sobota, 28 stycznia 2017

TEORIA (bez)WZGLĘDNOŚCI – pierwsza książka o niezwykłej żonie Alberta Einsteina






Książka amerykańskiej powieściopisarki Marii Benedict nie tylko skłania do zrewidowania dobrze ugruntowanych poglądów, ale także uzmysławia ile prawdy mieści się w porzekadle głoszącym, że za każdym sukcesem wielkiego mężczyzny stoi wyjątkowa, mądra kobieta. Autorka przybliża portret Milevy Marić Einstein, niezwykłej, ale wciąż mało znanej kobiety, a przy okazji ukazuje kulisy sukcesu największej naukowej ikony XX wieku.

Gwiazda geniusza świeci tak pewnym blaskiem, a my jesteśmy tak przywiązani do jego mitu, że z trudem przychodzi uwierzyć w to, że ktoś, kto był autorytetem i potęgą w świecie nauki – mógł okazać się pozbawionym skrupułów egoistą w życiu prywatnym. Istnieją jednak dowody, że znaliśmy do tej pory jedynie skrzywiony (wyidealizowany) obraz naukowca. Już w latach osiemdziesiątych pojawiły się pogłoski na temat wkładu Milevy Marić Einstein w sukces jej męża: Evan Walker Harris w piśmie Physics Today, powołując się na korespondencję Einsteina - zasugerował, iż jego pierwsza żona była współautorem Szczególnej Teorii Względności1. Od jakiegoś czasu dokumenty, prywatne notatki i listy Einsteina są sukcesywnie odtajniane2. Dzisiaj naukowcy już nie podważają udziału Milevy, dyskusje i spekulacje dotyczą jedynie zakresu jej współpracy. Świat jeszcze jednak wciąż mówi o niej zbyt słabym głosem, by jej gwiazda mogła należycie rozbłysnąć. Być może za sprawą Marii Benedict i jej książki – losy żony Einsteina przestaną być łamigłówką wyłącznie dla wąskiego kręgu naukowców i staną się powszechnie znane. Lektura z pewnością skłania do dalszych poszukiwań. A kiedy czytelnik pozna pewne fakty - jego świat z pewnością nieco się zmieni. Może nawet wyda mu się, że dozna zakrzywienia dobrze znanej czasoprzestrzeni…

„Jakże szczęśliwym i dumnym będę, gdy doprowadzimy naszą wspólną pracę nad ruchem względnym do zwycięskiej konkluzji” – pisze Einstein w 1901 roku, w jednym z listów do Marić. W 1905 roku Mileva wyznaje swemu ojcu: „Przed wyjazdem ukończyliśmy ważną pracę naukową, która przyniesie mojemu mężowi sławę”3. Dlaczego, w takim razie, jej nazwisko nigdy nie pojawiło się w druku? Dlaczego świat miał się nigdy nie dowiedzieć o jej zasługach? Jak naprawdę wyglądało życie rodzinne Einsteinów? To pytania, które Marie Benedict stara się rozwikłać w swojej książce.

Wypada uprzedzić, że „Pani Einstein” jest typową książką, którą zaliczamy do tzw. nurtu kobiecego, z wszystkimi tego konsekwencjami. Powieść nie aspiruje w najmniejszym stopniu do roli naukowego opracowania, autorka nigdy nie zgłaszała takowych intencji. Można ją potraktować jako romans z niezwykle ciekawym tłem, albo hołd dla nieprzeciętnej kobiety uwięzionej w świecie konwenansów. Trzeba przyznać, że autorka wykreowała bohaterkę, którą łatwo się utożsamić, a przede wszystkim - wzbudzającą zaufanie. Benedict zaproponowała własną interpretację historii małżeństwa Einsteinów skonstruowaną na zasadzie połączenia niepodważalnych faktów z literacką fikcją. I trzeba przyznać, że jej wersja nawet w momentach, które wymagały sporej inwencji twórczej (nawet konfabulacji) - jest spójna, logiczna i jeśli nawet ubarwiona, to w dużym stopniu prawdopodobna. Książka nie miała być pełną biografią Milevy Marić. Benedict skupiła się na okresie obejmującym znajomość i przyjaźń, a później szesnastoletni związek Einsteinów.

Mileva i Albert Einsteinowie, rok 1903 [źródło]


Niepodważalne fakty? Albert i Mileva rozpoczęli studia na politechnice w Zurychu w roku 1896. Ich znajomość szybko przerodziła się w romans. Albert ukończył studia rok wcześniej, a Mileva, z nieznanych przyczyn, nigdy nie zdobyła dyplomu. Pobrali się w 1903 roku, rok później urodził się ich pierwszy syn. W latach osiemdziesiątych ujawniono, że rok przed zawarciem małżeństwa – na świat przyszła ich nieślubna córka. Liczne fragmenty listów potwierdzają, że Mileva potrafiła pogodzić rolę matki (miała dwóch synów, losy córki są nieznane) z pracą naukową i nie tylko wspierała Alberta, ale ciężko pracowała razem z nim. Oczywiście do momentu, gdy mąż jej od tej pracy nie odsunął. W 1905 roku Albert opublikował pięć artykułów, które wstrząsnęły podstawami fizyki. Po przeprowadzeniu szeregu prób, doświadczeń i testów – teoria względności Einsteina została powszechnie uznana za intelektualny tryumf nauki XX wieku. Długo ukrywany wkład Milevy w jej powstanie jest dziś przedmiotem badań. Jej udział jest pewny, chociaż jej nazwisko nigdy nie znalazło się w oficjalnej publikacji. I tu rodzą się spekulacje. Nie wiadomo, czy była to decyzja wspólna, czy raczej Mileva nie chciała  zaszkodzić karierze męża (z powodu uprzedzeń wobec kobiet lub braku jej dyplomu). Nie zmienia to faktu, że kiedy Albert osiągnął międzynarodową sławę i nic już nie zagrażało jego pozycji – nigdy się nie zająknął na temat jej wkładu i pomocy. Zaczął raczej sugerować, że się wstydzi swej żony, a ożenił się z litości. Istnieją dowody, że z czasem traktował ją coraz gorzej – zdradzał, upokarzał, nie stronił od rękoczynów. W końcu zmusił do rozstania. Mimo iż książka już o tym nie wspomina – stosunkowo łatwo jest dotrzeć do informacji na temat dalszych losów kobiety i tragicznego schyłku jej życia.

W jaki sposób Marie Benedict poradziła sobie z tym materiałem? Przede wszystkim umiejętnie oddała rozgoryczenie kobiety, która musiała bezustannie walczyć ze stereotypami i w końcu poniosła klęskę niemal na wszystkich polach. Udało się jej także oddać charakter, wydawałoby się – pionierskiej epoki, w której teoretycznie zaczęto tolerować wykształcenie kobiet (Mileva była piątą studentką, którą spotkał przywilej wstąpienia na uczelnię w Zurychu), a w rzeczywistości wciąż je traktowano nieufnie – po trosze jako eksperyment i jako wybryk natury. Mileva musiała walczyć z wieloma uprzedzeniami, by udowodnić, że ma prawo do wykształcenia, które zresztą nie tylko byłoby ukoronowaniem jej pasji, ale także miało wynagrodzić wiele kompleksów. 

Ponieważ nie wszystkie fakty z życia Einsteinów są należycie rozświetlone – dość liczne fragmenty stanowią subiektywną (trzeba przyznać: prawdopodobną i logiczną) interpretację autorki. Benedict usprawiedliwia brak dyplomu nieplanowaną (i oczywiście skandaliczną) ciążą Milevy, a zastanawiający brak informacji o losach nieślubnej córki jest wytłumaczony rychłą śmiercią dziecka. Najśmielej (i najbardziej ryzykownie) autorka postąpiła z motywem dotyczącym udziału Milevy w powstaniu i opracowaniu Teorii Względności. Autorka wprowadziła najbardziej rewolucyjną z hipotez zakładającą, że żona Einsteina jest jej pomysłodawczynią. Nie jest to wersja całkowicie niemożliwa. Jednak w tym świetle zarzuty wobec jej męża wyglądałyby, zgoła, inaczej. Nie byłby wówczas posądzany o egoizm i zazdrość, ale o ograbienie żony z należytej spuścizny. Czy jesteśmy gotowi na taką wersję? Możemy mieć tylko nadzieję, że w przyszłości pojawią się dowody, które ponad wszelką wątpliwość ustalą rzeczywisty wkład Milevy w sukces jej męża i w rozwój nauki. 

Benedict sięgnęła po nadzwyczajny, w zasadzie - sensacyjny temat i uznanie się jej należy już za to, że skutecznie zwróciła uwagę na zasługi niezwykłej kobiety, skrzywdzonej najpierw przez ludzi, a później przez historię. Imponujący jest sam pomysł, by wydobywać z zapomnienia kobiety, ukryte do tej pory w cieniu mężczyzn, tym bardziej, że „Pani Einstein” jest prawdopodobnie pierwszą książką z cyklu, ponieważ autorka już pracuje nad powieścią, której bohaterem ma być Andrew Carnagie, a w zasadzie kobiety jego życia4.

I pozostaje jeszcze wspomnieć o nieco słabszej stronie książki, na co z pewnością zwróci uwagę bardziej wymagający czytelnik, który sięgając po opracowanie dotyczące życia uczonych - chciałby poczuć, że pozwolono mu spojrzeć przez uchylone drzwi (bodaj kuchenne) – do świata nauki i zobaczyć (chociaż w krótkim olśnieniu) piękno, które dostrzegała Mileva w prawidłach fizyki i w matematycznych wzorach. Chciałby wejść w jej fascynujący umysł. Czyż Albert nie zakochał się przede wszystkim w jej intelekcie? Niestety, o ile w drugiej części autorka nieco śmielej w usta swej bohaterki wkłada wypowiedzi o pewnych aspektach nauki (zwłaszcza okoliczności odkrycia Teorii Względności robią wrażenie), to na początku najzwyczajniej brakowało jej pewności siebie, przez co nie oddała istoty fascynacji Alberta i Milevy. Brakuje wymiany myśli na wykładach i błyskotliwych dyskusji w kawiarniach. Autorka wspomina o gorących dysputach naukowej bohemy, ale jedynie w skrótowej relacji, w zdawkowych uwagach i ogólnikach. Nie czujemy się do nich zaproszeni…

„Wszyscy trzej wrócili do dyskusji na temat istnienia atomów, która najwyraźniej zaczęła się, nim dołączyłyśmy do nich z Ružicą, a ja znów zamilkłam. Nie na długo jednak. Kiedy przerwali, ponownie miałam szansę wyrazić swoją opinię. Gdy stało się jasne, że nie chowam się w skorupę niczym żółw, pozostali czekali na moje opinie, także gdy przeszliśmy do rozmowy o europejskich eksperymentach, zwłaszcza o odkryciu promieniowania elektromagnetycznego przez Wilhelma Roentgena.”5



Za książkę dziękuję Wydawnictwu:




5.    „Pani Einstein”, Marie Benedict, Znak Horyzont, 2017, str. 80/81


23 komentarze:

  1. Trochę szkoda, że książka nie opiera się na faktach i autorka dodała do niej sporo fikcji. Dziwna sprawa z tą nieślubną córką. Może umarła, tak jak chce autorka, może została oddana na wieś na wychowanie, a jej losy dlatego są nieznane, bo rodzice starannie zatarli wszystkie ślady...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ książka jest oparta na faktach!!! Ponieważ jednak nie wszystko jest wyjaśnione, autorka musiała w pewnych sprawach zdecydować się na jedną z prawdopodobnych wersji. Rzeczywiście w sprawie córki domniemywa się, że została oddana do adopcji bądź zmarła na szkarlatynę, która przetoczyła się w tym czasie przez Europę. W powieści - autorka nie mogła przytoczyć obydwu hipotez.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie się marzy rzetelny dokument o Pani eM. A Pan Einstein, no cóż, cukiereczkiem to on nie był.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też na to liczę. Ale byłabym niesprawiedliwa dla Benedict, gdybym nie doceniła jej zaangażowania. Trzeba jej przyznać, że oparła książkę na faktach (kiedy zaczęłam szperać, okazało się, że w Internecie jest sporo wzmianek na temat naszej bohaterki), a miejsca, które stanowią lukę są wypełnione inwencją twórczą, ale na zasadzie połączenia intuicji i psychologicznej prawdy. Z pewnością autorka nieco podkolorowała, można dyskutować w kilku miejscach, ale ogólnie sprostała wyzwaniu.
      Einstein nie był cukiereczkiem, ale nie był chyba też potworem. Wydaje mi się raczej, że był typowym przedstawicielem swojej płci w konkretnej epoce. Świat należał przecież do mężczyzn. Historia jest pisana ich sukcesami, kobiety wcale się nie liczyły. Chyba tylko dla wyjątków, takich jak Piotr Curie. Einstein w zestawieniu z nim nie wypada ciekawie. Zresztą w tej powieści jest tylko tłem, nawet nie jest dwuwymiarowy. Teraz też czekam na jego biografię, w której ktoś pokaże prawdę - jego geniusz, ale też obnaży słabości i mizoginizm. Cieszę się jednak, że ta książka powstała.

      Usuń
    2. Olu! Bardzo cieszy Twoja recenzja, bo postać Alberta fascynuje mnie od dawna, a teraz dodatkowo opowieść o udziale jego żony!? Cymes! Wczytam się, oj wczytam! Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
    3. Jestem pewna, Haniu, że książka Ci się naprawdę spodoba. Nie wiem, czy polubisz Einsteina w nowej odsłonie... Pozdrawiam wzajemnie!

      Usuń
    4. Myślę, że nie ma na świecie idealnych ludzkich charakterów, szczególnie w kręgu naukowców, artystów. O Albercie słyszałam już to i owo... Kobiety lubią się poświęcać, a epoka w której Oni żyli, była dla szczególnie dla pani Einstein niekorzystna... Przekonam się :) Weekendowe serdeczności Olu!

      Usuń
    5. Coś jest, w tym, co piszesz. Kobiety są gotowe na wiele, by poświęcić się dla osoby, które ją kochają. Ten aspekt też jest pokazany w książce. Natomiast nie da się ukryć, że w wersji Benedict miał być tylko tłem dla Milevy. Jest jednowymiarowy. Trochę mi zabrakło tego, by pokazać, że nie był przecież potworem, tylko typowym przedstawicielem ówczesnego społeczeństwa. Cóż... Mam nadzieję, że nie był potworem. Wciąż sporo jego prywatnych dokumentów leży gdzieś w archiwach. Miejmy nadzieję, że kiedyś powstanie rzetelny naukowy dokument na temat małżeństwa Einsteinów. Niczego nie zarzucam książce Benedict. Chciałabym jednak wiedzieć do końca - jak było...

      Usuń
  4. Jestem strasznie ciekawa tej książki, uwielbiam historie o kobietach w tamtych czasach/1

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Atutem książki jest ukazanie panoramy epoki, więc książka powinna satysfacjonować także pod tym względem:)

      Usuń
  5. Czytałem kiedyś zbeletryzowaną biografię Klimta, ale jako, że niespecjalnie przypadła mi ona do gustu, to z dużą rezerwą podchodzą do podobnych pozycji. Chociaż książka, o której piszesz rzeczywiście sprawia wrażenie interesującej - takie luki czy niejasności w biografii to świetna okazja dla pisarza, by zaprezentować bogactwo swojej wyobraźni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię czasem sięgnąć po zbeletryzowane biografie, zwłaszcza zaczytywałam się nimi w przeszłości. Dzisiaj wolę biografie, za to beletrystyka trafia do szerszych kręgów. Masz rację, luki i pewne tajemnice można we własnej interpretacji dowolnie rozwinąć. Pod tym względem Benedict całkiem sprawnie sobie poradziła. Nic w zasadzie nie wiemy o Milevie, autorka wydobyła ją z niebytu na podstawie kilku pewnych faktów, a przedstawiła ją w sposób logiczny i stworzyła portret dosyć prawdopodobny pod względem psychologicznym.

      Usuń
  6. Ależ jestem ciekawa tej książki! Mam nadzieję, że prędzej czy później ją przeczytam, nawet mimo tego drobnego mankamentu, o którym wspominasz na końcu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie czekam na wrażenia, chętnie porównam:)

      Usuń
  7. A wiesz, że temat Milevy staję się coraz bardziej hmmmm... popularny? Nie wiem jak to ująć, ale oglądamy z mężem serial, raczej bzdurny, fantastyczny i komiksowy o superbohaterach i podróżach w czasie i w jednym odcinku mieli ratować genialnego naukowca, którego praca naukowa zmieniła świat, więc pomagali Einsteinowi uniknąć kłopotów, a tu ups... o Milevę się rozchodziło :D Więc Amerykanie zaczęli się o nią upominać :)
    A książkę chętnie przeczytałabym w wolnej chwili :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja się gdzieś uchowałam, bo dowiedziałam się o Milevie z zapowiedzi książki. Ale potem czekając na książkę przekopałam pół Internetu, żeby się czegoś o niej dowiedzieć:)

      Usuń
    2. Gdyby nie serial, to też nic bym nie wiedziała :) A tak wychodzi na to, że nawet z głupot można się czegoś nauczyć :)

      Usuń
    3. Ale gdy oglądałaś serial - już pomyślałaś: "o, nie wiedziałam, że była jakaś Mileva?" Zaczęłaś szukać o niej informacji? ;)

      Usuń
  8. Już zwróciłam na nią uwagę jak tylko będzie w bibliotece postaram się przeczytać, bo to niezwykle frapująca historia.
    Fizyka to dla mnie czarna magia, ale żona Einsteina, o której nigdy nic nie słyszałam, bardzo mnie intryguje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto poznać i przekonać się kolejny raz, że poznajemy nieco podbarwioną historię...

      Usuń
  9. Ech, czasem moja pamięć mnie zadziwia - byłam pewna, że skoro przeczytałam Twój tekst, to zostawiłam tu komentarz. A jednak nie!
    Boję się tej książki właśnie przez wzgląd na to, co napisałaś - że to literatura kobieca. A ja, chociaż nie uznaję tego podziału, wystrzegam się powieści, które ktoś określił takim właśnie mianem. Choć bardzo interesuje mnie postać Milevy. Wolałabym jednak przeczytać jej biografię, pełną i rzetelną, która z beletrystyką nie miałaby nic wspólnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A u mnie ciekawość zwyciężyła:) Czekam na biografię pary naukowców, ale to jeszcze chwilę potrwa. Z tego, co się zorientowałam, to w 2016 roku upłynął dopiero termin oznaczony przez spadkobierców Einsteina i dopiero jego prywatne dokumenty są opracowywane. Jestem pewna, że ktoś rzetelnie tym materiałem się w przyszłości zajmie.

      Usuń