wtorek, 28 marca 2017

NA FALACH MYŚLI, WŚRÓD MORSKICH FAL – „Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku” - Morten A. Strøksnes - /recenzja/



 „Woda i medytacja przynależą do wieczności”
– Herman Melville  








Morten A. Strøksnes jest norweskim historykiem, filozofem, fotografem, uznanym dziennikarzem i pisarzem - i to wielostronne wykształcenie wpłynęło na kształt jego najnowszej publikacji (wcześniej napisał osiem książek reportażowych). „Księga Morza”, uhonorowana Nagrodą Bragego (jedną z najbardziej prestiżowych norweskich nagród literackich) jest połączeniem kilku gatunków, w tym: reportażu, dziennika podróży i eseju. Wiodącym tematem jest wyprawa (a raczej szereg wypraw) podjętych w celu zmierzenia się z rekinem polarnym. Tłem są opowieści i dygresje związane z morzem i oceanami, które dominują w krajobrazie Ziemi i są naszym praśrodowiskiem, bowiem w nich narodziło się wszelkie ziemskie życie. Przyglądając się morzom - cofniemy się aż do samych początków istnienia naszej planety i uprzytomnimy sobie jak alarmujący jest ich stan dzisiaj. Refleksje na temat morza mają więc najpierw charakter globalny, a później przerodzą się w spotkania bardziej kameralne, nieomal intymne.

Książka składa się z dwóch, wzajemnie przenikających się części. Jedna (fabularna) - to opis zmagań z rekinem, a w zasadzie z naturą, bo przygoda, która miała być jednorazowa – przerodziła się w szereg prób podejmowanych o różnych porach roku; druga - to warstwa kontemplacyjno-gawędziarska – bo przecież długie godziny wyczekiwania w łódce sprzyjają przemyśleniom. Autor, z racji swojego wykształcenia, posiada wszechstronną wiedzę, chętnie też dzieli się refleksjami z lektur o morskiej tematyce. Do tego dorzuca historie ludzi morza i okrasza wszystko niezwykle sugestywnymi i plastycznymi (niemal fotograficznymi) opisami różnych „wcieleń” morza. Człowiekiem ściśle związanym z morzem – jest Hugo, przyjaciel autora i współtowarzysz wyprawy. Opisując  przedsięwzięcie, z którym się zmaga (Hugo z wielkim samozaparciem przywraca do życia i reorganizuje rodzinne przedsiębiorstwo) - udało się także autorowi uchwycić nieodwracalne zmiany zachodzące we współczesnym świecie, dobrze nam przecież znane. Przecież zmiany nie dotyczą wyłącznie miejscowości, które leżą nad morzem, a przebudowa Fabryki Aasjordbucket (dawnej przetwórni ryb) do złudzenia przypomina proces przekształcania np. naszych polskich kopalń w obiekty kultury. I w ten sposób, przez dodawanie kolejnych warstw – książka, która mogła mieć formę reportażu – zmieniła się w wielopłaszczyznową i wieloaspektową „Księgę Morza”.




Hugo jest niezwykle ważną osobą w życiu Strøksnesa i istotnym elementem książki (bez niego w ogóle by jej było), dlatego poświęcimy mu sporo uwagi. Przyjaciel autora jest artystą, który inspiruje się morzem, jest także przewodnikiem i inspiratorem przygody z rekinem. To właśnie Hugo, który pamięta z dzieciństwa wyprawy z ojcem na wieloryby - zaraził  autora entuzjazmem i namówił na wyprawę. Dlaczego akurat rekin polarny? Ponieważ jest legendarnym, pradawnym stworzeniem, który stanowi wyjątek nawet w swoim gatunku. Rekiny z płytkich wód są zwykle większe od głębinowych. Rekin polarny (żyjący w głębiach) odbiega od reguły, może osiągnąć rozmiary rekina ludojada (żarłacza białego), a naukowcy twierdzą, że dożywa… pięciuset lat, co czyni z niego ziemskiego rekordzistę wśród kręgowców. Rekin polarny jest potworem z rodzinnych opowieści i z relacji starych rybaków i staje się dla naszych bohaterów prawdziwym wyzwaniem. Początkowo miał stanowić zwyczajny cel wyprawy (miał być złowiony dla tranu), ale z czasem - w ogóle przestał być postrzegany w kategoriach łupu. Czytelnik jest świadkiem wewnętrznej przemiany, jaką przechodzą bohaterowie i wkrótce przekonuje się, że rekin również stał się symbolem zmieniających się czasów, a wyprawa na niego przypomina raczej pogoń za świętym Graalem.


W zasadzie trudno w recenzji oddać sumiennie charakter całej publikacji, bo Strøksnes pisze o różnych aspektach związanych z morzem - o historii Ziemi, o morskiej faunie i florze, o elementach morskiego krajobrazu (o rodzajach fal, wiatrach, prądach, ukształtowaniu dna i o klimacie). Opowiada o latarniach morskich, o pracy rybaków, o katastrofach i wyprawach, o odkryciach i odkrywcach. Książka obfituje w ciekawostki, pozwala zrozumieć skąd wzięła się woda na naszej planecie i co powoduje niechęć Norwegów do makreli. Wyjaśnia niektóre zwyczaje rekinów i uświadamia – jak bardzo jesteśmy lekkomyślni w rabunkowej eksploatacji oceanów. W pewnym sensie „Księga Mórz” jest książką o książkach, dlatego dowiemy się jakie wydarzenie zainspirowało Melville’a do napisania „Moby Dicka”, co pobudziło wyobraźnię Edgara Allana Poe’go, gdy pisał opowiadanie „W bezdni Maelstomu” i przekonamy się dlaczego  Stevenson (autor m.in. „Wyspy skarbów”) – okazał się czarną owcą swojego rodu. Pisząc o tych wszystkich sprawach, a raczej: snując gawędy, bo to nigdy nie są skomplikowane, naukowe wywody – autor tworzy portret Morza – tak, jakby było żywą istotą – pełną tajemnic, humorów, hojną dla człowieka, a zarazem obojętną na jego zmagania. Strøksnes udowadnia – na ile niezliczonych sposobów morze nas inspiruje…




Nie można nie wspomnieć o pięknym wydaniu książki, a przede wszystkim o przekładzie Marii Gołębiewskiej-Bijak, która świetnie poradziła sobie ze zmiennym rytmem narracji autora, bo jego styl jest reportażowy i dynamiczny lub refleksyjny, a czasem nawet – poetycki. Niejednokrotnie przychodzą mi na myśl skojarzenia z prozą J. J. Szczepańskiego, z jego podróżniczych wspomnień, bo obaj mają podobną wrażliwość na urodę świata. Strøksnes w nastroju kontemplacyjnym uwodzi czytelnika rozkołysanymi, sugestywnymi lub pełnymi żywiołowej mocy zdaniami:

„Tam gdzie jesteśmy, świat w kolorach muszli ostrygi i łupku wydaje się oczyszczony i wypełniony lustrami”[1]; „Upajamy się ciszą. Myśli odcumowują i dryfują z prądem. Hen, w górze gwiazdy, tu w dole morze. Gwiazdy chlupoczą o burtę, morze lśni i migoce” [2]; „Metaliczne czarne niebo gna [o huraganie] cymbały i kotły odzywają się jednocześnie”[3].

Joseph Conrad w swoich wspomnieniach napisał: „Wszystko można znaleźć na morzu, zależnie od tego, czego się szuka – walkę, spokój, romantyzm, najskrajniejszy naturalizm, ideały, nudę, wstręt i natchnienie”[4]. Warto sięgnąć po „Księgę Morza”, przekonać się czego szukał autor, a może właśnie odnajdziemy w niej coś, za czym sami tęsknimy... A jeśli już jesteśmy przy dygresjach i wrażeniach z książki, to jeszcze dodam, że lektura silnie skojarzyła mi się z równie wszechstronną i z rozmachem potraktowaną książką-esejem hindusko-bengalskiego pisarza Amitava Ghosha: „Na prastarej ziemi”. Oczywiście tematyka jest całkiem inna, ale zamysł książki - zupełnie ten sam.  Podróżom rzeczywistym towarzyszy symboliczna podróż przez wieki, u Ghosha – to historia związana z odkryciami archeologicznymi, u Strøksnesa - to opowieść o związkach człowieka z morzem i hołd dla natury.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:




1. "Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku” - Morten A. Strøksnes, Wydawnictwo Literackie, 2017, str. 94
2. Tamże, str. 120
3. Tamże, str. 147
4. "Ze wspomnień", J. Conrad, tłum. A. Zagórska, Warszawa 1973, str. 142


3 komentarze:

  1. Przypuszczam, że książka mogłaby mnie zainteresować, będę ją miała na uwadze. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
  2. Przypomniało mi się, że zawsze chciałam przeczytać 'Mobby Dicka'.

    OdpowiedzUsuń
  3. Teraz czuję się jeszcze bardziej zainteresowana książką niż nawet po wywiadzie, który zamieściłaś jakiś czas temu. Z wielką chęcią przyjrzę się tej pozycji :)

    OdpowiedzUsuń