środa, 28 września 2016

W poszukiwaniu utraconej tożsamości, czyli "Osaczenie" F.C. Tillera






Mam słabość do norweskich pisarzy, zwłaszcza do prozy psychologicznej i do niedawna byłam przekonana, że w tej dziedzinie Knausgård długo pozostanie poza wszelką konkurencją.  Szybko jednak przyszło mi ten pogląd zrewidować – właśnie ukazał się pierwszy tom trylogii C.F. Tillera – muzyka, historyka oraz pisarza, który przebojem wdarł się do ścisłej czołówki twórców skandynawskich.

„Osaczenie” to książka frapująca – oparta na oryginalnym pomyśle i nietypowej konstrukcji; a jednocześnie jest głęboko osadzona w skandynawskich tradycjach kulturowych, zawiera wszystko, co najlepsze w prozie psychologicznej, można w niej rozpoznać wyraźny bergmanowski styl.

Fabuła jest pozornie prosta. W prasie ukazuje się ogłoszenie pracownika szpitala psychiatrycznego apelującego o kontakt z osobami znającymi Davida - pacjenta, który stracił pamięć. Lekarz prosi o listy, które mogą pomóc mężczyźnie odzyskać wspomnienia i tożsamość. Na ogłoszenie odpowiada Jon i Silje - dwójka najbliższych przyjaciół pacjenta z wczesnej młodości oraz Arvid, jego ojczym (wszyscy swego czasu ściśle związani z Davidem, później ich drogi się rozeszły).

Konstrukcja książki jest złożona, nie można jej zakwalifikować jednoznacznie do konkretnego gatunku.  Utwór składa się z trzech części, ukazujących przeszłość z punktu widzenia Jona, Silje i Arvida. Z kolei każda z tych części stworzona jest z przeplatających się fragmentów listów, które mają charakter pamiętników oraz kameralnych scen, ukazujących trójkę naszych bohaterów współcześnie, w relacji z najbliższymi, w konfrontacji z ich własnymi demonami. Bardzo szybko przekonujemy się, czemu służą owe przeskoki; jednak, gdy będziemy pewni, że rozszyfrowaliśmy główny zamysł, okaże się, że autor przewidział jeszcze kilka niespodzianek. Przede wszystkim zwrócimy uwagę, że listy zaczynają ujawniać zasadnicze różnice. Wydają się szczere, ale pełne są przemilczeń, które zostaną uzupełnione przez kolejne osoby w następnych listach. To nie tylko stopniowo wzbogaca paletę barw i niuansów w portretach nadawców, ale wypełnia także wiedzę o enigmatycznym Davidzie. Czy jednak jest dobrym materiałem, który pomoże pacjentowi ustalić prawdziwą tożsamość?




Absolutnie genialnym pomysłem jest ukrycie przed czytelnikiem kluczowego bohatera. Dzięki temu możemy wejść w jego skórę i wyobrazić sobie, jakie wrażenie wywierają na nim kolejne listy. W tym zabiegu kryje się jednak coś więcej. Pozwala stopniowo odkrywać misternie ukrytą sieć powiązań, aż wreszcie uświadamiamy sobie, że związki naszych bohaterów z Davidem są znacznie głębsze i bardziej skomplikowane, niż oni sami gotowi są przed sobą przyznać.

Jon, Silje i Arvid zaangażowali się w odkrywanie przeszłości. Robią to dla Davida, ale także dla siebie. Listy stały się pewnego rodzaju ucieczką (w jednym przypadku – misją) i pretekstem do rozliczenia własnego życia. Temu samemu zresztą służy zestawienie fragmentów listów ze scenkami, w których obserwujemy kolejno każdego adresata pogrążonych we własnej szarej codzienności. Autor płynnie przechodzi od listów do kameralnych scen, które dają czytelnikowi poczucie niemal uczestniczenia w sztuce teatralnej. Jest to efekt zastosowania przez Tillera szczególnej techniki powieściowej, opartej na monologu bezpośrednim wykreowanych postaci, co oznacza całkowitą nieobecność autora, jako przewodnika czy komentatora. Czytelnik pozostaje sam na sam z myślami, z przeżyciami i emocjami bohaterów. 

"Osaczenie" to znakomita powieść. Tiller okazuje się mistrzem w zagęszczeniu emocji w przestrzeni międzyludzkiej i bez wątpienia udało mu się oddać jedyny w swoim rodzaju klimat w relacjach między najbliższymi członkami rodziny, stanowiący wybuchową mieszankę czułości i bezwzględności (nikt nie potrafi użądlić tak celnie, jak najbliższa osoba). Ale przecież nie tylko o ukazanie piekiełka rodzinnego, duchowej walki i życiowych rozczarowań tu chodzi. Autor proponuje nam wyprawę w głąb ludzkiej duszy, w najintymniejsze jej zakamarki, ale tylko po to, by wciągnąć nas w niepokojącą psychologiczną grę, która jeszcze pozostaje częściowo ukryta, ale już toczy się między głównymi bohaterami…


Za możliwość przeczytania książki dziękuję:





piątek, 9 września 2016

Sztuka wybaczania





Co wypada wiedzieć o Ormianach?

Stosunkowo łatwo dotrzeć do informacji, że wywodzą się ze starożytnego ludu indoeuropejskiego, a ponieważ przyjęli chrzest już w 301 roku n.e. - stanowią najstarszy naród chrześcijański. Pochodzą się z Zakaukazia i Wyżyny Armeńskiej, ale w wyniku prześladowań zostali rozproszeni po świecie i tworzą dziś kilkumilionową diasporę. Skąd to rozproszenie? Dzieje narodu są niezwykle burzliwe. W XIV wieku ich tereny popadły w niewolę Imperium Osmańskiego, Ormianie stali się nie-islamskimi poddanymi, podlegającymi odrębnym prawom (wyższe podatki, brak praw politycznych), nigdy jednak nie przestali myśleć o autonomii. Ich nadzieje odżyły w 1878 roku, podczas wojny rosyjsko-tureckiej wojska carskie powitano z entuzjazmem, jako wyzwolicieli. W odwecie wojska tureckie zrównały z ziemią 120 wiosek ormiańskich, rozpoczynając serię masakr. Prześladowania i pogromy, które miały ugiąć i stłamsić ducha Ormian nasilały się, aż przyjęły swoją kulminacyjną formę w roku 1915, gdy rząd Enver Paszy zarządził deportację Ormian z terenu całego tureckiego państwa. Przez wiele lat opinia publiczna nie wiedziała, a raczej - udawała niewiedzę, że eufemizm: deportacja" - maskował prawdziwy charakter działań, które miały na celu planową i całkowitą eksterminację ormiańskiego narodu.

Plan zaczęto realizować 24 kwietnia - od aresztowania i wymordowania przedstawicieli ormiańskich elit. Później ten sam los spotkał większość mężczyzn. Pozostałą część ludności zmuszono do wielodniowej wędrówki w głąb pustyni - bez wody i żywności, w palącym słońcu, z przyzwoleniem na gwałty, rabunki i zbrodnie, których dokonywała okoliczna ludność. Jaki był cel tej tułaczki? Ormianie, którym mimo wszystko udało się przeżyć - mieli trafić do obozów pracy lub zagłady. Mało kto jednak do nich trafiał. Z 18 tysięcznego konwoju Ormian z Erzurumu - dotarło zaledwie jedenaście osób [1].

Obudzenie świadomości

Państwa zachodnie wiedziały o sytuacji Ormian, ale zajęte były prowadzeniem działań na wielu frontach I Wojny Światowej. Po jej zakończeniu nowy rząd turecki, co prawda, wytoczył proces osobom odpowiedzialnym za rzeź, ale to była pusta formalność. Wszyscy oskarżeni zdołali opuścić kraj, żaden wyrok nie został wykonany. Główni sprawcy zginęli później w zamachach dokonanych przez ormiańskich mścicieli z partii danszaków. Z biegiem czasu Turcja rozpoczęła politykę negacji swoich działań, do dziś nie przyznaje się do ludobójstwa. Przez wiele lat opinia międzynarodowa unikała tematu, dopiero w 1984 roku Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (a w 1986 roku - Komisja ONZ ds. Praw Człowieka) uznały masakrę Ormian z 1915 roku za zbrodnię ludobójstwa. Te daty oznaczają początek drogi do budzenia powszechnej świadomości współczesnego społeczeństwa.

Dzisiaj nasza wiedza jest znacznie szersza, co w dużej mierze zawdzięczamy historykom, dziennikarzom, a także literatom. To właśnie oni - nie orężem, ale piórem walczą, by prawda w całej pełni ujrzała światło dzienne. Powstało wiele książek, które ukazują historię Ormian, pisarze wypowiadają się w różnej formie i rozmaitych gatunkach. Znakomitym przykładem jest „Księga szeptów” Varujana Vosganiana (wyrażona w poetycki sposób epopeja narodowa, która właśnie zakwalifikowała się do ścisłego finału Nagrody Angelus). Warto wiedzieć, że Elif Szafak (uznana za najlepszą, obok Orhana Pamuka, współczesną pisarkę turecką) oddała swój głos w sprawie ludobójstwa w powieści „Bękart ze Stambułu”, za co spotkały ją szykany, została oskarżona o obrazę narodu tureckiego. 

Polski czytelnik ma obecnie doskonałą okazję, by poznać kolejny głos w tej sprawie. Aline Ohanesian podjęła wątek exodusu narodu ormiańskiego w swojej debiutanckiej powieści, która natychmiast zdobyła uznanie międzynarodowej krytyki. „Dziedzictwo Orchana” nie jest historią opowiedzianą przez pryzmat wielkiej polityki, a pisarka nie używa wielkich słów. Ukazuje dramat z perspektywy zwyczajnego człowieka, który nie do końca rozumie jakie są przyczyny nieszczęść, które na niego spadają. Siłą tej prozy jest skupienie się na historii jednostki, co pozwala czytelnikowi zidentyfikować się z przeżyciami i emocjami głównych bohaterów. Powieść ukazała się w Polsce pod koniec sierpnia, natomiast jej światowa premiera miała miejsce w 2015 roku - dokładnie w setną rocznicę tragicznych wydarzeń.


Fabuła książki

W roku 1990, w tureckiej wsi umiera ekscentryczny przedsiębiorca - Kemal Turkoglu, który zostawia po sobie kłopotliwy testament. Nie dość, że majątek został rozdysponowany niezgodnie z oczekiwaniami spadkobierców, to jeszcze rodzinny dom przypadł nieznanej kobiecie. Orchan, wnuk zmarłego i dziedzic jego firmy ma dwa wyjścia. Może podważyć testament, który nie jest do końca zgodny z tureckim prawem, albo poznać ukryte motywy dziadka, odszukać tajemniczą kobietę i dowiedzieć się, co ich w przeszłości łączyło.

Seda dożywa swoich dni w ormiańskim domu starców, w Kaliforni. Seda – oznacza „echo” i nie jest jej prawdziwym imieniem. Ma upamiętniać wydarzenia z przeszłości. Staruszka przyjmuje Orchana niechętnie, nie chce słyszeć o domu w Turcji i nie ma ochoty na rozmowy o przeszłości. Jednak sprawy z dokumentami wymagają ponowienia wizyt i po kilku próbach podjęcia rozmowy kobieta zaczyna się przed młodym człowiekiem otwierać. A kiedy zacznie mówić – nic już nie zdoła powstrzymać strumienia bolesnych wspomnień. Tylko czy Orchan jest przygotowany, by usłyszeć prawdę o swoim majątku, pochodzeniu i kraju? A czytelnik? Czy zdoła bez emocji wysłuchać spowiedzi Sedy?

Wraz z bohaterami pogrążamy się we wspomnieniach. Cofamy się w czasie i śledzimy losy młodziutkiej Ormianki i zakochanego w niej tureckiego chłopca. Obserwujemy, w jaki sposób wielka historia bezlitośnie wdziera się między nich i rzuca im zupełnie różne wyzwania. Kemal stanie się żołnierzem, któremu przyjdzie walczyć na froncie I Wojny Światowej. Lucine musi podążyć za swoim fatum. Każde z nich na swój sposób będzie walczyć o przetrwanie…

Uzyskać współczucie, wybaczyć sobie

Czytelnik szybko się przekonuje, że Orchan wcale nie wywołał lawiny wspomnień. Seda i ludzie tacy jak ona – wszyscy, którzy przeżyli pogrom – wygnańcy, ocaleni, sieroty i przybłędy, których nazywano „resztkami miecza” - nigdy się od przeszłości i swoich wspomnień nie uwolnili. Przeżyli, ale do końca życia nosili na barkach brzemię winy, że nie zdołali uratować bliskich. Oni, a później także ich dzieci – stali się strażnikami, a jednocześnie zakładnikami koszmarnej przeszłości.

„Dziedzictwo Orchana” jest mocnym debiutem. Co prawda Aline Ohanesian wykorzystała elementy często eksploatowane w beletrystyce (motyw nieszczęśliwej miłości, konflikt pokoleń, rodzinne sekrety), ale stanowią one zaledwie ramę i pretekst do tego, co dużo ważniejsze – do ukazania wstrząsającej opowieści, którą autorka zbudowała w oparciu o wspomnienia swojej prababki. Książka jest wyrazem hołdu dla niej i dla wszystkich, którzy zdołali przeżyć pogrom. Jest także wyrazem czci dla ofiar. Jakże przytłaczająca jest wiedza, że ci, którzy przeżyli – zazdrościli zmarłym członkom rodziny, którym śmierć podarowała błogosławieństwo niepamięci...


Co zmusza Ormian do powracania do historii, rozpamiętywania bólu i rozdrapywania ran? To proces niezbędny – chociażby z punktu widzenia psychologii. Naród wystarczająco długo milczał. Teraz może swój ból wykrzyczeć, odkryć światu swoją historię i liczyć na to, że wreszcie zostanie odpowiednio zinterpretowana. To nie przywróci ofiarom życia, ale tym, którzy wciąż są więźniami międzypokoleniowej traumy – pozwoli (być może) przejść do następnego etapu żałoby…


piątek, 2 września 2016

Spotkanie z twórczością Urszuli Jaksik


Nieczęsto goszczą na moim blogu książki obyczajowe, co nie znaczy, że ich nie doceniam.  Istnieje całkiem spore grono polskich autorek, którym kibicuję, ich książki traktuję jak odwiedziny u dobrych znajomych i wypatruję nowości. Jedną z nich jest Urszula Jaksik – która mnie zaintrygowała, jako autorka i osobowość. Jest przykładem kobiety, która nie tylko wierzy, ale także realizuje swoje marzenia.



Nie do końca można powiedzieć, że debiutowała późno, ponieważ w 1981 roku wygrała konkurs w „Płomyku”, ale potem na długie lata odłożyła pióro do szuflady… Czytelnicy miesięcznika „Twój STYL”, którzy w numerze 7(300) Lipiec 2015 natknęli się na obszerny artykuł o innym konkursie literackim i na wywiad z Urszulą Jaksik, znają okoliczności jej ponownego debiutu. Można także zajrzeć do rozmowy (tutaj), którą miałam przyjemność przeprowadzić, a która dotyczyła m.in. obrazu kobiet śląskich zawartych w książce „Zaułek szczęścia”. Wspominam o tym, ponieważ autorka pochodzi z Bytomia, a ja (czytelniczka i Ślązaczka) szukam w jej książkach śląskich smaczków; w samej zaś sylwetce autorki z dumą rozpoznaję cechy, które cenię w swoich pobratymkach…

W największym skrócie: Urszula Jaksik jest osobą, której życie nie rozpieszczało. W 1997 wzięła udział w konkursie literackim ogłoszonym przez „Twój STYL” pod hasłem „Miesiąc z życia kobiety”. Zgłosiło się ponad 300 osób, a jej praca, która należała do najlepszych, została opublikowana na łamach miesięcznika i wydana w formie książki. W tym momencie Urszula Jaksik uwierzyła w siebie, w moc swoich marzeń i siłę tkwiącą w kobiecie. Dzisiaj zostawiła już wiele problemów za sobą, ukończyła Uniwersytet Trzeciego Wieku, zaczęła podróżować, pasjonuje się fotografią i oczywiście realizuje się w twórczości. Pisze książki, których tematem nie jest już „wybrany miesiąc z życia kobiet” - ale to, co w ich życiu jest najistotniejsze i najtrudniejsze.

W książkach autorka skupia się na relacjach matki i dziecka i krąży wokół tematu, który stanowi najtrudniejszy aspekt macierzyństwa – wokół choroby. W „Zaułku szczęścia” to niepełnosprawność matki; w „Domu nad brzegiem oceanu” – nieuleczalna choroba dziecka. Najnowsza książka: „Odwrócone życie” - zawiera podobne elementy, ale jest dojrzalsza. Jest pokłosiem prawdziwej podróży na Teneryfę, a śląskie elementy (dzieciństwo w familokach, życie śląskich kobiet, krajobraz i wygląd górnośląskiej aglomeracji) wplecione są w akcję znacznie śmielej. Jasno też został skrystalizowany pogląd, który przenika wszystkie książki autorki, a teraz stał się mottem, że wszystko, co nam się przydarza ma przyczynę i swój głęboko ukryty sens…



W najnowszej książce poznajemy losy kilku bohaterów. Aldona, Ewa, Teresa, Artur i Wiktor – to osoby w różnym wieku, spokrewnione z sobą, bądź nie. Mieszkają w różnych miejscach, nawet w różnych strefach klimatycznych. Niektórzy nigdy się nie spotkają i nie dowiedzą o swoim istnieniu, ścieżki innych przetną się w zaskakujący sposób. W zasadzie trudno jednoznacznie stwierdzić, czyje losy są kluczowe. Wszyscy mają do spełnienia swoje zadanie i z różnych przyczyn ich życie jest „odwrócone”. Wszyscy w pewnym sensie coś tracą, ale jednocześnie także coś wygrywają… Śledząc ich postępowanie - przekonujemy się, że to nie odległość mierzona w kilometrach decyduje o tym, czy jesteśmy blisko z drugą osobą. Czasem niebezpiecznie oddalamy się, nawet, gdy żyjemy pod jednym dachem.

Samotność jest siostrą cierpienia. Człowiek znosi swój ból w samotności, nie zdając sobie sprawy, jak wielu ludzi przeżywa pokrewne problemy… Aldona i Ewa – to kobiety, które nic o sobie nie wiedzą, chociaż mają wiele wspólnego. Żyją w odmiennych realiach, ale pochodzą ze Śląska, a los nie oszczędził im traumatycznych przeżyć. Obie zbyt szybko musiały nauczyć się samodzielności i każda postanowiła to zrobić na własnych zasadach. Tylko czy azyl, który sobie zbudowały okaże się całkowicie bezpieczny? Aldona schroniła się na drugim końcu świata. Znalazła dom i pracę na Teneryfie i zgodnie z tym, co sobie założyła – nigdy nie uzależniła się od mężczyzny. Tylko jak na tej rajskiej wyspie i w samotności poradzić sobie z nieuleczalną chorobą syna? I dlaczego to, co jest wybawieniem dla jednej osoby – musi zostać okupione bólem drugiej?

Przyglądając się niełatwym decyzjom bohaterów - poznajemy różne wymiary samotności i rodzaje ucieczki. Możemy dojść do wniosku, że nigdy do końca nie jesteśmy w stanie rozszyfrować swoich bliskich. Przekonujemy się także, że samodzielność posiada zalety i wady. A jednej strony - człowiek dojrzewa dopiero wtedy, gdy bierze życie we własne ręce, ale kiedy mu się wydaje, że panuje już nad wszystkim – przewrotny los uświadomi mu, że nigdy nie będzie całkowicie wolny i niezależny… Podobnie, jak w poprzednich książkach – Urszula Jaksik wypowiada się także o niełatwych relacjach rodziców i dzieci i ukazuje najtrudniejszą stronę macierzyństwa, rzuca swoim bohaterom wyzwania najcięższego kalibru. Jednakże trzeba wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie jej pisarstwa – nawet, gdy boleśnie doświadcza swoich bohaterów, autorka nie zamierza epatować nieszczęściem i dramatem. Wręcz przeciwnie. W najbardziej beznadziejnych przypadkach dostrzega - jeśli nie promyk nadziei, to przynajmniej światełko pocieszenia…

Pomijając małego chochlika, który wkradł się do korekty – książka wypada bardzo pozytywnie. Na uwagę zasługuje przede wszystkim doskonała kreacja Ewy i Artura – młodych ludzi, którzy prowadzą skrajnie odmienny tryb życia, różnią się diametralnie, ale doświadczają zupełnie takiego samego wyalienowania. To największy atut tej książki. Autorka wykazała się doskonałą znajomością psychiki młodego człowieka. Portret Ewy i Artura – to bardzo realistyczne studium samotności. To wyrazista i dobrze skrojona para bohaterów, których czytelnik na długo zatrzyma w pamięci. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu: Pascal