środa, 11 października 2017

MOŻE ŚWIAT NIE JEST TAK BARDZO SERIO… – „Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską. Jaka piękna iluzja” – [recenzja premierowa]


Autor: Mgdalena Tulli, Justyna Dąbrowska
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 11 października 2017
ISBN: 9788324038282
Liczba stron: 264

Justyna Dąbrowska – to psychoterapeutka i dziennikarka, założycielka miesięcznika Dziecko, autorka książek z dziedziny psychologii i autorka wywiadów (w roku 2012 otrzymała nagrodę im. Barbary Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy i zdążyła zasłynąć z doboru swoich rozmówców – zwykle zagląda w świat osobistości wybitnych i barwnych, a przede wszystkim: życiowo doświadczonych). Jej rozmowy zaowocowały wydaniem książek: Spojrzenie wstecz. Rozmowy – (Wydawnictwo Czarne, 2012) i Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami (Wydawnictwo Agora, 2016). 11 października 2017 – to data premiery jej najnowszej książki. Ponownie zostajemy zaproszeni do rozmowy z Mistrzem. Tym razem gościem Justyny Dąbrowskiej jest jedna z najwybitniejszych współczesnych polskich pisarek, laureatka m.in. Nagrody Fundacji im. Kościelskich, Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima, wielokrotna finalistka Nagrody Nike - Magdalena Tulli.
Kto zna wcześniejsze wywiady (publikowane na łamach prasy i w wymienionych książkach) może być pewien, że pytania będą dotyczyć fundamentalnych spraw – ważnych dla interlokutora, a jednocześnie istotnych dla czytelników i dla każdego z nas. Justyna Dąbrowska kieruje rozmową nie tylko intuicyjnie, ale także w taki sposób, że cała uwaga skierowana jest na jej gościa, pod tym względem nic się nie zmieniło. Innowacją jest to, że wywiad jest dłuższy i wypełniła odrębną publikację, poprzednie książki były zbiorami kilku wywiadów. Nie wiem czy dzisiejsza rozmowa ma dać początek nowej serii, ale z pewnością nie powstała (jak poprzednie) „ku pokrzepieniu”, bardziej „ku przestrodze”. Jaka piękna iluzja jest zamkniętą całością. Książka jest starannie przemyślana, uporządkowana, podzielona na części. Justyna Dąbrowska swoje pytania poprzedza trafnie dobranymi cytatami z książek Magdaleny Tulli, które stanowią drogowskazy i wyznaczają myśl przewodnią poszczególnych rozdziałów. Nie pierwszy raz książkę Dąbrowskiej wzbogacają fotografie Mikołaja Grynberga.
Mówiąc o starannym przygotowaniu wywiadu – bynajmniej na mam na myśli wyłącznie strony technicznej; równie przemyślane jest przesłanie, którego sens dociera po przeczytaniu całości. Niezależnie bowiem od tego, czy poruszane są tematy najbardziej osobiste, czy ogólnospołeczne – najważniejszy komunikat jest ten sam: najtrudniejszym, najbardziej bolesnym (wymagającym pokory i absolutnej szczerości wobec siebie), ale też najbardziej nieodzownym elementem w procesie uzdrawiania międzyludzkich relacji – jest etap przebaczania.



Rozmowa zaczyna się od tematu, który zapewne w największym stopniu zaprząta każdego czytelnika „Włoskich szpilek” i „Szumu” - od dzieciństwa pisarki, relacji z rodzicami i kontaktów z jej własnymi dziećmi. Pierwsza część – to nie tylko opowieść, to piękny manifest dotyczący macierzyństwa. Kolejne rozdziały oprowadzają czytelnika po innych, ale równie intymnych sferach życia pisarki. Dowiemy się jaką rolę spełniła muzyka i lektura, a także wykształcenie (które nie otwarło drzwi do kariery, ale dało narzędzia do „przepracowania” problemów). Poznamy jej ulubione książki - kamienie milowe, a przy okazji przekonamy się jakże odświeżające jest jej spojrzenie na klasykę. Ta część pozwala zrozumieć ile wysiłku wymaga proces stawania na nogi i odnajdywania się w społeczeństwie.
Satysfakcję powinni odczuć wielbiciele talentu pisarki, ponieważ Magdalena Tulli zdradza okoliczności powstawania swoich książek, a raczej przedstawia bagaż doświadczeń, z którego wyrosły. Mówi o swojej drodze do pisarstwa i o samym procesie pisania, które – jak twierdzi - nie spełnia roli terapeutycznej, ale daje poczucie sensu. Mówi o jasnych i ciemnych stronach swojej kariery literackiej, więc również wspomina o kłopotach interpretacyjnych, z którymi spotkały się jej pierwsze utwory (wszystkie zostały zauważone, zakwalifikowane do finału Nagrody Nike, a jednocześnie recenzentom nie do końca udało się rozszyfrować jej intencji). Tematyka jej książek w końcu sprawia, że zmienia się charakter rozmowy, znacznie rozszerza się jej spektrum – w jednej chwili przebywamy w kameralnym świecie autorki, a w następnej – przechodzimy pomostem nad wezbraną rzeką pełną kipiących i huczących (grożących rozlaniem) problemów i dochodzimy do diagnozy europejskiego społeczeństwa.


Autorka potrafi się zdobyć na sardoniczny uśmiech, ale jej wywiad nie ma służyć kolejnym podziałom, raczej ma przypomnieć czytelnikowi jak ważna jest empatia. Tulli pisała już w Skazie o braku zaufania i niechęci do obcych przybyszów. Książka sprzed jedenastu lat nabrała aktualności z chwilą pojawienia się problemu uchodźców ze Wschodu. Rozmowa o nich jest jedną z okazji, w których pojawia się słowo-klucz: iluzja. Pisarka uświadamia jak kruchy jest nasz spokój i wolność, którą się cieszymy. Każe się też zastanowić nad sytuacją, w której sami musielibyśmy się ratować w podobny sposób: opuścić domy, wsiąść do łodzi i pontonów, udać się w nieznane… Czy istnieje jednak brzeg, który by się dzisiaj wydawał bezpieczny?
A najważniejsza przestroga? Pisarka w nieco dosadny, ale obrazowy sposób zwraca uwagę na niepokojącą powtarzalność historii. Świat od wieków wciąż kręci się wokół tych samych problemów, ludzie zachowują się w przewidywalny sposób… Magdalena Tulli przekonuje, że powinniśmy zacząć korzystać z wiedzy zawartej w książkach. Gdyby z uwagą wgłębić się i ponownie odczytać tekst Czarodziejskiej góry Thomasa Manna – okazałoby się, że współczesne europejskie społeczeństwo (a można spojrzeć jeszcze bardziej globalnie) może się w tej książce przejrzeć jak w lustrze. A jeżeli nic się nie zmieni i nadal będziemy nakręcać sprężynę nienawiści - możemy być pewni, że jest w niej zapisana również nasza przyszłość… Trzeba przyznać pisarce, że jest niezwykle konsekwentna. Od samego początku, od swojej pierwszej książki mówi o rozszerzającym się chaosie... Czy trzeba dobitniej tłumaczyć tytuł?




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:


Również dzisiaj ma swoją przemierę nowa edycja Włoskich szpilek, finalistki Nike 2012.



poniedziałek, 9 października 2017

"Ministerstwo niezrównanego szczęścia" - premiera już dzisiaj!




Premiera 9 października!

[opis wydawcy]

Ministerstwo niezrównanego szczęścia zabiera nas w wieloletnią podróż po indyjskim subkontynencie, ale przede wszystkim wnika głęboko w życie wyśmienicie odmalowanych postaci, z których każda szuka bezpiecznego miejsca, sensu, miłości.

Ta niezwykła, pięknie opowiedziana książka, głęboko ludzka i ogromnie czuła, na każdej stronie demonstruje, jak cudownym darem narratorskim obdarzona jest Arundhati Roy.

Na cmentarzu pod murami Starego Delhi na wytartym perski dywan przesiaduje Andźum. Na betonowym chodniku  znienacka, tuż po północy, pojawia się malutkie dziecko. W zaśnieżonej dolinie zrozpaczony ojciec pisze do swej pięcioletniej córki list, w którym opowiada, kto zjawił się na jej pogrzebie. W mieszkaniu na drugim piętrze samotna kobieta, odpalając papierosa od papierosa, czyta swoje dawne notatki. W Zajeździe Jannat dwoje ludzi, którzy znali się przez całe życie, śpi tak mocno się obejmując, jakby dopiero się spotkali.

Narracja toczy się szeptem i krzykiem, z radosnymi łzami, ale i gorzkim śmiechem. Bohaterowie Ministerstwa niezrównanego szczęścia, i bliscy i dalecy, zostali złamani przez świat, w którym żyjemy, ale zlepieni no nowo przez miłość. Dlatego też nigdy się nie poddadzą.




sobota, 30 września 2017

BALLADA O MIŁOŚCI I NIENAWIŚCI. O DUSZACH CZARNYCH JAK SMOŁA - „Księga nocnych kobiet”, Marlon James [recenzja przedpremierowa]



Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Robert Sodół
Ilość stron: 480
ISBN: 978-83-08-06426-9

PREMIERA: 11 października 2017




„Wszystkie negry chodzą wkoło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. Czasem jak negr skona i inny zajmie jego miejsce to nawet jak nie z tej samej krwi, ciągle jego śladami po tym samym kręgu kroczy. To krąg życia, co go negr nie wybiera, i śmierci, co może przyjść lada chwila. Być może negry przyjmują rzeczy takie, jakie są, bo zawsze takie będą, jakie zawsze były. Może dla backra i negra lepiej, jak rzeczy wracają na miejsce, co ludzie uważają za najlepsze, dopóki kolejny raz ogień nie wybuchnie. Biały śpi z jednym okiem  otwartym, ale czarny to spać w ogóle nie może”1


Marlon James to autor książki Krótka historia siedmiu zabójstw, o której zrobiło się głośno w 2015 roku, ale zanim pisarz został pierwszym w historii jamajskim laureatem Nagrody Bookera – już miał na swoim koncie dwie powieści, w tym Księgę nocnych kobiet, która przedstawia obraz stosunków społecznych panujących na Jamajce na przełomie XVIII i XIX wieku, przy czym na plan pierwszy wysuwa burzliwą historię niewolnictwa.

Jamajka to państwo na karaibskiej wyspie odkryte przez Kolumba, skolonizowane przez Hiszpanów (później przez Anglików), którego gospodarka w czasie, w którym toczy się akcja książki, oparta była na uprawie trzciny cukrowej i tytoniu. W szczytowym okresie rozwoju (z powodu dużego zapotrzebowania na produkty kolonialne, które pochłaniała Europa i Ameryka Północna) – cały kraj pokryły liczne plantacje wykorzystujące niewolniczą pracę. Tania siła robocza była niezbędnym czynnikiem decydującym o sukcesie plantatora, ale także stanowiła poważny problem. Największe plantacje wymagały zatrudnienie całej armii pracowników. Właściciele zdawali sobie sprawę z liczebnej przewagi niewolników i płynącego stąd zagrożenia. Rebelie wybuchały dosyć często i chociaż za każdym razem je okrutnie tłumiono, a wszyscy niewolnicy płacili głową – to przecież podobne zrywy stanowiły niejednokrotnie jedyne ujście gniewu dla ciemiężonej ludności. Plantatorzy, chcąc zapobiec kolejnym ekscesom świadomie wprowadzali przemoc fizyczną i terror, rządzili w swoich majątkach za pomocą strachu, stosowali najwymyślniejsze psychiczne i fizyczne tortury. W ten sposób powstawał mroczny krąg – niewolników szczuto i dręczono, ale jeśli tylko udało im się wzniecić bunt – z kolei oni nie wahali się krwawo rozprawić ze swoimi właścicielami, nie szczędząc jego rodziny i dzieci. Tak mniej więcej przedstawiają się historyczne realia, które stały się tłem i częścią fabuły Księgi nocnych kobiet.

W trakcie lektury czytelnik bardzo szybko zwróci uwagę na kilka charakterystycznych spraw, zorientuje się z jak wyjątkowym utworem ma do czynienia. W literaturze nie spotkaliśmy dotąd takiego ujęcia relacji między białym i czarnym człowiekiem. To obraz niewolnictwa odarty z mitów (i to po obu stronach). Książka nie tylko obnaża okrucieństwo rasy „panów”, ale również ukazuje surową prawdę o mechanizmach obronnych niewolników. Czy wizja, którą przedstawił Marlon James (zwłaszcza wszystkie zagrożenia, które czyhają na bohaterów powieści) jest wiarygodna? Jak najbardziej! Pamiętajmy, że czarnoskóry pisarz nosi w sobie pamięć swojego ludu i spełnia taką samą rolę jak Richard Flanagan wobec Tasmanii – jest kronikarzem i sumieniem swojego kraju. Książka jest mocno zakorzeniona w tradycjach, a jeżeli jeszcze zastanawiamy się czy pisarz nie przesadził z długą listą wymyślnych męczarni, którymi dopuszczał się rzekomo „cywilizowany” biały człowiek - warto odnieść się do dzienników niejakiego Thomasa Thistlewooda, jamajskiego plantatora z XVIII wieku, który skrupulatnie opisywał swoje postępowanie z niewolnikami2. Zapewne nie spodziewał się, że wiele pokoleń później jego prywatne notatki, które gromadził przez 37 lat, będą nie tylko dowodziły jego okrucieństwa, ale także zostaną uznane za wiarygodne świadectwo epoki. Jeżeli nawet Marlon James tworząc swoją pieśń o niewolnictwie - nie zamierzał nadawać dziennikom sadysty Thistlewooda epickiego wymiaru, to z całą pewnością w dużej mierze się na nich oparł.

Drugą niezwykle ważną kwestią, na którą czytelnik od razu zwraca uwagę – jest język. Powieść napisana jest slangiem. Szybko się do niego przyzwyczai i uzna, że ta historia nie mogła zostać opowiedziana lepiej. Nie mogła być inna, skoro miała być wiarygodną relacją świadka. Poznajemy ją bowiem z ust narratora, który jest niewolnikiem. Poza tym trzeba przyznać, że język (który jest jędrny i soczysty, wręcz: krwisty, obrazowy i dosadny) ma swój zniewalający urok, bywa tak samo surowy lub tak samo brutalny, jak świat, który przedstawia; ma swoją charakterystyczną „barwę” i rytm, sprawia, że przekaz staje się wiarygodny. Wreszcie to, co najważniejsze (i to jest największy fenomen tej książki) -  język rozwija się i ewoluuje wraz z postaciami. W tym miejscu ukłony i brawa należą się również tłumaczowi. Biorąc pod uwagę wszelkie przeszkody, trudności i nowatorski zamysł autora (także i to, że swoistym slangiem posługują się nie tylko niewolnicy, różni się także mowa białych bohaterów, jeden z nich jest Irlandczykiem) – trzeba przyznać, że Robert Sodół dokonał brawurowego przekładu. To sprawia, że lektura jest zaskakującym, ale i zachwycającym doświadczeniem. Można sobie tylko wyobrazić jak piorunujące wrażenie wywoła, gdy pojawi się jeszcze możliwość wysłuchania książki w formie audiobooka…

Marlon James ma wielki talent w wydobywaniu niuansów. Nie tylko za pomocą języka udało mu się uchwycić ewolucję człowieka, ale jeszcze zwraca uwagę czytelnika na to, że podział ras był sztywny i kategoryczny, ale miał liczne podgatunki. Innymi słowy - nie każdy biały był jednakowo biały i nie każdy „negr” – jednakowo czarny. Poznajemy hierarchię panującą w obu grupach. Białych przecież prezentuje Anglik, który z góry traktuje Irlandczyka i Kreolkę (poznamy ich kompleksy społeczne); wśród czarnoskórych bohaterów – podział był znacznie bardziej skomplikowany (główna bohaterka jest mulatką, co wprowadza w jej duszy sporo zamieszania).

Łatwo się jest domyślić, że powieść ma bohatera zbiorowego, ukazuje mieszkańców (przedstawicieli dwóch antagonistycznych grup społecznych) żyjących w zaprzyjaźnionych majątkach: w Montpelier i Coulibre. Ten kontrastowo zestawiony świat  białego i czarnoskórego człowieka niepozbawiony jest gorzkiej ironii. Przyglądamy się właścicielom ziemskim, którzy czują bezustanną potrzebę podkreślania swojej wyższości cywilizacyjnej (jakby musieli stale to udowadniać, zwłaszcza sobie samym), którzy w tym samym czasie fundują swoim niewolnikom najwymyślniejsze nieludzkie cierpienia… Potrafią zresztą także w wyrafinowany sposób dręczyć siebie nawzajem. Kiedy przekraczamy progi Montpelier – od razu zwrócimy uwagę na dźwięczne imiona: Andromeda, Atena, Ifigenia, Tantal, Atlas, Klitajmestra, Gorgona, Hipolita, Kallisto. Właściciel wykazał się prawdziwie ułańską fantazją, gdy nadawał niewolnikom imiona bogów i herosów (ale czy jest prawdziwym miłośnikiem literatury człowiek, który kobietę obdarza imieniem: Homer?). Jednak miał trochę racji stary szalony plantator, zwracając się ku mitom, bo nad każdym człowiekiem w jego majątku ciąży fatum… Kiedy odwiedzamy Montpelier - w pierwszym momencie może się nam wydać, że zabłądziliśmy na Olimp, ale nic bardziej mylnego – właśnie rozpoczynamy podróż przez kolejne kręgi piekła… W końcu spłynie na nas refleksja – musimy się zastanowić czy biały człowiek przyjeżdżał na koniec świata i zakładał plantacje ze względu na szansę dorobienia się majątku czy równie nęcąca (albo bardziej) była perspektywa zrzucenia maski „dżentelmena” i możliwość bezkarnego pofolgowania najmroczniejszym fantazjom? Czy po to przez wieki się cywilizował, żeby nagle odwiesić na kołku swoją kulturę i humanizm - i stanąć z batem nad słabszym człowiekiem?

A najważniejsze przesłanie książki? Główną bohaterką, z perspektywy której poznajemy wydarzenia – jest Lilit, młodziutka niewolnica. Lilit urodziła się jako mulatka w świecie, w którym biały lub czarny kolor skóry przesądza o wszystkim. Urodziła się także jako kobieta, w świecie, w którym niewolnik jest własnością białego człowieka, ale niewolnica – należy nie tylko do swojego właściciela. Także do jego zarządcy, do dozorców i do każdego innego mężczyzny (nawet niewolnika), który ma ochotę po nią sięgnąć… Niewolnica nie może czuć się bezpiecznie nawet przez moment. Czytelnik obserwuje bohaterkę, jest świadkiem wielu procesów, które zachodzą w jej ciele i świadomości. Lilit dorasta i dojrzewa. Staje się kobietą. Lilit poszukuje swojej tożsamości i korzeni. Uczy się poskramiać swoją hardą duszę. Próbuje przechytrzyć los. Poznaje piekło i niebo, doświadcza również męczarni czyśćca. Przechodzi ewolucję i transformację duchową, uczy się odróżniać dobro od zła. Przekonuje się, że człowiek nie ma wpływu na swój kolor skóry, ale bierze odpowiedzialność za to,  że jego dusza jest czysta lub czarna jak smoła. Lilit ma wielu „nauczycieli”. Biały człowiek za pomocą bata uczy ją, że „czarnuch” należy do gorszego gatunku. Homer – jej opiekunka – chce w nią wpoić przekonanie, że „czarnuch” i biały – są takimi samymi ludźmi. Do najważniejszych jednak wniosków dojdzie już sama. Przekona się, że czarni ludzie są tacy sami jak biali, ale jednocześnie – wcale nie są lepsi. Lilit uczy się myśleć i wyciągać wnioski, więc kiedy nadejdzie czas – stanie po właściwej stronie…

I jeszcze na koniec – nie można nie wspomnieć o pięknym hołdzie, jaki Marlon James złożył książce, bo gdy Homer potajemnie uczy Lilit rozpoznawać litery - pokazuje dziewczynie wrota wolności. „Z ciebie prawdziwy czarnuch. Coś ci powiem, a ty posłuchaj uważnie. (…) Coś ci jeszcze powiem o czytaniu. Widzisz to? Za każdym razem jak to otwierasz, jesteś wolna”3

Czarne kobiety zbierają się nocą, bo tylko wtedy świat jest czarny, taki jak one. Tylko wówczas mogą poczuć się odrobinę wolne. Nocne kobiety zbierają się, by czynić swoje uroki. A także, po to, by „czynić” sprawiedliwość… „Wszystkie negry chodzą wkoło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. (…) Biały śpi z jednym okiem otwartym, ale czarny to spać w ogóle nie może”…

Gorąco polecam. To proza gęsta. Mroczna. Porażająca. Wspaniała.

1. Księga nocnych kobiet, Marlon James, Wydawnictwo Literackie 2017, str. 467
3. Księga nocnych kobiet, str. 70


Za książkę dziękuję:







wtorek, 19 września 2017

JEST TYLKO TO, CO JEST – recenzja książki „Zulejka otwiera oczy”




Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Przekład: Henryk Chłystowski
Data wydania: 30 sierpnia 2017
ISBN: 9788365613417
Ilość stron: 464


Guzel Jachina – a w zasadzie Guzel Szamiliewna Jachina to rosyjska pisarka, która zadebiutowała w roku 2015 i już zdążyła wywołać niemałe zamieszanie - w Rosji wzbudziła entuzjazm i krytykę, na świecie spore zainteresowanie. Jej książkę obsypano laurami (to pierwszy debiut uhonorowany prestiżową rosyjską nagrodą literacką „Bolszaja Kniga”); prawa do jej publikacji zakupiło 16 państw. Zulejka otwiera oczy – to powieść o rozkułaczaniu (kułakami w bolszewickiej propagandzie nazywano chłopów niechętnych komunistycznej władzy i stawiających opór przy przejmowaniu ich ziemi przez kołchozy), a w zasadzie – bliższe prawdy jest stwierdzenie, że proces rozkułaczania stał się pretekstem, ramą i tłem do napisania porywającej powieści o naturze człowieka.
Akcja książki rozpoczyna się w roku 1930, gdy do Jułbasza - niewielkiej tatarskiej wioseczki gwałtownie wdziera się proces kolektywizacji. Zdążymy jeszcze poznać wioskę (tatarskie gospodarstwo i jej mieszkańców), ale nie zatrzymamy się w niej długo, ale tylko na tyle, by zrozumieć świat, który stworzył i ukształtował Zulejkę, żeby przekonać się jak wyglądało jej życie i co musiała utracić. Nasza bohaterka bowiem wraz z setkami, tysiącami innych osadników zostanie wypędzona z własnego domu i stanie się częścią wielkiej przesiedleńczej kampanii. Z wszystkich pobliskich wsi rozkułaczeni chłopi kierowani są na stację kolejową w Kazaniu, na której rozpocznie się wielka wycieńczająca odyseja w nieznane.
Kampania nie jest do końca przygotowana, czym władze radzieckie nie zamierzają specjalnie się przejmować. Najważniejsze, by pozbyć się wrogiego elementu. Tysiące ograbionych (odartych z przeszłości i przyszłości) ludzi wsiada do towarowych wagonów, które powiozą ich ku niepewnemu przeznaczeniu. Zulejka nigdy dotąd nie doznała w tak upokarzający i intensywny sposób obecności obcych sobie ludzi. Już wkrótce się przekona, że jej los podzielają nie tylko kułacy, ale przedstawiciele przeróżnych klas, kast, narodów i wyznań. Współtowarzyszami jej niedoli są przecież nie tylko chłopi, ale także przedstawiciele inteligencji, chrześcijanie i muzułmanie, ludzie prawi i przestępcy. W ten sposób rząd radziecki pozbywa się wszystkich elementów, które stanowią „zagrożenie” dla systemu. Nie wszyscy dotrą do celu, a tej garstce, której się uda – przyjdzie walczyć  na wielu frontach. W nowym świecie - w samym centrum głuchej tajgi, z dala od cywilizacji, od swoich domów, z dala wreszcie nawet przez jakiś czas od długich rąk partii – będą mierzyć się z nową rzeczywistością, z naturą i z sobą samym. Wszyscy będą musieli symbolicznie umrzeć, by narodzić się na nowo.
Siemrąk (w języku rosyjskim: Siemruk) to osada utworzona przez garstkę ludzi, którym udało się przetrwać pechową podróż. Ich nowy świat tworzy kawałek ziemi położonej na wysokim i dzikim brzegu Angary. Ocalała zbieranina przypadkowych rozbitków musi zapomnieć o przeszłości i stworzyć nową rodzinę – zorganizować się w nową społeczność, by przetrwać. Siemrąk – to nazwa upamiętniająca bohaterów – a raczej zupełnie zwyczajne osoby, które pomogły przetrwać pierwszą morderczą zimę w kolonii (nazwa miała być nieco inna: Siedem Rąk, ale przekręcono ją na skutek urzędniczej pomyłki). „Siemrąk” (a raczej „Siemruk” - w oryginale) to nazwa, która przypomina imię mitycznego ptaka Semruga, o którym rodzice w dzieciństwie opowiadali Zulejce. Legenda o Semrugu – to w pewnym sensie jej dziedzictwo, jedna z niewielu pamiątek, która pozostała po dawnym życiu. Teraz, w nowej rzeczywistości – ta sama baśń w ustach Zulejki nabiera symbolicznej wymowy. Jest kluczem do zrozumienia przesłania książki, a jej znaczeń można szukać na wielu poziomach. Legenda może być opowieścią o Bogu (wszak w nowej radzieckiej rzeczywistości nie można w sposób jawny rozmawiać o religii), może być metaforyczną historią człowieka, jest jednocześnie echem odysei, którą przeszli przesiedleńcy…
Kim są pierwsi mieszkańcy osady położonej na końcu świata? To garstka przypadkowo połączonych ludzi. Dzięki kaprysom losu w Siemrąku zamieszkał lekarz, artysta malarz, kilku inteligentów i wyższych urzędników, kilku chłopów, rybak, budowniczy bez jednej ręki i agronom. Wszyscy, których partia uznała za „pasożyty” szkodzące krajowi: „w sumie rupiecie, nadgryziona przez mole starzyzna, pył historii”1.  Wśród nich znajduje się dwójka naszych najważniejszych bohaterów: Zulejka i Ignatow – przedstawiciele dwóch wrogich światów. Zulejka, która popełniła tę zbrodnię, że była żoną kułaka, a po drugiej stronie Ignatow - żołnierz Armii Czerwonej, oddany członek partii, który naprawdę sądzi, że spełnia misję (przez długi czas wierzy, że partia nie krzywdzi „rozkułaczonych”, lecz daje im szansę odkupienia ich „zbrodni”). Ignatow jest dowódcą odpowiedzialnym za ludzi podczas transportu i przeprawy, a później – komendantem osady. Przede wszystkim zaś - jest mordercą męża Zulejki. Tych dwoje (Zulejkę i Ignatowa) los zwiąże na dobre, a w jeszcze większym stopniu: na złe… Zulejka jednak powoli otwiera oczy i przekonuje się, że rzeczywistość nigdy nie jest raz na zawsze zdefiniowana i ujęta w sztywne ramy, a śmiertelni wrogowie – nie zawsze są prawdziwymi wrogami…
Zulejka otwiera oczy jest napisana pięknym i bogatym literackim językiem, niezwykle plastycznym, sugestywnym i filmowym (obraz nie tylko Jułbasza zostanie z nami na zawsze). Uznanie należy się również tłumaczowi - Henrykowi Chłystowskiemu. Książka nawiązuje do konwencji tradycyjnej powieści rosyjskiej, a jednocześnie jest dowodem, że współcześnie sztuka pisania powieści ma się zupełnie dobrze i wbrew obawom - bynajmniej nie grozi jej zagłada. Książka Guziel Jachiny dotyka tematu stalinizmu i terroru, ale celem autorki nie były kolejne rozliczenia  (w każdym razie nie bezpośrednie); tematyka stanowi tło dla rozważań. To raczej książka o miłości i macierzyństwie. O roli sztuki i religii. O tym, że pożegnania są bolesne, ale czasem konieczne. To, co w książce najważniejsze – ujęte jest z perspektywy kobiety. Jej oczami obserwujemy ZMIANY. Zulejka doświadcza straty tak bolesnej, że wydaje się jej, że nie warto już żyć. Żyje jednak na przekór sobie i na swojej skórze doświadcza transformację rzeczywistości – to doświadczenie pojawia się stopniowo, ale w końcu staje się wszechogarniające. Oto na jej oczach upada system praw i fundamenty moralności, rozsypuje się cały patriarchalny (wpajany od dziecka) świat. Bohaterka sama jest zmuszana do łamania zasad, których dotąd pieczołowicie przestrzegała i nagle okazuje się, że można postępować wbrew zwyczajom, można deptać reguły (odkrywać włosy, siadać obok obcego mężczyzny, można nawet deptać świętości i zbezcześcić meczet!) – I NIC SIĘ NIE STANIE. Świat się nie rozpada, a Bóg nawet nie interweniuje… To podłamuje wiarę we wszystko, w co Zulejka wierzyła do tej pory. Musi teraz stworzyć nową hierarchię wartości, przyjąć nowe reguły, poukładać sobie świat na nowo. I w tym tkwi najgłębsze przesłanie książki. Autorka nie tylko dowiodła, że człowiek jest najsłabszą istotą na ziemi, a jednocześnie: najsilniejszą. Pokazała, że żaden system nie jest dobry, ani zły. Jest tylko taki – jakim uczynią go ludzie. Udowodniła wreszcie, że moralność, praworządność i szlachetność – nie są cechami kształtowanymi przez państwo. Za każdym razem o indywidualnych cechach człowieka odpowiedzialne są tylko jego wewnętrzne predyspozycje. O tym, czy człowiek wyposażony jest w empatię i jest prawy (albo po prostu: ludzki) – nie decyduje system państwowy, przynależność do partii, ani tym bardziej: stopień indoktrynacji. Nie przesądza o tym wychowanie ani religia.  Ważne jest tylko to, z jakiego kruszcu jest ulepiony.
Polecam lekturę, to przepiękna książka i fenomenalny debiut!

1. Zulejka otwiera oczy, Guzel Jachina, Oficyna Literacka Noir sur Blanc 2017, str. 222

Za książkę dziękuję Wydawnictwu:






sobota, 9 września 2017

ZŁOTY WIEK WAWELU, CZYLI KULISY KRÓLEWSKIEGO DWORU. „CÓRKI WAWELU. OPOWIEŚĆ O JAGIELLOŃSKICH KRÓLEWNACH” - RECENZJA PRZEDPREMIEROWA



Autor: Anna Brzezińska
Liczba stron: 840
ISBN: 978-83-08-06393-4

Data premiery: 14 września 2017

Książka już dostępna w przedsprzedaży



Najnowsza publikacja Anny Brzezińskiej tylko w pierwszym momencie może być dla czytelnia całkowitym zaskoczeniem. Książka historyczna? A dlaczegoż by nie? Autorka jest uznaną pisarką fantasy (trzykrotną laureatką Nagrody Zajdla), ale przecież jest także historyczką i mediewistką, a to oznacza, że posiada warsztat i wykształcenie potrzebne do przeniknięcia mroków przeszłości i jej zrekonstruowania. Bo przecież tym jest jej nowa książka: portretem epoki.

„Córki Wawelu. Opowieść o jagiellońskich królewnach” – nie została napisana w sposób klasyczny. Nie jest typową książką historyczną, a tym bardziej kroniką, nie jest zbiorem esejów, ani tradycyjną powieścią. Różnorodność tematów, rozmach oraz zmienna (węższa lub szersza) perspektywa - również nie ułatwia jednoznacznej klasyfikacji. Projekt jest raczej wszystkim po trochu, mieszanką wymienionych gatunków: fabularyzowanym esejem historycznym.

Książka Brzezińskiej jest opowieścią o Jagiellonkach, ale autorka bynajmniej nie zamierzała skupiać się wyłącznie na ich życiorysach. Portrety królewien stały się raczej pretekstem i punktem wyjścia do przedstawienia znacznie szerszej problematyki. Można zatem lekturę potraktować jako dynastyczną biografię ostatnich Jagiellonów, kronikę złotego wieku Wawelu, ale można także spojrzeć jeszcze pod innym kątem. Córy Wawelu – to nie tylko królewny i damy z ich orszaku. To także rzesza kobiet z zupełnie innych kręgów, w przeróżny sposób powiązanych z dworem. Opracowanie stanowi rzetelną analizę ukazującą znaczenie i rolę kobiety w XVI-wiecznej Polsce.

Konstrukcja książki jest w pierwszej chwili dość zaskakująca, ponieważ historię poznajemy nie z perspektywy córek króla, lecz królewskiej karlicy – nieco egzotycznej mieszkanki Wawelu. Bohaterka jest postacią literacką, a jednocześnie osobą realną, ponieważ jej istnienie zostało odnotowane przez dworskie annały. Faktycznie była nie tylko ulubienicą i towarzyszką Jagiellonek, ale także piastunką i ochmistrzynią dzieci królewny Katarzyny. W kronikach została dobrze udokumentowana obecność i znaczenie osób jej pokroju - błazny i różnego rodzaju „odmieńcy” byli chętnie widziani i utrzymywani na dworach całej Europy. Historia dosyć łaskawie potraktowała i zapamiętała jednego z królewskich błaznów – Stańczyka (jego słowa przeszły do legendy). Anna Brzezińska przypomina kolejną postać związaną z królewską rodziną, cieszącą się szczególnymi przywilejami - karlicę Dosię. Poznajemy zatem historię z perspektywy kobiety, która z racji swego niskiego pochodzenia i ułomności – łatwo mogła trafić poza nawias społeczny i przepaść w mrokach ludzkiej niepamięci, a jednak stało się inaczej: kapryśny los związał ją na dobre i złe z wawelskim dworem.

Ukazanie historii z punktu widzenia królewskiej karlicy miało dla opracowania znaczenie kluczowe, ponieważ pozwoliło spojrzeć na związane z dworem kobiety należące do różnych kręgów społecznych. Królewny prowadziły życie sztywno podporządkowane etykiecie, natomiast obecność wszędobylskiej służki – pozwoliła pokazać dwór z szerszej perspektywy. Obserwujemy życie nie tylko na „wysokich pokojach” Wawelu, ale także w jego kuchniach, stajniach i na podzamczu, w bogatych krakowskich mieszczańskich kamienicach i obskurnych zamtuzach. Wawelskie mury dawały schronienie arystokratkom, ale także kobietom z ludu: służącym, akuszerkom i uzdrawiaczkom, a nawet wiedźmom. Zdarzało się tu zabłądzić kobietom z marginesu, ulicznicom i żebraczkom. Dosia stała się idealnym spoiwem, by ukazać siatkę tych przeróżnych powiązań.

Oś książki stanowią losy poszczególnych Jagiellonek. Cofamy się do czasów, gdy królewny bawiąc się w cieniu wawelskich arrasów nadawały lalkom imiona z rycerskich eposów i roiły o romantycznej miłości. Poznamy także ich mniej baśniową przyszłość, gdy z wolna pozbywały się marzeń i rozpoczynały służbę zgodną z ich przeznaczeniem. Królewny bowiem, jak wszystkie córy z monarszych i arystokratycznych rodów – od dziecka były przygotowywane do swojej politycznej roli. Nie urodziły się, by brylować na ojcowskich dworach, a po to, by wzmacniać sojusze, przypieczętowywać przymierza i przedłużać królewskie dynastie. Stanowiły część dyplomatycznej wymiany i gwarancję mającą zapewnić Europie pokój i stabilizację. Opuszczały rodziców, udawały się posłusznie na obce dwory i służyły zgodnie z wolą swojego rodu. Brzezińska dba o to, byśmy nie tylko poznali okoliczności związane z poszczególnymi małżeństwami, ale przede wszystkim, byśmy zrozumieli jakie obawy, emocje i przeżycia musiały towarzyszyć królewnom.

Poznajemy zatem role, jakie los przewidział dla córek Zygmunta Starego i królowej Bony. Brzezińska sprawiła, że przestajemy o Jagiellonkach myśleć w sposób zbiorczy. Dzięki książce – każda z nich zyskuje swoją własną tożsamość, bo przecież każda królewna była charakterystyczna, każdą los doświadczył inaczej, każdej życie napisało inny scenariusz. Jadwiga, Izabela, Zofia, Anna, Katarzyna – ich imiona wypełnią się treścią, a portrety pozostaną z nami na zawsze. Po lekturze będziemy doskonale orientować się - która z sióstr wyszła za mąż najświetniej, z którą wiązano największe ambicje, która była najzdolniejszą hafciarką, która ujmowała wdziękiem, a która przyczyniła się do rozwoju polskiej botaniki. Dowiemy się także jaką cenę zapłaciła każda z nich za swoją „uprzywilejowaną” pozycję. Przekonamy się wreszcie, że książka Brzezińskiej, która odsłania renesansowy europejski teatr władzy (bo przecież autorka pisząc o dworze polskim nie pozostawia go w pustce, ale cały czas dba o europejski kontekst) – jest w gruncie rzeczy barwną i wieloaspektową opowieścią o samotności.

Trzeba jeszcze wspomnieć o plastycznym i sugestywnym języku opracowania i o tym, że czytając książkę mamy wrażenie, że nie tylko narrator, ale całe otoczenie Wawelu (od arrasów, przez portrety, aż  po mury zamku) snują nam swoją opowieść. Podczas lektury mamy okazję przejść się po królewskich komnatach, ale tym razem już nie towarzyszy nam chłodna muzealna i pomnikowa atmosfera. Autorka tchnęła w to miejsce życie. Uzmysławia nam, że Wawel – to nie tylko mury i eksponaty. Prawdziwy dwór był wielopiętrową, skomplikowaną i rozrośniętą machiną, którą tworzyli ludzie. Dwór – to jego mieszkańcy. Składał się z rozmaitych, zazębiających się kręgów: odrębnych dworów dla króla, królowej i królewskich dzieci, administracji, licznej służby dbającej o wygodę władcy, wreszcie z artystów, rzemieślników i fachowców (organizujących ceremonie, turnieje, stojących na straży przestrzegania etykiety). Cała ta armia ludzi była odpowiedzialna za otaczanie króla splendorem, by mógł olśnić gości i emisariuszy przybywających z innych krajów.

Anna Brzezińska zaskakuje czytelnika dociekliwością, koronkowością swoich rozważań i olśniewa rozmachem. Autorce udało się przedstawić pełne psychologicznej prawdy portrety członków rodziny monarszej - wniknąć w intymny świat osobistych przeżyć, a przecież jednocześnie oddać charakter epoki. Renesans to czas reformacji, rewolucji naukowej, złotej ery Jagiellonów, a zarazem dla tej dynastii - epoka zaciekłej rywalizacji z rodem Habsburgów na polityczno-matrymonialnej arenie. Brzezińska (która w pewnym sensie podąża tym samym tropem, co Cherezińska) – uzmysławia nam, że historia, którą poznajemy w sposób tradycyjny – jest zdominowana przez mężczyzn, przedstawiona z ich punktu widzenia. To historia wojen, zdobywców, władców i pokojowych traktatów. Nie ma w niej wiele miejsca dla refleksji nad znaczeniem i rolą kobiet. A przecież to na ich wątłe ramiona jakże często zrzucano odpowiedzialność za honor mężczyzn, za losy dynastii i całych narodów… Ileż jeszcze podobnych faktów i niespodzianek mogą skrywać nieprzeanalizowane dotąd przez badaczy listy Jagiellonek - siostry rozrzucone po całej Europie stale z sobą utrzymywały kontakt; zachowało się kilkadziesiąt tomów tej korespondencji!

Zwróćmy wreszcie uwagę na jeszcze jedną bohaterkę, od której Brzezińska rozpoczyna swoje rozważania. Regina – domniemana matka karlicy Dosi – to prawdopodobnie jedyna całkowicie fikcyjna postać literacka w tej książce (nie tyle wydumana, co wydedukowana przez autorkę), a wprowadzona, by ukazać istotę ciasnej i pokrętnej moralności ówczesnego społeczeństwa. Wydaje się, że jej losy miały stać się kontrastem dla obrazu Jagiellonek, ale gdy wnikamy w lekturę przekonamy się, że jej obecność stanowi raczej gorzkie dopełnienie opowieści o królewskich córkach, bo też niejednokrotnie ich dzieje nie były wiele lepsze od doli najnędzniejszej obywatelki Korony… I właśnie to zestawienie przeżyć zwykłej służącej o królewskim imieniu - z faktami z życia królewskich córek – w sposób wymowny i dobitny ilustruje nie tylko ogólną sytuację kobiet w XVI wieku;  zdaje się również demonstrować - w jaki sposób Historia generalnie obchodzi się z kobietami...




Za książkę dziękuję Wydawnictwu:




Podczas lektury Córek Wawelu... czytelnik niepostrzeżenie nabiera zaufania do Anny Brzezińskiej i jej opowieści, ponieważ wielokrotnie przekonuje się, że pisarka opiera się na szeroko rozumianej dokumentacji i śladach przeszłości. Czerpie swoją wiedzę z kronik i dworskich annałów, ze wspomnień i pamiętników osobistości związanych z dworem, przede wszystkim z korespondencji (zwłaszcza Jagiellonek), potrafi wykorzystać informacje zawarte w spisach królewskich inwentarzy i przeniknąć atmosferę wawelskiego muzeum. Ale robi też znacznie więcej - sprawia, że do czytelnika zaczynają „przemawiać" wawelskie arrasy, a także portrety i malowidła. Niech o technice pisarki, o jej wyobraźni i talencie przemówi pewien fragment książki...

Izabela Zapolya żegna Siedmiogród, Sandor Wagner źródło


Istnieje pewien obraz namalowany w 1863 roku przez węgierskiego malarza – Sandora Wagnera: Izabela Zapolya żegna Siedmiogród (Węgierskie Muzeum Narodowe). Anna Brzezińska musiała go mieć przed oczami, gdy pisała o Izabeli. Nie umieściła tej ilustracji, a jednak wplotła obraz w sposób literacki do swojej opowieści…

***

"W 1551 roku królowa Izabela, po przegranej batalii o węgierskie dziedzictwo syna i ugodzie z Habsburgami - którą należy nazwać raczej kapitulacją - opuszczała Siedmiogród, żeby osiąść w marnym śląskim księstewku. Zanim na dobre zagłębiła się w góry Mezes, rozkazała zatrzymać powóz. Stanęła pod dębem i patrzyła za siebie na górzystą krainę, którą, jak wówczas sądziła, opuszcza na zawsze. Minęło zaledwie dwanaście lat odkąd wyjechała z Krakowa do nieznanego, dużo od niej starszego mężczyzny, którego poślubiła per procura w katedrze wawelskiej. Ale nie umiała sobie przypomnieć tamtej młodziutkiej, dwudziestoletniej dziewczyny, której przed ołtarzem wsunięto na palec ślubny pierścień. Nie wiedziała, czy to ona sama się tak bardzo zmieniła, czy też świat niepostrzeżenie zestarzał sie wokół niej i spłowiał. Nie płakała. Nie okazywała słabości, kiedy została wdową tuż po narodzinach jedynego syna. Ani kiedy armia turecka podeszła pod Budę i musiała wydać roczne niemowlę w ręce sułtana. Ani potem, kiedy Sulejman wprawdzie oddał jej syna, ale odebrał jej Budę i pod strażą janczarów odesłał wraz z dzieckiem do Siedmiogrodu.

Czasami zazdrościła włościankom, oglądanym z okien zamku w Alba Iulia, swojej wygnańczej, siedmiogrodzkiej stolicy, że mogą się bez wstydu poddawać rozpaczy, krzyczeć, ronić łzy, szarpać włosy. Może znajdowały w tym pociechę, myślała Izabela, kto to wie. Ona miała syna. I krzyżyk, który mały Jan Zygmunt ułamał ukradkiem z korony św. Stefana, insygnium węgierskich królów, zanim ją odesłano Ferdynandowi Habsburgowi.

Stojąc pod samotnym dębem i patrząc na Jana Zygmunta nie czuła ulgi, tylko palący ból w piersi. Przypomniały jej się wszystkie klęski, wszystkie błędy, głupie słowa i lekkomyślne decyzje, które doprowadziły ją do tego zapomnianego miejsca na górskim trakcie"1.

***

1. Córki Wawelu. Opowieść o jagiellońskich królewnach, Anna Brzezińska, Wyd. Literackie, str. 407/ 408



poniedziałek, 4 września 2017

Koniec świata... - John Ashbery, Caspar David Friedrich, skojarzenia



"Wędrowiec nad morzem mgły", Caspar David Fredrich, obraz z 1818 roku, źródło




KONIEC ŚWIATA
- John Ashbery

Czasem jest więcej czasu niż mamy ochotę być,
z innymi. Czasem jest to ciekawe.
Mogę ci tylko powiedzieć, jak zatrzymać to wszystko.

Życie to słynna historia. Straszne z nas psy
na życie. Psy i inne byty
przekonują nas, że życie jest pieskie.

Przyszłość to widmo. Przeszłość, 
tak tutaj napisali, jest automatycznym manekinem.
Nie śmiercią, jednym z jej pełnomocników.

Jeśli chodzi o morze,
życie rozjaśnione jest
całym snem, jaki potrafi w siebie wchłonąć.

Kiedyś powłóczyłem nogami. Któregoś dnia, 
jak dobrze pójdzie, wybiorę się do kiosku
kupić trochę czereśni, przywitać starych kumpli.


tłum. Piotr Sommer





Caspar David Friedrich (1774-1840) - niemiecki malarz, uznawany za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli malarstwa romantycznego.

John Ashbery - urodzony 28 lipca 1927 roku w Rochester, mistrz współczesnej poezji amerykańskiej, laureat licznych nagród, m.in.: Pulitzera, National Book Award i National Book Critics Award.  Zmarł 3 września 2017 roku. Miał 90 lat.



wtorek, 29 sierpnia 2017

Podróżowanie w przestrzeni


Moim dzisiejszym gościem jest poetka i felietonistka. Autorka czterech tomików wierszy: Czekając na Malinę (2012), Liczby nieparzyste (2014), Mullaghmore (2016) i Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu (2017). Redaktorka  kwartalnika literacko-artystycznego sZAFa, serwisów ArtPub Kultura i Galeria. Od kilku lat mieszka w Irlandii. Fotografuje, inspiruje i wzbudza twórczy ferment. 
Prowadzi blog: Pierwszy Milion Nocy
Serdecznie zapraszam na rozmowę z Małgorzatą Południak.






Aleksandra Urbańczyk: Zanim zajmiemy się Twoją twórczością i działalnością, muszę zapytać o Twoją definicję artysty.

Małgorzata Południak: W sztuce współczesnej definicje są złudzeniem. Możliwe, że bycie artystą również jest złudzeniem. A tak poważnie, nie wiem nic o definicjach. Jednak wydaje mi się, że bycie indywidualistą, kimś, kto nie zmienia poglądów w zależności od tego, skąd wieje wiatr, daje poczucie odrębności. Odrębność może być punktem wyjścia do bycia artystą. W tworzeniu artysta jest sam. On i jego dzieło. Reszta to ozdobniki, karmienie ego, udawanie. Sztuka bierze się z niechęci, z obsesji, z tego, czego ludziom ubywa. R.G. Collingwood w książce The Principles of Art wyjaśnia różnicę, pomiędzy sztuką, a rzemiosłem. Oczywiście filozofia jest tylko nośnikiem twierdzeń i udowadnianiem teorii. Dzięki temu, że każdy z nas pełni swoją funkcję w życiu, zwyczajnie mamy zajęcie i decydujemy o tym, co jest dla nas ważne, a co nie. Kiedyś brałam wszystko do siebie i rozkładałam na drobne, bo jestem The Highly Sensitive Person (w angielskim lubię nieskomplikowaną mnogość odpowiednich określeń emocjonalności). Dzisiaj nie myślę już o tym jak buntownik, pozwalam sobie zwyczajnie być. Wypełniają mnie wątpliwości, dlatego chętnie czytam, co mają do powiedzenia ludzie związani ze sztuką. Collingwood napisał, że „początkiem tworzenia wiersza jest doznanie poety, wymagające wyrażenia w formie wiersza. Jednakże uznawanie nienapisanego wiersza za cel, a techniki poety za środek jest fałszywe. Wynikałoby z niego bowiem, że poeta, zanim napisze wiersz, już wie, jak on ma wyglądać, tak jak stolarz wie, jak będzie wyglądał stół, który zamierza wykonać. Tak zawsze jest z rzemieślnikiem. Tak się również dzieje w wypadku artystów, których dzieło sztuki jest zarazem dziełem rzemiosła. Jednak absolutnie nie sprawdza się to w przypadku tych artystów, których dzieło nie jest rzemiosłem, takich jak poeta improwizujący swoje strofy, rzeźbiarz bawiący się gliną i tym podobni. W takich wypadkach (które mimo wszystko są przykładami sztuki, choć na skromnym poziomie) artysta nie wie, czym jest doznanie domagające się wyrażenia, dopóki nie zostanie wyrażone. To, co chcę powiedzieć, nie tkwi w nim jako cel, dla którego trzeba znaleźć odpowiednie środki. Staje się to dla niego jasne dopiero wtedy, kiedy kształtu nabierze wiersz w jego umyśle lub glina pod jego palcami”[1]. Dlatego tak wielu wokół nas rzemieślników, a nie artystów. Kiedy człowiek jest zupełnie sam i potrafi owo pragnienie wynikające z obsesji wyrazić, wtedy według mnie rozpoczyna się proces twórczy. Myślę, że odrzuciwszy wszystko, czego się w życiu nauczyliśmy, jesteśmy w stanie pojąć istotę artyzmu i być artystą.




W definicji artysty użyłaś słowa „odrębność”. Rozumiemy ją jako „indywidualizm, niezależność, osobowość, styl, nieprzeciętność”. Oczywiście – posiadasz te cechy (w pewnym sensie poeci to także „liczby nieparzyste”). Ale jednocześnie – kiedy chce się opisać Twoją działalność, słowo „odrębność” niekoniecznie jest właściwe. „Odrębność” to przecież także elitaryzm. Ogólnie uważa się, że zawód artysty pociąga za sobą konieczność izolowania się i „znoszenia samotnej twórczej męki”. Taki obraz zupełnie do Ciebie nie pasuje. Nie jesteś artystą-samotnikiem. Wprost przeciwnie, jesteś animatorką kultury. Poetką, felietonistką, redaktorką pisma artystyczno-literackiego. Wyszukujesz artystów, prowadzisz z nimi rozmowy, uczestniczysz w wernisażach (czasem wirtualnie), udostępniasz twórczość innych osób. Wielu artystów zamyka się w swojej „odrębności”, a Ty przeciwnie. I nie mam na myśli wyłącznie kontaktów interpersonalnych, ale także samą twórczość i inspirację. U Ciebie widać, że potrzebujesz kontaktów z innymi artystami. Powiedziałaś kiedyś, że artyści muszą się w sobie wzajemnie przeglądać…

Nie jestem animatorką kultury. Ktoś tak kiedyś o mnie napisał, ale nie czuję tego w taki sposób. Możliwe, że patrząc na moje działania z zewnątrz, których spora liczba rzeczywiście dotyczy różnego rodzaju akcji związanych ze sztuką, można je tak właśnie spostrzegać – jako rodzaj animacji kultury, natomiast ja sama się nie utożsamiam z grupą ludzi zajmujących animacją kultury w sposób profesjonalny, pracujący zawodowo w domach kultury, w fundacjach i wykonujących w z związku z tym wszystkie te czynności w określonych z góry ramach, w zgodzie z zatwierdzonym planem. Czuję pewną odrębność, wolność. I w tym określeniu miejmy jasność.

Znoszenia samotnej twórczej męki – myślę, że to stereotyp. Przyjaźnię się z artystami i żaden z nich nie tworzy w męce. To nieporozumienie. Możliwe, że to jakiś żart, który wpasował się w sposób myślenia wielu osób. Mówię o emocjach, przyjemności i satysfakcji, nie czuję męki. Gwarantuję ci, że moi bliscy, którzy tworzą, znajdują wiele określeń, by nazwać emocje, od których rozpoczyna się proces twórczy, ale nie ma tam odrobiny męki. Możliwe, że ktoś cierpi na ból pleców czy łokcia, wtedy to owszem, może być męka w czasie tworzenia, ale wynika z innej przyczyny, fizycznego bólu. Poza tym samotność to przywilej. I właśnie, Olu, jestem samotnikiem, nie wiem, skąd to przekonanie, że potrzebuję kontaktów z ludźmi. Żeby się w sobie przeglądać, nie muszę mieć człowieka-artysty naprzeciwko siebie, wystarczy mi jego obraz, rzeźba, praca i to miałam na myśli, mówiąc o wzajemności. Nie potrzebuję rozmów, by być z kimś blisko, wystarczą listy i świadomość, że osoba, która mnie inspiruje, myśli podobnie. Coraz częściej czuję, że towarzysko nie mam nic do powiedzenia. Pisanie bloga, gdzie ludzie zostawiają w komentarzach swoje spostrzeżenia stanowi inny rodzaj komunikacji. Nie jest bezpośredni i to mi właściwie odpowiada. Kontakt jest pisemny, a rzeczywisty raz na jakiś czas; to i tak dla mnie ogromny wysiłek, chociaż ogromna przyjemność, a wysiłek wynika z tremy. Uwielbiam milczeć. Od trzynastu lat nie mam w domu telewizora. Często siedzę w ciszy, czytam, pracuję i moja rodzina również. I z podobnymi ludźmi utrzymuję kontakt. Formuły, konstrukcje do których przywykli odbiorcy… Czy to jest rzeczywiście istotne? Cały ten szum, spotkania, nawiązywanie kontaktów, aktywność – to przestało mnie interesować. I nie patrz na mój wall na Facebooku, tam sobie tylko gromadzę inspiracje i obserwuję ludzi. Kiedyś bardzo mi zależało, by przynależeć do jakieś grupy, zależało mi na akceptacji, pragnęłam być blisko, bo chciałam zrozumieć fenomen tego, co robią inni, trochę im poprzeszkadzać, wzbudzić twórczy ferment. Niestety odbiłam się od muru, który był dla mnie nie do przebicia. Z czasem zrozumiałam, że dzieli nas poczucie estetyki, społeczne potrzeby i zainteresowania. Pojęłam, że moja wyobraźnia i głód poznawania jest czymś zupełnie innym i w aspekcie formalnym odsunęłam się od nich świadomie i bez żalu. Konieczność izolowania? Wynikła sama z siebie. A jednak nie, to nie jest konieczność. W ogólnym rozrachunku powinnam być wdzięczna osobom, które miały na to wpływ, bo właśnie dzięki ich postawom odrzuciłam cały ten przemysł kulturowy, z którego nic nie wynika, a najczęściej tylko jakiś zafałszowany obraz sukcesu. Mnie zależy na czytelnikach, bliskich i przyjaciołach (chociaż w moim przypadku bliscy i przyjaciele to ci sami ludzie). Dlatego skoncentrowałam się na blogu i „sZAFie”. A udostępnianie twórczości... kim bym była, gdybym chowała piękno w szufladach?




Dobrze, zostawmy zbyt duże słowa. Faktycznie, nie mówimy o festiwalach i imprezach ogólnokrajowych, mówimy o zachęcaniu ludzi do twórczego wysiłku, do współpracy przy tworzeniu „sZAFy”, o udostępnianiu twórczości poetów, malarzy, grafików. Nie musisz bywać na spotkaniach, by mieć wpływ na ludzi. Nie nazywajmy tego „animacją”, niech to będzie „otwarta postawa” i „inspiracja”.
Celowo zapytałam o „konieczność znoszenia samotnej twórczej męki” – i był to już w założeniu najoczywistszy stereotyp! Nasza rozmowa jest najlepszym przykładem – jak trudną materią jest słowo i jak precyzyjnie trzeba go używać, żeby nie zostać zrozumianym opacznie. Słowo jest narzędziem i materiałem poety. Musi jednocześnie wyrazić jego nastrój i myśl (świat wewnętrzny), a jednocześnie musi odzwierciedlić świat zewnętrzny. Jak wygląda u Ciebie ten proces? W jaki sposób „mieszasz farby” -  jak szukasz słów, by wypowiedzieć to, co konieczne? Czy jest to proces świadomy?

Tak. Z otwartą postawą i inspiracją mogę się zgodzić. Jeżeli zaś chodzi o pisanie, musimy umieć wniknąć w istotę narzędzia, którego używamy, czyli język – rozumieć związki gramatyczne, stylistyczne, interpunkcję. Ponadto bez znajomości teorii, czytania klasyków i rozsądnego podejścia do samej struktury słowa, pisanie to tylko zabawa, z której nie wynika nic znaczącego. Nie napiszesz kompozycji muzycznej bez znajomości nut ani czystej formy, nie mając pewnych umiejętności, wiedzy i talentu. Temat pisania nigdy nie zostanie wyczerpany, bo o to spierają się teoretycy i badacze. O sobie mogę jedynie napisać, że poezja zawsze była dla mnie kłopotliwa. To wciąż tylko próby odejścia od wyuczonych form. Obalanie dialektycznych koncepcji, do których wszyscy przywykli i ciągłe poznawanie siebie. Ponieważ według mnie poezja nic nie musi. Dla mnie to obszar wielu zainteresowań i obsesji. Oczywiście nie twierdzę, że każdy tak ma. Moje zdolności poznawcze, emocjonalność, napięcie… Ciągłe pytania i odpowiedzi, funkcjonowanie tu i teraz, poszukiwania i korzystanie z ponadczasowych mądrości klasyków… Potrafię pisać na zamówienie, ale to jest właśnie rzemiosło, o którym wspomniałam na początku w cytacie z Collingwooda. Poezja to jednak nie to samo, co felietony czy eseje o sztuce. Poezja nadchodzi i nie znika, układa się w głowie i czasami akceptuję w sobie ten wybór. Wtedy utrwalam w słowie mój sposób ekspresji, który bywa hermetyczny. Ale dzięki temu pozostaję w zgodzie ze sobą. W obszarze, w którym się poruszam. To suma mojej wrażliwości, inteligencji i zainteresowań. Jeżeli chodzi o barwność… Popatrz na ludzi i powiedz, jacy cię interesują. Jaka jest ich siła przyciągania? Z kim chciałabyś się zmierzyć, poznać jego smak? Słowa służą do określonego celu, a jaki będzie lub jest cel? Na to składa się tak wiele. Bez świadomości, kim jestem, czym jest dla mnie świat, historia jako kolebka życia, nie angażowałabym się w wiersze. To mój eksperyment i pewnie dopiero się okaże, gdzie mnie zaprowadzi. Lubię wzbudzać w ludziach napięcie. Tak, to lubię, ten rodzaj emocji wciąż mi towarzyszy w wierszach. Cała reszta, to krajobrazy, przyciąganie ziemskie i świadome używanie słowa.

Gnębię Cię trochę i przepytuję, chociaż wiem, jak trudno zdefiniować pewne pojęcia. A wiem to nie od kogo innego, tylko od Ciebie. Z wiersza O definicjach z Liczb nieparzystych (w którym docierasz do istoty miłości przez zanegowanie pewnych sposobów wyrażania miłości, symboli i stereotypów, które bywają mylone z miłością, ale nią nie są). Albo wiersz Skórki z pomarańczy, również z Liczb nieparzystych – utwór, który powstał z tego, co uwiera. Z zaskakujących zestawień: eksplozje i fajerwerki, trzęsienie ziemi, powitanie Nowego Roku i poród… To skrajne doświadczenia człowieka, a jednak dociera do nas, że w stanie największej radości czy strachu nasze reakcje, obserwowane z boku, mogą wyglądać bardzo podobnie… A najlepiej będzie, jeśli przyjrzymy się Przemianie z tomiku Mullaghmore – ponieważ ten wiersz idealnie ilustruje to, o czym mówimy. Oddaje niepokój artysty, który zastanawia się jak wyrazić świat i człowieka, który zdolny jest do stworzenia czegoś tak niewyobrażalnie niebezpiecznego jak bomba atomowa, a jednocześnie  tak trywialnego (oraz budzącego zgoła inne wrażenia) jak pończochy ze szwem…  Jak opowiedzieć wrzesień gęstym pędzlem - skoro wrzesień to tak wiele doznań (m.in. kolorów, smaków, zapachów)? Przecież w tym wierszu właśnie o tym jest mowa; próbujesz pokazać jak trudną materią jest słowo i jak świat wymyka się definicjom… A emocje i napięcia? Czy możesz wskazać utwór ważny dla Ciebie, który najlepiej zilustruje Twój „eksperyment”, Twoje emocje?
Czytasz wiersz i sama go analizujesz, nie jestem Ci potrzebna do odpowiedzi na pytania, one są w tobie.
Jakiś czas temu poznałam przez bloga siostrę Judytę. Była misjonarką i wróciła z Kamerunu do Polski z powodu choroby. Rozmawiałyśmy poza blogiem. O życiu, chorobach i literaturze. W którymś momencie zamilkła i napisałam wiadomość zawierającą pytanie, co u niej. Odpisała krótko: napisz dla mnie wiersz. Jeszcze wtedy nie czułam, że jest bardzo źle i jesteśmy na końcu jej drogi, ale wiedziałam, że nie mogę czekać. Miałam jakiś tam tekst w zanadrzu, uznałam, że odleżał swój czas i nadaje się dla siostry zakonnej. Wysłałam i czekałam. Odpowiedź nie nadchodziła, więc pomyślałam, że nie był wystarczająco dobry, analizowałam milczenie, wymyślając hipotetyczne przyczyny. Jednak nie napisałam tego wiersza dla Judyty. Leżał i czekał, aż uznam, że jest gotowy. Nagły przypływ emocji spowodował, że napisałam inny wiersz – O przechodzeniu – który otwiera się tak: „Wiersz dla Judyty nie był o Judycie”. Siostra już wtedy umierała. W trakcie trudnej chemii tekst przyniósł jej ulgę. Nie wkleję tu całego listu, bo tajemnica korespondencji jest dla mnie ważna, jednak w ostatniej wiadomości napisała: „Kochana, pisz, bo Twoje wiersze są... nie wiem, jak to nazwać, bo żadna ze mnie specjalistka od poezji... one są prawdziwe!”. Odeszła w ciszy. Judyta nadal jest w tych dwóch wierszach, jest ważną częścią tomu Mullaghmore. Święta podróżniczka z Kamerunu, która patrzy na mnie każdego dnia. Zresztą wiersze związane z ludźmi w jakieś części przynależą do nich, wzruszają mnie i są obrazami stanów emocjonalnych towarzyszących zwykłym okolicznościom, pochodzą z rozmów, ze strachu, pobudzenia, z poznawania i nazywania myśli. Każdy pełni jakąś funkcję, ale wybacz, że nie będę ich analizowała.




Oczywiście, że nie, ale dobrze, że je wspomniałaś. Wiersz O przechodzeniu jest niezwykły… To hołd i świadectwo jej misji. Wywiera szczególne wrażenie, zwłaszcza jeżeli odbiorca miał styczność z adresatką lub czytywał jej blog… Ale Judyta nie jest jedyną adresatką Twoich utworów, bo lubisz zwracać się bezpośrednio do konkretnych osób, a cały tomik zadedykowałaś artystce i przyjaciółce Basi Trzybulskiej. To właśnie adresatkę tomiku miałam na myśli, gdy mówiłam, że artyści potrzebują siebie, żeby się swojej sztuce wzajemnie przyglądać, również po to, by się w niej przeglądać…

Hołd to zbyt podniosłe słowo, Judyta była skromną zakonnicą. Świadczyła o tym jej praca i wybór drogi misyjnej. Podziwiałam w niej oddanie dzieciom, skromność i pogodzenie z losem. Służebność jest czymś w rodzaju namaszczenia i tak o niej myślę, o mojej świętej, którą spotkałam u schyłku jej życia.

Baśka zaczęła czytać moje wiersze i nadała im głębszy sens poprzez tworzenie prac z motywami z tekstów. Kiedy ją spotkałam, doznałam pewnego oczarowania. Bliskość przyrody, odrębność, sposób, w jaki traktuje literaturę, szacunek do tego, czym się zajmuje, i podobna nieugiętość jeżeli chodzi o pojmowanie sztuki. Dzielimy się własnymi obsesjami, które są podłożem tworzenia. Przedmioty, które wykonała, wiszą i stoją u mnie w domu – przypisane różnym zmysłom. Ona lepi w glinie, ja w słowach. Przekształcamy nasze prace i udzielamy sobie wskazówek. Nie robimy tego jakoś specjalnie, na siłę. Często wynika to jedynie z rozmów, cytatów, które nas zatrzymują, czy z podobnych wartości, na których się w danej chwili skupiamy. Nie wiem kto jaką miarą obejmuje intensywność poznawania i uznaje za ważną w swojej twórczej pracy, dla mnie liczy się piękno wydobyte z natury. To nas łączy i zwyczajnie przypomina o skłonnościach do alienacji. Ludzie w różny sposób okazują sobie uczucia, to, że są dla siebie istotni. Sprawiają, że zatrzymujemy się w ich świecie i widzimy podobnie, chociaż patrzymy w jeden punkt z różnych perspektyw. Nie musimy wypowiadać wielu słów, wiemy, że jesteśmy dla siebie ważne. Basia jest powściągliwa, zafascynowana ziemią i naturą, co nazwałam naturalnym konserwatyzmem. Jej silne przywiązanie do gliny i tego, co robi, niezwykle mi imponuje. Dzięki niej dokładniej przyglądam się wyspie i odgłosom dobiegającym z oceanu. Nasiąknęłyśmy wrażeniami, stąd Mullaghmore jest właśnie jej książką. Mimo że w Liczbach nieparzystych znajduje się Basi ulubiony wiersz Podróżowanie w przestrzeni. Nie działamy wbrew sobie, ale znamy znaczenie słów i obie wiemy, czym wypełniamy nasze domy. Przyjaźń opieramy na solidnych fundamentach, układamy na nich domy, wypełniamy zdolnościami, ciekawością, biologicznymi mechanizmami. Rejestrujmy najróżniejsze czynniki, które mają na nas wpływ. Innych ludzi, ich twórczość. Nie jesteśmy zamknięte na siebie, stąd w książce inne dedykacje i elementy układanki.




Doskonale, że użyłaś tego określenia, ponieważ Twoje wiersze stanowią w pewnym sensie elementy większej układanki. Kolejne tomiki niekoniecznie są zamkniętymi, odrębnymi całościami, istnieje cała sieć powiązań. To nie tylko elementy krajobrazu (zupełnie naturalne, ale nigdy nie służące wyłącznie do dekoracji). Elementami wiążącymi muszą być osoby, z którymi czasem prowadzisz swego rodzaju dyskurs, a wreszcie  odwołania do lektur. Najbardziej rzucające się w oczy odniesienie prowadzi do Ingeborg Bachmann i jej książki Malina. Wiersz o Judycie – podarowany Judycie – nie mógł powstać jako hołd, to prawda. Ale tytuł Twojego pierwszego tomiku (Czekając na Malinę), później cytat w Liczbach nieparzystych – to już ewidentnie hołd dla austriackiej eseistki, pisarki i poetki. Nie pytam, czy to Twoja najważniejsza książka, raczej jedna w wielu ważnych (nie wierzę, że ktokolwiek potrafi wskazać tylko jedną). W Twoim przypadku to więcej niż inspiracja, to ten sam rodzaj wrażliwości i ekspresji – wyrażenie się za pomocą rwanych scen, gąszczu myśli i niedopowiedzeń. Zapytam raczej, w którym momencie Twojego życia pojawiła się Ingeborg (z jej Maliną, z trudną, rwaną, gęstą, a jednocześnie powściągliwą narracją)? Jak długo trwa ta fascynacja? Czy to właśnie ona skłoniła Cię do wypowiadania się w formie wiersza, czy raczej  Wasza znajomość zaczęła się zupełnie inaczej, wcześniej?

Hołd. Zwyczajnie czułam potrzebę utrwalania. Poza tym nie korzystam ze słów nieadekwatnych, zbyt pejoratywnie nacechowanych. Bywa, że niektórzy piszący przesadzają z emocjami, a efekt jest często powierzchowny i groteskowy. Tak się właśnie dzieje współcześnie, ludzie w Polsce dzielą się na atakujących i zwolenników – hołubią słowa, których znaczenia często nie pojmują, lub przesadnie eksponują zjawiska, nadając im istotnymi słowami coś, czego w nich nie ma. Naturalnie unikam trywializacji emocji, tego, co mnie przez lata przenika. Wartość niektórych słów została popsuta, bo przypisuje się im zbyt wiele. Tak łatwo przekroczyć granicę estetyki. Nie mam złudzeń, że dzisiaj sens wielu słów został wypaczony.

Nie wiem, kiedy poznałam Malinę, to było tak dawno, że trudno mi dzisiaj wskazać odpowiedni czas. Możliwe, że Malina zawsze żyła we mnie, już od najmłodszych lat, dopiero lektura Bachmann spowodowała, że nazwałam ten męski pierwiastek i wykorzystałam w wierszach. Książkę dostałam od przyjaciółki. Czytałam i czułam się jak w surrealnym świecie. To był czas nieobecności, więc treść książki idealnie układała się w głowie, a emocje trawiły i trawiły, by utrwalić, co miały utrwalić. Wciąż wracam do Bachmann, ale również do Celana, do ich listów. Trudno, by z tej obsesji nic nie odbiło się w wierszach. Fascynacja wciąż trwa, a co mnie skłoniło do takiej formy wypowiedzi? Nie wiem. Umysł pobudza do różnych zajęć, czasami pozwalam mu zwyczajnie się ukonkretnić w postaci wierszy. Mocno przeżywam zachodzące zmiany. Mam bardzo bogate życie. Nie nudzę się z sobą, wykorzystuję intuicję, wyobraźnię, wiedzę. Ta interaktywność trwa i wciąż domaga się nowych bodźców. Tworzę figury retoryczne, bo one urozmaicają wydźwięk tego, co chcę zapisać. Aparat zmysłów to dla mnie wciąż coś niepojętego, ale korzystam z tego dobrodziejstwa, bo dlaczego nie?

Ale dlaczego w takim razie przemodelowałaś tytuł pierwszego tomiku (z Malina już tutaj nie mieszka na Czekając na Malinę)? Zmienił zupełnie sens. Pierwszy odpowiadał temu, co towarzyszyło temu momentowi Twojego życia, gdy je diametralnie zmieniałaś. Przeprowadzka na wyspę. Publikacja pierwszego tomiku. Wielka zmiana. Poprzedni tytuł szyfrował wszystko, łącznie z lękiem i niepewnością, domykaniem pewnych spraw…

Nie zmieniłam tytułu, od zawsze był Czekając na Malinę. Malina już tutaj nie mieszka – to tytuł posłowia, który jest na końcu książki.




Niedawno ukazał się kolejny tomik Twoich wierszy – Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu, zadedykowany Kasi Tchórz. Na okładce – jej obraz. To kolejna ważna osoba w Twoim życiu – przyjaciółka, ale także bliska Ci artystka, z którą wiele Cię łączy. Nie może jej zabraknąć w Twoim autoportrecie. Co Was zbliżyło z Kasią Tchórz? Jak zrodził się pomysł projektu Przedzieranie?

Kasię poznałam przez Jacka Witczyńskiego, który założył wirtualną galerię Artpub. Sprowokował mnie i Kasię do stworzenia wspólnej wystawy. Głównym tematem był Nosorożec, ale również inne motywy. Prezentację można obejrzeć i poczytać o niej na stronie Artpubu. Mamy z Kasią mnóstwo wspólnych tematów, zainteresowań i pasji, nasza znajomość trwa. I – jak napisałam wcześniej – dedykacją bliskiej osobie okazuję, że jest dla mnie ważna. Marzę, by wydać album z pracami przyjaciół i z wierszami, ale w obecnych okolicznościach wydawniczych nie jest to takie łatwe. Wydaje mi się, że poeta, bez artystycznych przyjaźni odrobinę się dusi i nie dostrzega powidoków, które towarzyszą artystom wizualnym. Bez procesu poznawczego trudno jest zauważyć pragnienia i te wartości, które skłaniają nas do działania. Powiązania, role, które w sobie kształtujemy, motywy, to składnia tego, kim jesteśmy. Zbliżamy się do ludzi podobnych, stąd to przeglądanie i przyglądanie się. Dostarczamy sobie odpowiednich uwag, korygujemy się wzajemnie, recenzujemy, taki proces ewolucyjny twórczości. To bardzo przydatne, gdy człowiek wciąż się rozwija i szuka.

Dzisiaj Nosorożec jest już symbolem, jednym z Twoich (Waszych?) znaków rozpoznawczych. Kto wymyślił Nosorożca?

Jest jednym z najdłużej żyjących ssaków na ziemi, więc nie ja. (Śmiech) Ale możliwe, że współcześnie ludzie przyczynią się do zagłady tego gatunku. Przez wiarę w zabobony i chciwość. Wielu artystów uosabia nosorożce. Polecam czytelnikom film Czas nosorożca z Monicą Bellucci, to poetycki i niezwykły obraz wyalienowanych, zagrożonych wrażliwców. Jak łatwo o śmierć delikatnego stworzenia. Myślę, że masowe mordowanie zwierząt, które są pod ochroną, doprowadzi rasę ludzką do wyginięcia chwilę po nosorożcach. Możliwe, że trochę to potrwa, ale w przyrodzie nic nie uchodzi bezkarnie. Obserwuję, jak zmienia się klimat. Wycinając lasy i puszcze, powodujemy, że tlenu jest coraz mniej. W innym miejscu wypalanie lasów tropikalnych przez producentów oleju palmowego prowadzi do globalnej ekologicznej katastrofy. Wydobywanie węgla kamiennego i przemysł, produkcja gazów ciężkich i pyłów. Topiący się lodowiec. Uważni obserwują, co się dzieje, a przywódcy państw przerzucają odpowiedzialność jeden na drugiego. Próby jądrowe w oceanach, zanieczyszczanie wód, śmierć rafy koralowej, rytualne mordowanie grindwali, mam wymieniać dalej? Trujemy, co się da i ile tylko można. To nam naprawdę nie ujdzie na sucho. Przejmuję się tym i często wspominam w wierszach o współuczestnictwie ludzi w zagładzie świata. Jeżeli nie dojdzie do globalnego zainteresowania ekologią, Ziemia umrze i tyle będzie z naszej sztuki, literatury i muzyki.   




Gdy myślę o Tobie i Twojej twórczości, stale w tyle głowy kołacze mi się tytuł książki Czesława Miłosza – Życie na wyspach. Poeci, zdaniem Miłosza, żyją na metaforycznych wyspach. Wyspa chroni, ale też izoluje, można tę metaforę rozumieć odpowiednio wieloznacznie. Jesteś poetką, która wpasowała się w ten obraz nie tylko metaforycznie, ale także dosłownie. Zadomowiłaś się w Irlandii, w jej kulturze i krajobrazach. Nie jest to rodzaj płytkiego zachłyśnięcia się nowym miejscem, u Ciebie nie znajdzie się nic tak płaskiego. Krajobrazy Irlandii raczej tylko rozszerzyły Twoją „paletę barw”. Znalazłaś w nich idealne odniesienia, ilustrację dla własnej wrażliwości, emocji i rodzaju ekspresji. Huczące fale, surowe klify, „osadzony krajobraz”, który „opada w morze” – świetnie obrazują to, co Cię dręczy, do czego stale wracasz.

Zapytałam o Nosorożca (wiem, to było dyletanckie pytanie), ale w ten sposób dotarłyśmy do istoty Twojej twórczości. Bo szeroko odbija się w niej lęk przed tym, co nam niesie przyszłość. Zwracasz uwagę, że człowiek nie potrafi wyciągnąć wniosków z ostrzeżeń, potykasz się „o coś wystającego. Wyszczerbione drzwi, pogięte balustrady, dymiące kominy”. Załóżmy, że wspinaczka górska może być symbolem walki człowieka, który ma jeszcze ideały, symbolem jego pracy nad sobą… W Twoich oczach ludzie już nie chcą podejmować tego wysiłku. Nawet już nie chodzą po płaskim, wybierają drogę najłatwiejszą, by mieć z górki. I nie widzą zagrożenia, ponieważ „wydaje się, że kiedy jest stromo, łatwiej dobiec. Wprost do oceanu”.

Dla równowagi – piszesz również wiersze, w których znajdziemy przestrzeń dla wytchnienia. Uciekasz do Mullaghmore – miejsca szczególnego, nieskażonego cywilizacją, niepodłączonego do sieci; miejsca rzeczywistego, a jednocześnie (jak się wydaje czytelnikowi) oddzielonego od przeszłości jakąś zaledwie półprzezroczystą kurtyną; miejsca, w którym chyba najłatwiej jest „przekroczyć barierę rzeczywistości”. Jak odkryłaś Mullaghmore i czym ono dla Ciebie jest?

Wybierałam się „do Yeatsa”. Zerknęłam na mapę i wynotowałam lokalizacje, które miały dla niego znaczenie. Okazało się, że hrabstwo Sligo jest świetnie przygotowane turystycznie i proponuje trasę, która ma specjalne oznaczenie i prowadzi w różne zakątki związane z twórcą. Mnie jednak bardziej zależało na zobaczeniu czegoś, co jest poza trasą turystyczną, Bo już tak mam, że zawsze schodzę z tras dla mas. Przeczytałam w jednej z książek o Irlandii, że w zatoce Mullaghmore członkowie IRA w terrorystycznym zamachu zamordowali księcia Mountbattena. Interesują mnie wpływy kolonistów w Irlandii, stąd chęć, by pojechać w owe miejsca i odtworzyć w głowie, jak to mogło wyglądać. I kiedy tam dotarłam, zapomniałam o rodzinie królewskiej. Zobaczyłam przestrzeń, która mną zawładnęła. Klify, falujący ocean, cisza, pustkowie. Piękne kwiaty, torf, góry. Położyłam się na trawie i tam umarłam. Kiedy otworzyłam oczy ponowie, wiedziałam, że będę wracać na półwysep. Tam będę oddychała najpełniej. Nie można żyć w Irlandii, nie zgłębiając jej historii. Jak się kogoś lub coś kocha, to chce się jak najwięcej wiedzieć, tak zwyczajnie – o miejscu, ludziach, pokoleniach, kamieniach, roślinach, zwierzętach. Każdy zakątek, rzeka, jezioro, wodospad nabierają znaczenia. Precyzyjne wycinanie słów, by zgodnie z pulsowaniem oceanu przenosiły się w oczach i w wyobraźni. Obrazy stąd, zapach wiatru i ziemi. Oczywiście obrazy bywają różnie odbierane, ale to już jest rola czytelnika, nie moja. Wiem, co zaszczepiłam w wierszach i tyle. Co z mojej wyspy wysp kiełkuje w słowach? Każdy z emigrantów żyje inaczej. Skłanianie się do podjęcia jakiegoś wysiłku jest czymś więcej niż tylko rozmową z rodakami. Ale już dawno zrozumiałam, że jestem odpowiedzialna jedynie za siebie i moją rodzinę. Głośne wieczorne czytanie książek, rozmowy, angażowanie się w życie. Poznawanie, obserwowanie i uczestniczenie. Nie da się w jednej rozmowie tak głęboko wyjaśnić każdego pragnienia, które zmieniło się w obsesję. Głód tych ludzi, kiedy zaraza ziemniaczana strawiła pola. Odradzanie się tego, co koloniści przez lata próbowali w agresywny sposób wyplenić. Identyfikuję się z tym życiem. Dramatycznym, ale również pięknym, oświeconym i walecznym. Tutaj właściwie nie muszę szukać bodźców, one przeradzają się w emocje. Praktycznie w każdym miejscu jest jakiś pozostawiony ponad sto siedemdziesiąt lat temu dom lub cała osada. Znaków jest tak wiele… Z nimi odczuwam historie, opowieści i konkretne zdarzenia. Niektóre budzą we mnie smutek. Mimo piękna, jakie roztacza się dookoła. Staję i przerzucam w głowie slajdy. Wypowiadam bezgłośnie modlitwy matek. Wracam do domu i zapisuję brzmienie słów. I nie wiem, co jest istotą mojej twórczości - bezbronność ludzi, którzy mieszkali i zostali zamordowani przez kolonistów czy pochłonięci przez ocean rybacy? Chmary ptaków czy ludzkie ciała unoszące się na wodzie? Nie wiem, czy groza tych miejsc wpłynęła na mnie wystarczająco głęboko, bym potrafiła napisać o istocie, czyli o życiu, które mam tu i teraz. Swoboda wobec piękna, którą przyswoiłam na wyspie, oderwała mnie w jakimś stopniu od konsumpcjonizmu. Jestem zwrócona ku sobie. Czuję się wolna.


Wszystkie fotografie autorstwa Małgorzaty Południak






[1] Noël Carroll, Filozofia sztuki masowej, przełożył Mirosław Przylipiak, str. 66, 65 przypis  do cytatu z książki – R.G. Collingwooda The Principles of Art,Oxford 1969. Książka ta po raz pierwszy ukazała się w 1938 roku nakładem wydawnictwa Clarendon Press.