wtorek, 21 lutego 2017

HUGO LOETSCHER: Klucz do pralni albo co by było gdyby Bóg był Szwajcarem oraz inne helvetica /recenzja/



W helweckiej duszy

Z czym kojarzy się Szwajcaria? Z zegarkami, serem i bankami; z malowniczymi widokami, alpejską przyrodą i ośnieżonymi szczytami. Któż nie chciałby zamieszkać w tym raju? Konfrontacja marzeń z realiami następuje dość szybko, w momencie gdy przybysz poznaje regulamin domu i pojmuje istotę praw i obowiązków wynikających z przywileju korzystania ze wspólnego klucza do pralni. Szwajcaria to kraj, w którym (co do zasady) nie ma pralek w mieszkaniach, a czynności z tym związane dozwolone są wyłącznie w miejscach wyznaczonych. Co to oznacza? Koniec z wieczornymi przepierkami. Pranie odbywa się raz na tydzień, we wspólnej pralni. O ile uda się dopasować do grafiku i porozumieć z pozostałymi lokatorami.
Klucz do pralni to książka szwajcarskiego prozaika, krytyka literackiego i publicysty. Hugo Loetscher (1929-2009) był jednym z najwybitniejszych twórców z obszaru języka niemieckiego, autorem powieści oraz felietonów i esejów. Wiele podróżował, m.in. po Azji Południowo-Wschodniej, był reporterem w Ameryce Łacińskiej. Został uznany za współtwórcę przełomu w literaturze szwajcarskiej, ponieważ dążył do nadania jej międzynarodowego charakteru. Klucz do pralni jest świetnym przykładem jego buntu przeciwko szwajcarskiej izolacji.
Książka ukazała się w 1983 roku. Jest to autorski wybór felietonów publikowanych w latach 1976-78. W ręce polskiego czytelnika trafia w przekładzie Jana Wolskiego (tłumacza, polonisty, miłośnika Szwajcarii). Książka nie stanowi zatem komentarza do bieżących wydarzeń, to raczej ukłon w stronę klasyki felietonu. Trzeba jednak podkreślić, że mimo zmiany politycznych dekoracji na świecie i poważnych zmian w samej Szwajcarii, wymowa felietonów, a zwłaszcza umiejętność wydobywania szwajcarskiej specyfiki pozostają aktualne.
Jaki jest styl pisarza? Zagłębiając się w lekturę dochodzimy do wniosku, że o poważnych sprawach nie trzeba pisać na kolanach ani uderzając w patetyczne tony. Przeciwnie, Hugo Loetscher nie stroni od humoru i komizmu sytuacyjnego, pisze pozornie o zwykłej codzienności, przy czym każdy felieton ma głębsze dno; inspiracją do napisania kolejnego tekstu są wydarzenia lub czynności zupełnie banalne. Stąd tytuł zbiorku. Przykładowy „klucz do pralni” staje się pretekstem do ukazania sąsiedzkich stosunków. Okazuje się, że problemy związane z pralnią spędzają sen z powiek niewyłącznie cudzoziemcom, a każde uchybienie w ceremonii przekazywania klucza potrafi zakłócić kruchy spokój czynszowej społeczności. Statystyki potwierdzają, że zatargi na tym tle stanowią poważny odsetek obywatelskich sporów.
Tematyka książki jest zróżnicowana, każdy z dwudziestu sześciu felietonów dotyczy innego zagadnienia. Pisarza może zainspirować zwykła przejażdżka taksówką, wstąpienie na pocztę czy trudność w przetłumaczeniu helwetyzmu na klasyczny niemiecki. Loetscher lubi bawić się słowem i potrafi przedstawić językowe perypetie w sposób równie zajmujący i zabawny, co prof. Jerzy Bralczyk. W sposób szczególny autor rozprawia się z narodowymi przywarami Szwajcarów. Ich przysłowiowa niechęć do wszystkiego, co obce, zmusza autora do sformułowania apelu, który ma skłonić naród do zdecydowanego wyrzeczenia się wszystkiego, co zostało importowane do ich kultury i gospodarki. M.in. do rezygnacji z wiśni, z których produkuje się popularną nalewkę. Wszak jako pierwsi w Europie zaczęli je uprawiać Grecy…
Hugo Loetscher to pisarz z misją. Jego felietony walczą ze stereotypami, które narosły wokół Szwajcarii i z uprzedzeniami samych Szwajcarów, przede wszystkim z ich skłonnością do izolacji. Pisarz zabiera rodaków w symboliczną podróż, która ma im uświadomić, że stanowią część szerszego kręgu kulturowego. Teksty Loetschera służą wyostrzeniu spojrzenia, uczą kultury krytyki, dystansu do siebie i szacunku dla innych narodów. To doskonała lektura dla osób, które planują stały pobyt w tym kraju, chcą go lepiej poznać lub po prostu pragną poczuć głębszą więź duchową ze społeczeństwami tworzącymi europejską wspólnotę.

Recenzja opublikowana w: FA 1/2017 

16 komentarzy:

  1. Podoba mi się, że felietony dotyczą tylu różnych tematów. Zapisuję sobie ten tytuł, który de facto przykuwa uwagę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uświadomiłaś mi, jak mało wiem o tym kraju i jego mieszkańcach. Rzeczywiście, czekolada, zegarki, banki i góry. Tytuł dwuznaczny, ja mam skłonność do doszukiwania się podtekstów, a pralnia nie musi być tylko dosłowna, ale i metaforyczna, mentalna, skoro tak czyszczą swój świat z obcych naleciałości :)
    Czuję się zainteresowana książką :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po felietony sięgam stosunkowo rzadko (a jeśli już to na ogół wybieram znanych i poważanych literatów: U. Eco, Staszek Lem, itd.). O Hugo Loetscherze jak dotąd nie słyszałem w ogóle, ale Twój tekst sprawia, że kusi, by zmienić ten stan rzeczy. O Szwajcarii nie wiem zbyt wiele - zlepek wyświechtanych opinii i stereotypów, i z tego względu zbiór jawi się bardzo interesująco.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czas się wybrać do Szwajcarii :) dzięki Olu :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Podoba mi się takie poznawanie kraju, który też mi znany jest tylko z tego co wymieniłaś. I z Gwardii Szwajcarskiej w Watykanie.
    Zapiszę sobie....

    OdpowiedzUsuń
  6. Nic nie wiem o tym autorze, ale jeśli pisze o poważnych sprawach z humorem, to już mnie kupił :) Dziękuję Ci za zwrócenie uwagi na tę ksiązkę, którą pewnie bym przegapił.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ostatnio sięgnęłam po felietony Eco, więc czemu nie skusić się na zupełnie nieznanego mi autora?:) zwłaszcza jeśli w tekstach nie stroni od humoru:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie znam literatury szwajcarskiej, może więc dzięki tej książce zacznę z nią dłuższą przygodę. Już jej szukam. :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak niewiele wiem o Szwajcarii. Nie miałam pojęcia o tamtejszych "zwyczajach". Czuję, że ten zbiór to coś dla mnie. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. O ciekawe :D A z tymi pralkami to tak na serio serio?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio, serio... Kiedy przeczytałam esej na ten temat - wrzuciłam temat do sieci i wyskoczyło mi sporo relacji na ten temat - na blogach tematycznych i wspomnień np. Polaków, którzy przez jakiś czas mieli okazję mieszkać (lub nadal mieszkają) w Szwajcarii. Podobno pierwszy szok wiąże się z tym, że nie można niczego prać w mieszkaniach, nie ma przeważnie w nich pralek, trzeba się dostosować do ogólnego grafiku i pilnować swojej kolejki w pralni.

      Usuń
    2. A drugi szok - zapewne się przeżywa, gdy uświadomisz sobie, że mieszkańcy tak poważnie do sprawy klucza podchodzą i celebrują sobie jego przekazywanie - jakby dzielili się świętym Graalem...

      Usuń
  11. Oglądam na Youtube filmiki pewnej Polki, która od lat mieszka w Szwajcarii - rzeczywiście, bez trudu znaleźć można wiele kulturowych i mentalnych różnic (co ciekawe, zupełnie innych niż można by się spodziewać). Ale, podejrzewam, Szwajcarzy również zdziwiliby się na wieść o niektórych naszych narodowych obyczajach ;-) W każdym razie, dla mnie adaptacja w Szwajcarii byłaby trudna nie z powodu kolejek do pralni, ale ze względu... na kulinaria. Mój ulubiony Julian Barnes pisał o Francji jako o "kraju bez brukselki" - a dla mnie Szwajcaria to kraj bez kiszonych ogórków, buraków i kaszy gryczanej! Pocieszające jest tylko, że czekolady miałby człowiek pod dostatkiem ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, teraz musiałybyśmy przestudiować książkę kucharską tego regionu, żeby zobaczyć czym ewentualnie można wynagrodzić sobie brak buraków i kaszy:) Bo ogórki można sobie jeszcze ukisić samemu;) Tylko co, znowu, powiedzieliby sąsiedzi? Może donieśliby, że lokatorzy trzymają w domu "zepsute" ogórki?;) Czy przypadkiem founde nie jest szwajcarskim wynalazkiem?

      Usuń
    2. Tak! Ale roztopiony ser to nie to samo, co kasza z ogórkiem ;-) A kiszenie metodą chałupniczą też nie byłoby wolne od problemów: ponoć koper to w Szwajcarii towar deficytowy. A bez kopru, wiadomo, porządnego ogórka nie ma! ;-)

      Usuń
    3. W takim razie pozostaje tylko wersja turystyczna - objazdówka oraz wędrówka po górach. Przy okazji mamy załatwiony problem i z pralką i ogórkami. A przy okazji wreszcie można będzie zobaczyć słynne świstaki, co to... wiadomo;) A zupełnie poważnie - to powędrowałabym dla tych widoków:)

      Usuń