – to krok dziecka prowadzący do rozszyfrowania otaczającego je świata. Niektóre utwory szczególnie zachwycają artyzmem i potwierdzają, że pisarka jest mistrzynią subtelnej narracji psychologicznej.  Warto zwrócić uwagę chociażby na „Tiulową spódnicę” czy „Śnieg”- opowiadania, które nie tylko ukazują potęgę dziecięcej wyobraźni, ale są też przykładem perfekcyjnego budowania nastroju.



Kto czytał „List Tove Jansson” odnajdzie sporo znajomych tropów, a przede wszystkim zostanie sowicie wynagrodzony poznając nową, dużo jaśniejszą barwę, którą pisarka używa na oddanie swoich relacji z ojcem (samo śledzenie tej relacji w różnych książkach i korespondencji pisarki jest fascynujące). W opowiadaniach to właśnie ojciec jest lepiej wyeksponowany, świadczy o tym nawet tytuł. Matka, oczywiście, także pojawia się w utworach, poświęcone jest jej jedno z najlepszych opowiadań: „Śnieg”.

„Córka rzeźbiarza” to przepiękny zbiór opowiadań. Ich lektura otwiera przejście w czasie, które z pewnością zabierze czytelnika myślami także do jego własnego dzieciństwa. Tove Jansson to mistrzyni. Rzeczywistość w jej książce nie jest polukrowana. Natkniemy się w niej i na strach, a nawet grozę (jeśli jej nawet nie ma w rzeczywistości, to dziecko ją sobie wymyśla na użytek własny lub po to, by zaimponować rówieśnikom). W tym świecie jednak, pełnym mroków i cieni - mamy stuprocentową pewność, że w pobliżu rodziców - jesteśmy absolutnie bezpieczni.







poniedziałek, 18 kwietnia 2016

TA KSIĄŻKA JEST ZE MNIE – rozmowa z Wiolettą Leśków-Cyrulik, autorką książki „Sezon zamkniętych serc”















Dzisiaj Waszym i moim gościem jest Wioletta Leśków-Cyrulik – nauczycielka, bibliotekarka, instruktorka teatru dziecięcego, koordynatorka kampanii społecznej „Cała Polska czyta dzieciom”, a także pisarka. W lutym ukazała się jej książka „Sezon zamkniętych serc”. To debiut, ale warsztat, styl, a przede wszystkim tematyka – świadczą o dojrzałości pisarskiej. Co zaś najważniejsze – pod postacią powieści obyczajowej i romansu – autorka zwraca uwagę na istotny problem natury społecznej. Zapraszam do wysłuchania rozmowy:)



***


Aleksandra Urbańczyk: Gratuluję godnego pozazdroszczenia debiutu. Przeczytałam z przyjemnością, a lekturze cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że czytam dobrze napisaną książkę. Jak długo powstawał ten projekt?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Dziękuję, bardzo miło słyszeć takie słowa:) Książka w zasadzie nie była „projektem”, przynajmniej do pewnego czasu. Pisałam od zawsze, nawet w szkole, ale nigdy z myślą o publikacji. Powieść powstawała, jako odskocznia od codziennych zajęć, także od mojego intensywnego życia zawodowego. Zarys fabuły wymyśliłam w ciągu kilku dni, gdy chorowałam. Często tak robię. Wymyślałam różne historie, a potem o nich zapominałam. Jednak ten pomysł nie dawał mi spokoju. Spisywałam tę historię jakieś dwa lata. Nie spieszyłam się, ponieważ w ogóle nie myślałam o publikowaniu.  Ta myśl pojawiła się dopiero po pięciu latach.

A.U.: Co Cię przekonało, żeby wyciągnąć książkę z szuflady?

Autorka: Po postawieniu ostatniej kropki - schowałam zeszyt do szafy. Odetchnęłam.  Zrobiłam stosowny wpis na moim starym blogu i stwierdziłam, że to już koniec. To mi wystarczyło. Jednak myślę, że podświadomie w każdym piszącym gdzieś w głębi tli się chęć sprawdzenia własnej twórczości. Przygotowanie rękopisu do wysłania potencjalnym wydawcom to długi proces, bardzo czasochłonny, wymagający wielu poprawek. Ja ten czas znalazłam na urlopie wychowawczym, po urodzeniu trzeciego dziecka, gdy ukończyło półtora roku. Postanowiłam spróbować, chociaż wciąż bez nadziei na powodzenie. W międzyczasie założyłam nowy blog. Zaczęłam się rozglądać, przygotowywać i rozsyłać tekst do wydawnictw. Po pięciu miesiącach przyszła pierwsza odpowiedź - pozytywna. A po upływie pół roku książkę wydano. W sumie od momentu jej powstania upłynęło siedem lat.

A.U.: W takim razie nie można powiedzieć, że jesteś blogerką, która nagle postanowiła wydać książkę?

Autorka: Nie. Jestem raczej blogerką, która postanowiła prowadzić blog, gdy miała książkę w szufladzie, a nie miała czasu na pisanie następnych dłuższych form. Chociaż wtedy jeszcze nie myślałam o tym, co leży w szufladzie - jako o „mojej książce”… Jak widać nie mogę obyć się bez pisania.



A.U.: Jak ujęłabyś temat swojej książki? Co Ci zagrało w duszy, gdy ją pisałaś?

Autorka: Chciałam dotknąć kilku spraw. Najważniejszą jest niezdolność do poradzenia sobie z traumą, niezdolność do miłości, ale także poplątanie i pomylenie poczucia odpowiedzialności za drugą osobę -z miłością. Chciałam także, by ta problematyka została ujęta w jakiejś akceptowanej formie.

A.U.: …powieści obyczajowej, romansu?

Autorka: Nie chciałam jednak, by ta historia została odczytana, jako typowy romans…

A.U.: W jakim stopniu ta książka odzwierciedla Ciebie?

Autorka: Ta książka jest ze mnie. Ale może uściślę: w warstwie fabularnej jest to rzecz wyjęta z wyobraźni, bieg akcji został przeze mnie wymyślony. Natomiast emocje bohaterów, refleksje narratora i postacie pochodzą całkowicie ze mnie. Wydaje mi się, że nie mogło być inaczej. Piszę w taki sposób, że najpierw wymyślam wydarzenia, szkicuję mniej więcej ich dialogi, a potem, podczas rozpisywania scen wchodzę w ich świat i razem z nimi przeżywam kolejne sytuacje, rozmowy i refleksje. Dlatego każda z postaci w większym lub mniejszym stopniu myśli i mówi "mną", a niektóre nawet zachowują się tak jak ja. Z kolei mój, (czyli także bohaterów) sposób myślenia i przeżywania wynika z osobistych doświadczeń, ale też z obserwacji, z rozmów, z sytuacji przeżytych przez lata na gruncie zawodowym. Od 18 lat pracuję jako nauczycielka i wychowawczyni. Kilkanaście lat pracy z ludźmi pozwala na pewne obserwacje i spostrzeżenia.

A.U.: Twoja książka oczywiście nie jest typowym romansem.  Co prawda czytelnika wprowadzasz w idylliczny obraz – młodzi ludzie przeprowadzają się na Islandię, w miejsce, które ma stać się ich rajem na ziemi. Jednak jest to pozorna sielanka. Gdy zaczynamy zagłębiać się w tę historię, odkrywamy, w jakim stopniu związek Agnieszki i Darka jest skomplikowany. Wydaje się, że wyjazd ma posłużyć przede wszystkim Agnieszce, a okazuje się, że ma stać się rekonwalescencją dla nich obojga. W Twojej książce ważne było, żeby ich w ogóle gdzieś wysłać, wypchnąć w nowe środowisko. Miałaś szeroki wybór. Mogłaś rzucić ich w dowolne miejsce na świecie - na Kaszuby, w Bieszczady i do Nowego Jorku. Dlaczego Islandia?

Autorka: W 2009 to był dla mnie wybór idealny. Islandia była daleko i brzmiała egzotycznie. Dziś raczej jest blisko i swojsko, ale wtedy tak mi się nie wydawało. W tej książce jest dużo osobistych emocji, którymi obdzieliłam bohaterów. Chyba zadziałał odruch, żeby akcję wyprowadzić gdzieś daleko i w ten irracjonalny sposób oddalić ich ode mnie. Ale ważny jest też pewien klucz. To klimat Islandii: deszcz, wiatry, krótkie i chłodne lato. Oczywiście ważne jest położenie na środku oceanu. Idealne. Do tego skały, niewiele drzew, mało dostępny interior. To moje klimaty, one odpowiadają mojemu usposobieniu. I przeżyciom bohaterki. Ale przede wszystkim Darek i Agnieszka potrzebowali się oddalić - dosłownie i w przenośni. Minęło kilka lat i przestępca miał opuścić więzienie, Darek słusznie podejrzewał, że Agnieszka źle to zniesie, więc kiedy nadarzyła się okazja, wywiózł ją "na koniec świata".



A.U.: Skoro uchyliłaś rąbka tajemnicy, to mogę powiedzieć, co od razu rzuciło mi się w oczy podczas lektury. Bardzo istotne wydaje mi się to, że naświetlasz ważny problem i zmuszasz czytelnika, żeby go sobie przemyślał. Nie pokazujesz momentu bolesnego zdarzenia, obudowujesz go aluzjami, natomiast zwracasz uwagę na to, co przeważnie nam umyka. Niestety słyszymy o podobnych zdarzeniach dosyć często. Oczywiście, współczujemy ofiarom przemocy, ale czas zatrzymuje się w miejscu tylko osobie pokrzywdzonej. Świat pędzi dalej, atakują nas kolejne medialne wiadomości, już po chwili jesteśmy myślami gdzie indziej, już pochłania nas coś innego. A Twoja książka zatrzymuje nas po drugiej stronie lustra. Pokazuje, że tragedia nie sprowadza się jedynie do samego zdarzenia. To nie jest przysłowiowe kilka minut strachu. Napastnik został ujęty bądź nie, osądzony - ale to nie przywraca ofierze spokoju. Te kilka minut – to dopiero początek „drogi przez mękę”. Dla nas życie mknie dalej, ale skrzywdzoną osobę czeka całe życie ze świadomością zdarzenia, długi proces rehabilitacji i niekończąca się droga do „normalności”. 

Autorka: Takie właśnie było założenie książki - to właśnie chciałam pokazać! Bo po takim zdarzeniu nie ma normalności. Pięć minut dramatu – to kilka minut, które determinuje całe dalsze życie. Zastanawiałam się, co dzieje się z kobietą i z jej otoczeniem dalej, kiedy już sprawa zostanie na poziomie prawnym wyjaśniona, gdy dobiegnie końca ewentualna pomoc psychologiczna. Jaki to ma wpływ na jej życie, na przyszłe relacje z ludźmi? Jak zdarzenia z przeszłości mogą kształtować życie ludzi, z którymi ona zetknie się w odległej przyszłości, a którzy nawet nie wiedzą, co ją spotkało? Jak ją samą to kształtuje, bo przecież trudno sobie wyobrazić, by (poza skrajnymi przypadkami) jej życie było już do końca zdominowane przez to, co się wydarzyło niegdyś… Jak to wszystko wpływa na bohaterkę? Jak sobie z tym radzi? Kto, oprócz niej staje się ofiarą? Słowem – jak wielki jest zasięg i jak szeroki jest zakres zniszczeń?

A.U.: Udało Ci się to zobrazować. Po takim zdarzeniu świat legnie w gruzach – ale nie ucierpi tylko ofiara przemocy. Dramat dotyka każdego, kto pojawia się w jej orbicie. To nie musi być partner. To może być matka, przyjaciółka czy opiekun. Jeśli w ten sposób spojrzymy na Agnieszkę i Darka, to dostrzeżemy, co ich blokuje. Agnieszka w tym związku jest bardziej pacjentką niż partnerką, a Darek ma głęboko zakodowany syndrom opiekuna. Ten układ jednak już im nie służy. Był potrzebny Agnieszce do pewnego momentu, ale dziś oboje są tylko uzależnieni. Ta sytuacja ich nie wzmacnia, tylko dusi. Na pierwszy rzut oka wydaje się nam, że czasem Agnieszka jest okropna, nawet winimy ją za to, że związek się sypie. Ale jeśli przemyślimy sprawę, to musimy przyznać, że Darek stał się (w sposób niechcący) ogniwem ograniczającym. Agnieszka była podświadomie gotowa do zmian zanim się do tego przyznała przed sobą i zanim gotowy był Darek. Wydaje mi się, że w ten nieco „jungowski” sposób możemy odczytać symbolikę sceny z otwartym oknem, gdy Darek jest zły na Agnieszkę za wyziębianie mieszkania.

Autorka: Tak. Agnieszka nie do końca zdaje sobie sprawę, że powinna się od Darka uwolnić. A on w najlepszej wierze jest nadopiekuńczy i uzależniony od pomagania jej. To w pewnej mierze jego racja bytu, chociaż z drugiej strony chętnie by się od niej uwolnił. Poczucie obowiązku powoduje, że w ogóle nie dopuszcza tej myśli. Natomiast Agnieszka nieświadomie próbuje wyrwać się spod jego „kurateli”. Jest dla niego niemiła. Nie dopuszcza go zbyt blisko…



A.U.: Więc wyjazd stał się w końcu takim katalizatorem i doprowadził do czegoś, co i tak nieuchronnie musiało nastąpić. Przy okazji wprowadziłaś wątek klasycznego trójkąta i zdrady, ale te motywy nie zostały wprowadzone z błahych powodów. Wszystko ma swoje znaczenie.

Autorka: Właśnie. Każda postać była do czegoś potrzebna. Zwróćmy uwagę, na ważną rzecz. Społeczeństwo wywiera pewnego rodzaju presję na to, by ofiara przemocy swoją traumę przepracowała i tym cudownym sposobem się od niej uwolniła. Tymczasem - to tak po prostu nie działa. Postać Darka obrazuje tę presję. Darek wywiera ją na Agnieszkę zupełnie nieświadomie. Pomaga jej, jednak przez lata nie może doczekać się efektów. Zupełnie nie rozumie, że sam fakt, że ona nie osunęła się na dno, to już jest sukces jego postępowania. Agnieszka utrzymuje się na powierzchni, ale czuje, że on jest zawiedziony. Zaczyna się błędne koło. Narasta w niej poczucie winy, ale także frustracja, która przechodzi czasem w agresję. Poza tym utwierdza się w przekonaniu, że nic nie potrafi, na nic nie ma wpływu i że to jest jej wina. Ma swojego królewicza z bajki, teoretycznie powinna tryskać szczęściem, a wszystko jest „nie tak”. W zasadzie tkwi przy Darku trochę ze względu na jego „zasługi”.

A.U.: Wydaje mi się, że udało nam się dotrzeć do istoty książki, a mimo wszystko zbytnio nie zdradzić treści:) Żeby już nie iść w tym kierunku, a zwrócić uwagę na inne ważne sprawy - zapytam o coś innego. Jesteś jednym z koordynatorów kampanii społecznej „Cała Polska czyta dzieciom”. To znaczy, że wierzysz w wychowawczą rolę literatury. Twoja książka świadczy też o tym, że ufasz w jej terapeutyczną i społeczną rolę. Twoja powieść w ogóle jest w pewnym sensie hołdem dla książki…

Autorka: Literatura pełni wiele funkcji. Wymieniłaś trzy kluczowe. Jej zadaniem jest przekazywanie wartości, ale w takiej formie, by nie odstraszała, bo nikt nie chce być pouczany. Jeśli fabuła pozwala te wartości przeżyć, a zatem przyjąć, jako własne, wtedy czytelnik może z literatury coś zaczerpnąć, oswoić własne problemy. Niekoniecznie wprost i dosłownie. Może się zainspirować.





AU.: Przechodzimy w zasadzie do teorii. Ale chciałam zwrócić uwagę na to, że w powieści umieściłaś wiele symboli i tropów, które zdradzają Twoją fascynację książkami i wiarę w ich rolę. Parę przykładów. Poznajemy refleksje głównej bohaterki, a przy okazji jej (Twój) zachwyt pewnymi zdaniami i frazami z Tołstoja czy Flauberta. Agnieszka myśli o pisarstwie, chociaż jej plany jeszcze nie są sprecyzowane. W Polsce pracowała w bibliotece, a na Islandii odnalazła swoje miejsce też w pewien sposób – dzięki książkom, mimo nieznajomości języka. Książka stała się pewnym symbolicznym „międzynarodowym” językiem, który zbliżył ją do ludzi. I na koniec najważniejsze: Przecież Janek jest pisarzem…

Autorka: Zgadza się. Dotarłaś do sedna. Motyw książki stale przewija się w treści. I nie dzieje się tak bez powodu. Właściwie wszyscy bohaterowie "Sezonu" to ludzie czytający, niektórzy także piszą.  Agnieszka ma świadomość terapeutycznej roli książki. Próbuje spisać swoje przeżycia, by nabrać do nich dystansu. Janek jest pisarzem i to zdolnym, on też porządkuje swój świat poprzez książki. To też jest ważne w roli, jaką odegra.

A.U.: Przy okazji uzyskałaś pewien dodatkowy kontekst. Janek napisał książkę „Opowieści mojej babci”. Nic nie wiemy o tej książce, tylko tyle, że odbędzie się jej premiera w Polsce. Ale to ważne jest dla ogólnej sytuacji. Babcia – to symbol ciepła, bezpiecznego dzieciństwa. Wszystkiego tego, czego nie miała Agnieszka. Wszystko się zgrabnie splata.

Autorka: Truizmem byłoby mówić, że człowiek, który czyta, to człowiek myślący, dążący do zrozumienia różnych spraw, poszukujący rozwiązań. To człowiek otwarty. I tacy są moi bohaterowie. Dlatego pozwoliłam sobie podarować im pewnego rodzaju happy end - chciałam, by jako ludzie otwarci potrafili dostrzec, co jest w życiu dobre. Żeby nauczyli się nie skupiać na złych stronach. Żeby nauczyli się być szczęśliwi pomimo zła, które ich spotkało.

A.U.: Serdecznie dziękuję za rozmowę:)

Autorka: A ja bardzo dziękuję za zaproszenie. To wielka przyjemność móc porozmawiać z Tobą o książce:)



poniedziałek, 11 kwietnia 2016

POWRÓT DO ZIEMI OBIECANEJ - historyczna saga Krystyny Januszewskiej



„Miejsca i ludzie wymazani z pamięci. Nie ma już tamtych domów, ogrodów (…) Zarosły ścieżki prowadzące za dom, za stodołę, w pole. Nie da się odnaleźć śladów stóp odbitych w błocie, przedmiotów, których dotykali, ani odwiedzanych przez nich zakątków. Byli dla siebie ważni, dziś już nie ma znaczenia, czy byli szczęśliwi. Czas płynie dalej, a w głowie kołaczą się myśli, że z nami będzie podobnie. Istniejemy dotąd, dokąd sięga pamięć tych, którzy nas wspominają.”
 - Krystyna Januszewska*






Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 17 listopad 2015
ilość stron: 592



Krystyna Januszewska jest autorką opowiadań i powieści, w których zawsze podejmuje trudne tematy, ukazuje zmagania jednostki w relacji z rodziną lub na tle niewielkich społeczności. W listopadzie 2015 roku ukazała się książka, która różni się od pozostałych, jest szczególna w jej dorobku. Powieść jest osadzona w historycznych realiach, napisana z epickim rozmachem (obejmuje szeroką perspektywę i dużą rozpiętość czasową), a zarazem z dbałością o fakty i prawdę dziejową. Książka powstała z kilku powodów. Pierwszy jest głęboko osobisty – autorka chciała oddać hołd swoim przodkom. Drugi wymiar jest znacznie szerszy i złożony, w zasadzie czytelnik stale zdumiewa się wielowarstwowością utworu i ilością autorskich intencji, dochodzimy do nich stopniowo. Skupiając się na przeszłości swojego rodu pisarka opisuje problemy dużej części polskiego społeczeństwa, które znalazło się pod zaborami (szczególnie pod zaborem rosyjskim). Losy przodków stanowią odzwierciedlenie losów społeczeństwa. Poznając je, czytelnik uświadamia sobie jak zrujnowany był kraj w okresie zaborów, jak ciężka była sytuacja mieszkańców wsi i jaką szansą dla Polaków stała się po I wojnie światowej kolonizacja Kresów. „Dziedzictwo” to saga rodzinna i spora dawka historii. Książka stała się także pretekstem, by odsłonić jedną z najbardziej dramatycznych, wciąż nierozliczonych kart w dziejach Polski.

Głównym bohaterem powieści jest Jan Kuśmierczyk, dziadek Krystyny Januszewskiej – prosty rolnik, gospodarz we wsi Krasocin (zabór rosyjski), a także jeden z pionierów - założycieli polskiej Kolonii Krymno położonej na pograniczu Polesia i Wołynia. Poznajemy go w roku 1906 i towarzyszymy niemal przez pół wieku. Jesteśmy świadkami przełomowych momentów jego życia: obserwujemy go, gdy przejmuje ojcowiznę, jego małżeństwa, narodziny kolejnych dzieci. W tle wielka historia. Jan Kuśmierczyk żyje w burzliwych czasach. Jeszcze nie ucichły reperkusje po klęsce powstania styczniowego, a już wielkimi krokami zbliża się wybuch I wojny światowej. Zaledwie Polska odzyskuje niepodległość, a już ogłoszona jest mobilizacja do walki z bolszewizmem. Gdzieś w pobliżu stale toczy się wojna. Wrogie armie przetaczają się przez Krasocin i okoliczne miejscowości łupiąc i grabiąc chłopów z resztek jedzenia. Mieszkańcy wsi wciąż zaczynają od nowa. Leczą rany, opłakują utraconych synów, uprawiają zniszczone pola. Jedyne, na czym mogą polegać – to praca własnych rąk. Dlatego nie powinno dziwić, że polityka państwa polskiego, która zaczęła promować wyjazd na Kresy (by „zaludnić odpolszczone tereny, odbudować polskie zaplecze”**), spotkała się z dużym zainteresowaniem. Jan Kuśmierczyk - jak wielu innych, pełnych zapału ludzi, zdecydował się na śmiały i ryzykowny krok. Czterdzieści cztery rodziny z Krasocina i okolicznych wiosek porzuciły zrujnowaną i przeludnioną ziemię - i podjęły wyzwanie tam, gdzie otwarły się nowe możliwości. Czy odnalazły lepszy los?

W powieści „Dziedzictwo” obok bohaterów indywidualnych występuje bohater zbiorowy, a nawet kilka jego odmian. Bohaterem zbiorowym jest rodzina Kuśmierczyków, ale jest nim także cała wiejska społeczność; z czasem zaś będziemy mieli niepowtarzalną okazję przyjrzeć się narodzinom całkiem nowej wspólnoty, podczas zakładania osady na Kresach (prześledzimy ten proces od wytyczania granic działek, przez budowę domów, aż po ustalanie nowego ładu administracyjnego).

Kiedy losy rodziny Kuśmierczyków już nas dostatecznie pochłoną - w głowie zaczyna kołatać pewien znany motyw literacki. Przychodzą na myśl fragmenty legendy (dotyczące kultu ciężkiej pracy, miłości i wzajemnego wsparcia) wplecione przez Orzeszkową do powieści „Nad Niemnem”, ponieważ to, co najważniejsze w charakterystyce rodów Kuśmierczyków i Bohatyrowiczów – wyrosło dokładnie na tych samych fundamentach. Jan Kuśmierczyk stał się dla swoich potomków równie legendarnym założycielem rodu, jak Jan Bohatyrowicz.

Nie można nie wspomnieć o świetnie skonstruowanym tle powieści, ponieważ Krystyna Januszewska zadbała nie tylko o kontekst historyczny, ale także o solidne portrety psychologiczne (poznajemy wątpliwości i rozterki bohaterów), wreszcie doskonale obrazuje wieś: ukazuje jej zabudowę i topografię, kładzie akcent na związek człowieka z naturą, pokazuje jej mieszkańców przy pracy, przedstawia ich zwyczaje, tradycje oraz hierarchię.

W zasadzie pisarka mogła skupić się tylko na jednej płaszczyźnie czasowej - i już otrzymalibyśmy fascynującą wielopokoleniową sagę rodzinną. Przez wprowadzenie drugiego planu (akcja współczesna), pisarka zwróciła uwagę na coś więcej. Powieść, w której wątki historyczne splatają się ze współczesnymi – staje się uniwersalną opowieścią o poszukiwaniu tożsamości. Część współczesna w dużej mierze stanowi kronikę odkrywania własnych korzeni. Pisarka pokazuje członków swojej rodziny, którzy angażują się, by poznać przeszłość lub powrócić do niej wspomnieniami, a przy okazji przekonują się, że ten proces ich konsoliduje, że powstaje między nimi zupełnie nowy emocjonalny pomost. Lektura uzmysławia, że więź między pokoleniami istnieje zawsze - nawet, jeśli sobie jej nie uświadamiamy. To, kim jesteśmy, w dużej mierze zależy od tego, kim byli nasi przodkowie i jakie decyzje podejmowali.

To oczywiste, że obie części książki są odmienne i wywołują zupełnie inne wrażenia. Wątek współczesny stanowi kompilację różnych gatunków, między innymi dziennika, reportażu, a nawet powieści drogi. Najważniejsze jednak, że wątki współczesne łączą się logicznie z głównym tematem powieści. 

Część współczesna spełnia jeszcze jedną rolę. Ma przekonać czytelnika, że historia mieszkańców Kolonii Krymno (a przecież wiemy, że jednocześnie wydarzyła się także w wielu innych miejscach na Wołyniu i Polesiu) nie została zapomniana, że wciąż tkwi w sercach jak niezabliźniona rana. „Dziedzictwo” jest świadectwem trudnej historii, ale jest także książką o dojrzewaniu do własnych wspomnień, ponieważ niejednokrotnie spojrzenie wstecz wymaga zmierzenia się z traumą i demonami przeszłości. Krystyna Januszewska podkreśla, że nie czuje się jedyną i wyłączną autorką swej książki. Rodzina Kuśmierczyków i Januszewskich jest wyjątkowo świadoma swoich dziejów. Już wcześniej synowie Jana wspólnymi siłami wydali książkę (na użytek rodziny), stanowiącą kompendium wiedzy na temat życia i tragicznego losu mieszkańców Kolonii Krymno. Krystyna Januszewska dołożyła swoją cegiełkę, wypełniła swoją część misji – nadając tym wspomnieniom postać fabularną i literacką.

„Dziedzictwo” jest kroniką życia Jana Kuśmierczyka obejmującą lata 1906-1925, natomiast wydarzenia z prologu, dotyczące roku 1943 ukazane są jedynie w postaci aluzji. Gdyby autorka chciała zawiesić pióro i przerwać powieść w tym miejscu, to książka i tak pod względem fabularnym jest ukończona. Możemy jednak spodziewać się dalszej części – powstaje drugi tom, który przyniesie zakończenie tej historii… Krystyna Januszewska nie napisała książki, by podsycać jakiekolwiek konflikty. Nie mogła, po prostu, dłużej czekać. Pokolenie bezpośrednich świadków wydarzeń odchodzi i nie doczekało się dotąd oficjalnego publicznego głosu w tej sprawie. Pisarka przemówiła w ich imieniu. Zadbała, by ich tragedia nie przeszła niezauważona, nie uleciała z dymem spalonych domów, nie uszła z wodami Prypeci…


* "Dziedzictwo" Krystyna Januszewska, Prószyński i S-ka, str. 589
** Tamże, str. 457


***

W roku 2014 miałam ogromną przyjemność przeprowadzić rozmowę z Krystyną Januszewską o twórczości i karierze zawodowej, o wyborach i potrzebie pisania bolesnych książek. Pisarka wspomniała wówczas proces i okoliczności powstawania niezwykle ważnej dla niej książki "Rozbitek@brzeg.pl" (z 2008 roku, nominowana do Nagrody Mediów Publicznych COGITO). Już wtedy pracowała nad powieścią "Dziedzictwo". Dla fanów twórczości pisarki to ważna informacja: warto wiedzieć, że książka, którą teraz pisze (druga część "Dziedzictwa") połączy się w pewnym sensie z "Rozbitkiem...". Do rozmowy zapraszam TUTAJ.




wtorek, 5 kwietnia 2016

Skąd wzięły się Muminki?



Nie mogłam się oprzeć, bo ten fragmencik idealnie wpisuje mi się w dwa ostatnie posty...
Obiecuję na tym poprzestać;) Muszę jednak wdać się w polemikę z moją ukochaną autorką. Nie wiem czy podobne trolle rzeczywiście żyją w Szwecji za piecami, ponieważ dokładnie takie widuję w mojej własnej  kuchni... Tak wygląda moja córka, gdy poproszę ją o wytarcie naczyń;)






Z listu Tove Jansson do Evy Konikovej, 23 lutego 1950, Helsinki

"Muminek został wymyślony przez mojego wuja, prof. Einara Hammarstena, który ze środków Rockefellera bada izotopy w Instytucie Karolińskim w Sztokholmie (...) W młodości, kiedy mieszkałam u niego w Szwecji, wciąż chodziłam głodna, podjadałam nocami prosto ze spiżarni. Oszukiwał mnie, że muminki - mieszkające za piecem w kuchni - mogą dmuchnąć mi na szyję. Wygląd Muminka przyszedł mi do głowy, kiedy zobaczyłam pieniek w lesie, ośnieżony tak, że śnieg zwisał z jednej strony jak wielki, okrągły nos. Pierwszą historię o Muminkach zaczęłam pisać w 1938 roku (...), kiedy było mi smutno i bałam się bomb, chciałam uciec od tych ponurych myśli do czegoś zupełnie innego. (Swego rodzaju ucieczka od rzeczywistości do czasów, kiedy Ham opowiadała mi bajki). Wtulałam się w nierzeczywisty świat, gdzie wszystko jest naturalne i przyjazne - i możliwe."

- "Listy Tove Jansson", wyd. Marginesy, str. 225

sobota, 2 kwietnia 2016

Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci


Święto obchodzone jest 2 kwietnia, w dzień urodzin duńskiego baśniopisarza Hansa Christiana Andersena.

"Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi, ale niewielu z nich pamięta o tym" - napisał Antoine de Saint-Exupery w  "Małym Księciu". Pamiętacie, żeby pielęgnować dziecko ukryte w sobie? Dzisiaj jest świetna okazja. Można przenieść się za pomocą książki do w krainę swojego dzieciństwa... Niedawno, dopieszczając dziecko w sobie, udało mi się nabyć (w jednym przypadku jeszcze poluję) kilka perełek, które otwierają bramę do przeszłości. Kupiłam, bo stare egzemplarze były podniszczone, w niektórych seriach brakowało pewnych części albo ukazały się eleganckie wydania zbiorcze. Wszystkie nawiązują do moich dziecięcych zauroczeń.



Kocham - za ideał dzieciństwa. Na książce szwedzkiej pisarki wychowało się już kilka pokoleń Polaków. Ukazały się różne wersje, ale ilustracje Hanny Czajkowskiej chwyciły mnie za serce i dotąd nie mogę przekonać się do innych...









Muminki - mieszkańcy pewnej Doliny, którzy jednakowo zachwycają dzieci i czytelników dorosłych, chociaż każda grupa odczytuje treść w nieco inny sposób. Musiałam mocno się postarać w swoim czasie, by przekonać do bajki swoje córki, które bały się jej animowanej wersji.









Tego opracowania jeszcze nie mam, ale nie może go zabraknąć na półce, ponieważ zawiera części, o których nawet dotąd nie słyszałam ("Mary Poppins w kuchni" i "Mary Poppins od A do Z" - pierwszy raz w polskim wydaniu). Wszystkie przygody Mary Poppins w jednym tomie - to gratka!









Oczywiście mam Ronję i Braci Lwie Serce, polubiłam przygody Madiki i Pippi, ale Blomkvist mi umknął. Prędzej poznałam Blomkvista, który towarzyszył szalonej Lisbeth Salander z trylogii Larsena... Niedopuszczalne!









Mój najświeższy nabytek. Piękne wznowienie Wydawnictwa Literackiego. Seria z dzieciństwa już dawno się rozsypała, a ja tak bardzo zatęskniłam za ludźmi, którzy znają Józefa...

Pewnie mój wybór jest staroświecki, ale cóż - to moi ukochani towarzysze. Nie wszyscy oczywiście, długo by tak wymieniać...

Myślicie, że dziś nikt tak nie pisze?
To prawda, klimat "Dzieci z Bullerbyn" jest niepowtarzalny. Dzisiaj jednak także znajdziemy książeczki, które promują zdrowe rodzinne relacje, zabawy na świeżym powietrzu, przyjaźń, a przede wszystkim mądre podejście do zwierząt. Dla mnie takim przykładem jest książka zawierająca pełne ciepła, zabawnych perypetii i humoru opowieści o sympatycznym kucyku z temperamentem, który należy do sióstr Zajączkowskich, mieszkających na wsi.





Książka przypadła mi do serca, ponieważ jest tradycyjna w dobrym tego słowa znaczeniu - jest naturalna, uczy doceniać najważniejsze wartości i jest uzupełniona ilustracjami, które wywodzą się z dobrej tradycyjnej szkoły.








A Wy? Jaką książką uczcilibyście ten dzień?