środa, 29 czerwca 2016

sZAFa - Kwartalnik Literacki



Z prawdziwą dumą i radością dzielę się z Wami informacją, że właśnie ukazał się nowy numer "sZAFy", a w nim kilka moich tekstów.
Dla mnie to wielka przygoda, spotkanie ze wspaniałymi i otwartymi osobami, nowe wyzwania i mnóstwo inspiracji.

Małgosiu, Wiolu - jeszcze raz dziękuję za zaproszenie:)

A Was, Kochani, zapraszam do rozgoszczenia się i pobuszowania w "sZAFie"!



środa, 22 czerwca 2016

Biała Rika, czyli dzieciństwo w czasach PRL-u





Obraz przeszłości wraz z upływem czasu przeważnie ulega złagodzeniu. Jednym z zadań książek i pisarzy jest rozliczanie historii, ale też wpływanie na uzdrowienie relacji między społeczeństwami. Należy otwarcie mówić o tym, co boli; książka jednak powinna leczyć, nie jątrzyć. I taka jest właśnie twórczość Magdaleny Parys: ukazuje splątane losy dwóch narodów, przenosi w nie tak daleką przeszłość, pokazuje, w jaki sposób wielka historia wpływa na to, kim się stajemy. Pisarka już zdobyła uznanie. Zadebiutowała w 2011 roku powieścią sensacyjno-obyczajową i thrillerem politycznym („Tunel”), a w roku 2015 otrzymała Europejską Nagrodę Literacką Angelus za wielowątkową, napisaną z rozmachem, sensacyjno-kryminalną powieść „Magik” (recenzja TUTAJ). Właśnie ukazała się jej najnowsza powieść, która tym razem może zaskoczyć jej wielbicieli. „Biała Rika” ponownie ukazuje skomplikowane polsko-niemieckie relacje, ale jednocześnie jest książką kameralną i wyjątkową, stała się dla autorki pretekstem do zmierzenia się z jej osobistą historią.

Główną bohaterką książki jest dziewczynka dorastająca w czasach PRL-u. Rodzice się rozwiedli, jej świat wywrócił się do góry nogami, Dagmara musi na nowo sobie go poukładać i wytłumaczyć. Już niebawem odkryje, że zmiany są nieodłącznym elementem naszego życia i najczęściej nie mamy na nie wpływu. Sporo do przemyślenia dostarczy dziewczynce frapująca historia jej przyszywanej babci.

Dagmara dorasta w czasach, w których jeszcze nie zabliźniły się wojenne rany i dziewczynka wiele słyszy o nienawiści Polaków i Niemców, o zbrodniach wojennych, o poniemieckich mieszkaniach, które potraktowano, jako rekompensatę za utracony dobytek i doznane krzywdy. Tylko jak z tymi opowieściami pogodzić historię dziadka Karola, babki Riki i jej bliźniaczej siostry – Gerdy? Jak połączyć pogardę do Niemców i intensywne pragnienie emigracji do ich kraju? Jak wyjaśnić tajemnicę rodzinną, skoro w domu pełnym dusznych relacji i tłumionych emocji ostrożnie trzeba stąpać wśród wspomnień, a także rozważnie traktować historię, bo nic nie układa się według szablonowego obrazu: „skrzywdzony Polak” i „zły Niemiec”? Wreszcie – jak zagnieździć się w domu, pokochać nową rodzinę, skoro dorośli już planują kolejny wyjazd „na zawsze”?



Czytając książkę skupiamy się na losach Dagmary i jej przyszywanej babci. Zamysł książki opiera się na ich spotkaniu. Dagmara wkracza w świat dorosłych próbując zrozumieć ich zasady i rozwikłać losy Białej Riki. Jeżeli ktoś może zrozumieć rozterki Dagmary, to tylko jej przyszywana babcia. Obie mogą się przeglądać w swoich losach, jak w zwierciadle. Rika musi się pogodzić z faktem, że nie może być Niemką, Dagmara nie może zostać w Polsce. Obie na swój sposób są wyobcowane i muszą sobie poradzić z ustaleniem własnej tożsamości.

Konstrukcja książki jest niezwykle oryginalna. Narracja przypomina pamiętnik i rządzi nią nie zawsze chronologiczna logika wspomnień. Wtrącone zaś inną czcionką uwagi (przekomarzania Dagmary z bliskimi osobami i redaktorką książki) spełniają kilka zadań – to dowcipne, nowatorskie rozwiązanie, bo pomysł z rodzinną cenzurą jest całkiem zabawny. Dzięki tej konstrukcji wprowadzony został drugi plan czasowy – poznajemy wspomnienia dziecka, które są uzupełnione i redagowane przez dorosłą już narratorkę. Wreszcie – dzięki temu zabiegowi uświadamiamy sobie jak subiektywnie zapamiętujemy wydarzenia i w jakim stopniu ludzka pamięć jest niedoskonała.

Dziękuję autorce za opis lat osiemdziesiątych, ponieważ znakomicie uchwyciła ich realia. Skąd to wiem? Jestem niemal rówieśniczką Magdaleny Parys i pisarce udało się przywrócić klimat mojego dzieciństwa. A była to era trzepaków, bez komórek i Internetu, a mimo to – nam, dzieciakom - nie przyszło nigdy do głowy, że można się nudzić. To były czasy świeżych jeszcze w pamięci opowieści wojennych, którymi karmili nas dziadkowie. To sklepy świecące pustkami („Mamo, NA PRAWDĘ? Idziesz przez Carrefour – i na półkach nic, TYLKO OCET?” – cytuję córkę znajomych). To paczki z Niemiec witane z niemal bałwochwalczym uwielbieniem i stopniowe wykruszanie się naszych bliskich kolegów i koleżanek, którym udało się wyjechać w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Wszystkiego po trochu znowu doświadczyłam dzięki książce Magdaleny Parys… Przypomniały mi się nawet krople do nosa, których zaaplikowanie groziło eksplozją mózgu... Za co jeszcze dziękuję autorce? Za to, że w kilku słowach potrafiła uchwycić zagubienie młodego człowieka, któremu przyszło wchodzić w dorosłość w dobie transformacji ustrojowej, na początku lat dziewięćdziesiątych: 
„Strasznie trudno być w Polsce zwykłym człowiekiem. Pamięć nie wybacza (…) przenosi w genach komunizm, ojca milicjanta i ojca prywaciarza”. Str.143



Czym jest „Biała Rika”? Balladą o dzieciństwie i o niezwykłej więzi z dziadkami. Wbrew pozorom nie jest książką tylko o jednej babci. Jest hołdem dla wszystkich babci i dziadków. Niezależnie od tego, kim są (byli): marynarzami, powstańcami, nauczycielami czy całkiem zwykłymi ludźmi; recytują Goethego czy Mickiewicza, żyją po jednej lub drugiej stronie granicy - wszyscy oni mają wpływ na to, kim staną się ich wnukowie. To pełna wdzięku i humoru, pozbawiona patosu, bardzo kobieca i zaskakująco polska powieść.

Jakieś jeszcze skojarzenia? Uparcie nasuwa mi się „Sońka” Karpowicza. Nie, tu nie ma nic wtórnego. Pomysł Magdaleny Parys jest całkowicie świeży i oryginalny. Mówię raczej o wrażeniach, które wywołuje lektura, bowiem czytelnik zaczyna w sobie odczuwać potrzebę wzniesienia się ponad podziały, ponad pułapki, które przyniosły zawirowania historii i przytulić do serca tę czy inną bohaterkę, bo przecież wyobcowanie, zagubienie i konieczność porzucenia wszystkiego, co się kocha – zawsze boli tak samo. Oboje – Karpowicz i Parys – pochylają się nad losem prostej kobiety, która pozwoliła sobie posłuchać głosu serca.

„Wszystko jest zmyślone” – mówi w wywiadzie pisarka – „Prawdziwe są tylko emocje”. Nie dajmy się zwieść. Jeżeli emocje są prawdziwe – to wszystko jest prawdą...


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Protest song, czyli obraz mediów oczami Grzegorza Filipa





„Druga znajomość poszerzająca świat Bernarda zawiązała się w przestrzeni wirtualnej. Szukając czegoś o czytanej właśnie książce, skomplikowanej powieści, której lektura nastręczyła niemało trudności, natknął się na blog poświęcony książkom. Jego autorka dzieliła się swoimi kłopotami ze zrozumieniem tego niełatwego utworu, zdążyła jednak dotrzeć do wydania ze wstępem, który wiele wyjaśniał. Podawała jego główne tezy, dzięki czemu Bernardowi na tyle rozpogodziło się w głowie, że dalej czytał już z większą świadomością. Skomentował ten wpis, później dodał coś jeszcze po przeczytaniu całej książki, a następnie korzystał z doświadczeń autorki bloga, planując kolejne lektury (…) Używała tylko imienia Teodora i nie pisała nic o sobie. Żadnych spraw osobistych, zdjęć, nic, tylko lektury. Blog Teodory – taka była nazwa strony. Zdarzało mu się tam zaglądać kilka razy dziennie, rano obowiązkowo zaczynał od tego swoją skąpą aktywność w sieci. Była niewielka, bo nikt do niego nie pisał, a Bernard nie miał w zwyczaju udzielania się w przestrzeniach społecznościowych i nie szukał kontaktów. Szperał w poszukiwaniu myśli, nie ludzi.”* 

Przytoczony fragment pochodzi z nowej i dosyć nieprzewidywalnej książki Grzegorza Filipa „Miłość pod koniec świata”. Od razu podkreślam, że Teodora nie jest główną bohaterką, wspomnienie o jej blogu to epizodzik, ale pozwoliłam go sobie przedstawić, ponieważ ten fragmencik sprawił mi (tak jak chyba każdemu blogerowi książkowemu) ogromną przyjemność. Dzisiaj wielu pisarzy, także nasz autor, prowadzi blog, ale nieczęsto spotykamy tego typu publiczną nobilitację wplecioną w prozę:) Poza tym – powyższy cytat znalazł się w książce nieprzypadkowo i stanowi maleńki, ale istotny element większej układanki. 

Przejdźmy jednak do sedna, zapomnijmy o epizodziku z Teodorą i spójrzmy na głównych bohaterów: Anna jest dziennikarką, która przyjeżdża na prowincję w poszukiwaniu materiałów dotyczących korupcji. Sprawa, którą się zajmuje, jest dość mglista i śliska, ponieważ ktoś wpływowy już próbuje ją wyciszyć. Bernard - mężczyzna z przeszłością - zaszył się na prowincji, by zniknąć z oczu wścibskim reporterom.  O ich spotkaniu zadecydował przypadek, ale czy w tym momencie, w którym bohaterowie zwrócili na siebie uwagę - usłyszeli chichot losu? Czy ich związek ma jakąś szansę? Anna kieruje się dosyć surowym kodeksem i nie wiemy czy zdobędzie się na rozwód z mężem, mimo iż ten jest w domu rzadkim gościem i dawno już zostawił serce na drugim końcu świata. A czy Bernard odważy się otworzyć przed kobietą, która pracuje w mediach?




Książka bez wątpienia jest romansem, ale bardzo szybko przekonujemy się, że nie jest typowym przykładem swojego gatunku i autor sięgnął po tę formę, ponieważ okazała się wystarczająco pojemna, by pomieścić różne sprawy i warstwy. Obserwujemy narodziny uczucia i przyglądamy się bohaterom, którzy ostrożnie torują drogę ku sobie i krok po kroku pozwalają ukochanej osobie wniknąć w swoją prywatną przestrzeń. Nie będzie im łatwo, ponieważ każdy z nich musi na swój sposób poradzić sobie z przeszłością. Warto wspomnieć o niezwykle plastycznym tle powieści, o miłości autora do Roztocza i jego krajobrazów, które z pewnością dzięki sugestywnemu językowi docenimy. Podczas lektury jednak przede wszystkim uderzy czytelnika to, że autor pochylił się nad problemami otaczającej nas rzeczywistości.

Odkrywając przeszłość bohaterów poznajemy ich poglądy, a przy okazji przyglądamy się mechanizmom działania i roli mediów, ponieważ oboje z nimi są związani. Obraz, który otrzymujemy jest gorzki, utkany z kontrastujących barw, ale nie karykaturalny. Autor rzetelnie przedstawia czynniki wpływające na działanie wielkiej medialnej machiny. Zwraca uwagę na skrajnie różne motywacje kierujące środowiskiem dziennikarzy, pokazał rozmaite pola rozgrywek i położył akcent na kontrolę i bezwzględną presję, jaką wywierają wpływowe grupy nacisku. Zdaniem autora, ku jego wielkiemu żalowi – dzisiaj coraz rzadziej mówi się o szlachetnej misji mediów, stają się one narzędziem drapieżnego marketingu i polem politycznych rozgrywek. Zewsząd jesteśmy bombardowani informacjami, które jednak przeciętnemu obywatelowi niczego nie tłumaczą. Tworzą medialną papkę, stając się elementem dezinformacji i chaosu. Nietrudno zauważyć, że historia Anny i Bernarda stała się pretekstem, by poruszyć kilka istotnych spraw, przez co książka stała się głosem pokolenia zaniepokojonego kierunkiem zmian polskiej demokracji. Pokolenia, które zaczyna odczuwać lęk przed przyszłością.

Kto miał okazję sięgnąć po książki Kate Atkinson z kolekcji: Czarna Seria, ten z pewnością pamięta nagromadzenie wrażeń, które musiały towarzyszyć lekturze. Wspominam o autorce dla pewnej paraleli. Koneser kryminałów, który natknął się na książkę, której bohaterem jest Jackson Brodie - przekonuje się, że nie otrzymuje powieści detektywistycznej w czystej postaci. Pisarce zależało bowiem na dotarciu do czegoś głębszego. W gruncie rzeczy śledztwo stało się zaledwie pretekstem, by zwrócić uwagę czytelnika na relacje międzyludzkie, autorka kieruje uwagę na psychologię i proces, który ukształtował bohaterów książki. Podobne zależności dostrzec można w książce „Miłość pod koniec świata”, ktoś kto w tym przypadku sięgnie po romans - przekona się, że warstwa obyczajowa jest dużo ważniejsza. Grzegorz Filip, tak jak Kate Atkinson – wykorzystuje obserwacje i doświadczenia, by postawić diagnozę współczesnego społeczeństwa.

Z podziękowaniem.

* "Miłość pod koniec świata", Grzegorz Filip, Videograf SA, 2016, str. 210