czwartek, 2 marca 2017

„Słoneczne miasto” i „Kamienne pole” - dwie minipowieści Tove Jansson /recenzja/





Dzisiaj nie wypada kojarzyć autorki wyłącznie z Muminkami. Owszem, sympatyczne trolle przyniosły jej światową sławę, ale przecież po opublikowaniu korespondencji opracowanej przez Boel Westin1 - polski czytelnik zdaje sobie sprawę, że Tove Jansson była artystką wszechstronną - malarką, graficzką, ilustratorką, twórczynią komiksów, autorką książek dla dzieci i dla dorosłych. Jej książki dla czytelnika dojrzałego bywały w Polsce publikowane sporadycznie, natomiast Wydawnictwo Marginesy zwróciło na nie uwagę szczególną. W krótkim czasie oprócz korespondencji, ukazały się zbiory opowiadań: Wiadomość”(2015) i „Córka rzeźbiarza” (2016), które stanowią dowód, że Jansson była mistrzynią krótkich form. W tym roku (w połowie lutego) miała premierę nieco odmienna książka. „Słoneczne miasto” nie jest antologią opowiadań, składa się jedynie z dwóch dobranych tematycznie minipowieści, z czego jedna (tytułowa) - jest prezentowana w Polsce po raz pierwszy.

Pobyt w raju

W trakcie wyprawy dookoła świata (1971/72) Tove zatrzymała się w mieście na amerykańskim wybrzeżu. Szybko zorientowała się, że jest to jedno z miejsc, które upodobali sobie emeryci. Już wtedy powstał projekt noweli. Przyjazny klimat, słońce, malownicze widoki i przytulne werandy wypełnione zadowolonymi pensjonariuszami. Permanentna sielanka? Pisarka postanawia rozprawić się z tym mitem…

Saint Petersburg na Florydzie to miasto, które kojarzy się z nieustającymi wakacjami. Któż nie chciałby w takim miejscu spędzić schyłku swego życia? Zwłaszcza, że wszystko (zgodnie z tym, co obiecują foldery turystyczne) jest zaprojektowane z myślą o seniorach, ich potrzebach i bezpieczeństwie. Każdy, kogo stać na realizację tej fantazji – przyjeżdża tu, wynajmuje pokój w jednym z licznych pensjonatów, po czym  (na dobre i na złe) staje się członkiem werandowej mikrospołeczności. Rozmaite służby dwoją się i troją, by życie podopiecznych stało się wygodne, a ich śmierć (no cóż, trzeba się z nią liczyć) – dyskretna… Wszystko jest idealnie urządzone, dopiero wnikając w lekturę poznamy więcej ciemniejszych stron związanych z pobytem w tym miejscu. Zastanówmy się jednak: czy od razu nie przeszywa nas dreszcz wywołany nazwą tego miejsca? Czyż nie robi się nam niewojo, gdy pomyślimy, że seniorzy dobrowolnie i chyba podświadomie wybierają Miasto świętego Piotra (nomen omen) - jako ostatnią przystań, zanim przyjdzie im faktycznie stanąć przed jego bramą?…

Przyjrzyjmy się jeszcze tej sielance… Autorka skupiła się na ukazaniu przeżyć niewielkiej grupy seniorów – mieszkańców Butler Arms – pensjonatu z tradycjami, którego zarząd jest równie wiekowy, jak jego goście. Pensjonariusze teoretycznie mają wiele możliwości wypoczynku i spędzania wolnego czasu. Spacerują nad morze i podziwiają największą lokalną atrakcję (filmowy statek Bounty), korzystają z klubów, bibliotek i kawiarni. W praktyce - kręcą się tu i tam, a większość dnia i tak spędzają na wspólnej werandzie, gdzie poddają się różnego rodzaju rytuałom, konwersują, próbują się dostosować lub przeciwnie - za wszelką cenę chcą zachować bezpieczny dystans… Czy wszyscy godzą się z losem jednakowo? O nie! Z daleka być może wyglądają szablonowo - jak stadko wron, które obsiadło fotele, ale z bliska staruszkowie nie są do siebie podobni! Jeśli się im się przyjrzeć, okaże się, że tworzą niezwykle barwną galerię osobowości. Ileż tu napięć i konfliktów! Mieszkańcy są na siebie skazani. Stale na siebie wpadają, wchodzą sobie w drogę, działają na nerwy, a ich relacje kipią od lepiej lub gorzej tłumionych emocji. Dokucza im nuda, a jeszcze bardziej świadomość, że już nie trzeba się z nimi liczyć… Wszystkie wybuchy, skargi, przytyki i złośliwości - to tylko sposoby, by chronić się przed natrętnymi myślami o śmierci, bo komfortowy raj dla nich spreparowany – paradoksalnie wciąż im o niej przypomina. Nawet przyłączenie się do ich społeczności Tima Tellertona  (emerytowanego niezwykle popularnego gwiazdora i celebryty) stanowi rozrywkę i sensację tylko chwilowo. W rzeczywistości wprawia w jeszcze większe przygnębienie, bo uzmysławia, że przemijanie dotyczy wszystkich jednakowo... Życie pensjonariuszy nie jest sielanką. Raj? Jaki raj? Saint Petersburg stanowi raczej zamaskowaną promieniami słonecznymi formę czyśćca…

Wbrew pozorom „Słoneczne miasto” nie jest poświęcone wyłącznie seniorom. Wraz z pensjonariuszami kibicujemy związkowi pokojówki Lindy z Joe’m – przewodnikiem na statku Bounty. Wątek ich miłości jest wprowadzony dla kontrastu, ale także dopełnia obraz, ponieważ czytelnik dowiaduje się w jaki sposób w tym specyficznym mieście odnajdują się jego młodzi mieszkańcy. I w zasadzie, w tym motywie – istotniejsze od romansu – jest ukazanie procesu dojrzewania do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. O ile bowiem Linda, która pokorę i pogodę ducha wyniosła z rodzinnego domu, o tyle Joe - przeciwnie. Jest typem Piotrusia Pana (czyż nie ma swojego statku?), który za nic w świecie nie chce dorosnąć.

Przypowieść o człowieku, którego przygniotły słowa

Drugi utwór przenosi nas na zupełnie inny kontynent, w okolice Helsinek. Nadal pozostajemy w podobnych klimatach – przy rozważaniach dotyczących schyłku życia i rozliczeń, a scenerię do rozważań stanowi upalne lato... „Kamienne pole” to portret pisarza, który pozwolił się uwięzić w pułapce słów. Autorce nie chodziło o stworzenie karykatury pisarstwa, raczej pokazała skrajny przypadek zagubienia się w dążeniu do ideału, którego przecież nie można osiągnąć. Jonasz jest uznanym literatem, którego poznajemy w chwili, gdy przechodzi na emeryturę i decyduje się skorzystać z zaproszenia córek do spędzenia urlopu na letnisku. Wydaje mu się, że w tym miejscu będzie miał idealne warunki, by dokończyć ostatnie dzieło, swój opus magnum – biografię Igreka, zmarłego już, niezwykle wpływowego i podziwianego finansisty.

Jonasz podchodzi do zadania profesjonalnie. Zbiera dane i materiały, odbywa rozmowy ze świadkami, ale praca nie posuwa się naprzód, dzieło pozostaje martwe. Jego bohater jest zbyt idealny, wydaje się wyprany z wszelkich wad, nie posiada najmniejszych skaz ani słabostek. Ten portret jest nieludzki! Pisarz przekonuje się, że taka książka nikogo nie zainteresuje, nie stanie się bestsellerem, a przede wszystkim nie będzie prawdziwa. I nagle z przerażeniem uświadamia sobie swoje własne postępowanie z rodziną. Jonasz nie potrafi rozmawiać z najbliższymi. Zamienia każdą konwersację w udrękę. Chce, by wszyscy posługiwali się językiem w sposób mistrzowski. Zadręcza otoczenie ciągłym precyzowaniem słów, nadawaniem im wagi i znaczenia, jakby nie służyły komunikacji, ale miały zostać co najmniej wykute na kamiennych tablicach Mojżesza. Postawił między sobą i bliskimi mur, którego nikt nie jest w stanie przebić. Kamienne pole – to nie tylko atrakcja turystyczna. To także metafora problemów Jonasza i symbol jego walki. A także przemiany - bowiem rozprawa z biografią Igreka staje się wstępem do oczyszczającego rytuału dla pisarza i jego córek.

„Słoneczne miasto” i „Kamiene pole” to utwory, które powstały ponad trzydzieści lat temu, ale dzisiejszy czytelnik nie odczuwa najmniejszego dystansu do przedstawianych wydarzeń, ponieważ Tove Jansson skupia się na uniwersalnych emocjach człowieka i nie unika bolesnych tematów. Jej obserwacje - są jak zwykle - krystalicznie celne i głębokie, przez co przesłanie utworów nie może ulec przeterminowaniu...


Za książkę dziękuję Wydawnictwu:


1. „Listy Tove Jansson”, Tove Jansson, Boel Westin i inni…, Marginesy, 2016, stron 464

22 komentarze:

  1. Pisarz ma wreszcie doskonałe warunki, by pisać, ale ku swojemu zdumieniu doznaje blokady twórczej i nie potrafi nic sensownego stworzyć? Muszę powiedzieć, że „Kamienne pole” bardzo mnie zainteresowało. :)
    Okładka mi się nie podoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie o to chodzi, że dotąd nie miał warunków. Chodzi o jego bohatera. Był taki idealny, że aż nieprawdziwy. Nie rokuje to dobrze dla biografii, która powinna być pełna życia, smaczków i barw...

      Usuń
  2. Nie wiem, jakoś Muminków jeszcze nie przeczytałam, boję się tej powieści ;) ale mam ochotę poznać Tove bliżej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli nie od Muminków, to może dobrze zacząć od "Córki rzeźbiarza". To urocze opowiadania napisane z perspektywy dziecka. Przeważnie dotyczące rodziny. Jednak Ci, którzy znają książki o Muminkach - znajdują różnego rodzaju smaczki chociażby w tym, że mogą rozpoznać tu i tam - portrety najbliższych, które pisarka ukryła pod różnymi postaciami:)

      Usuń
  3. Po przeczytaniu Twojej dogłębnej recenzji podpisuję się pod Twoim zdaniem : "Jej obserwacje - są jak zwykle - krystalicznie celne i głębokie, przez co przesłanie utworów nie może ulec przeterminowaniu..."
    Opowiadania bardzo odpowiadają memu gustowi czytelniczemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę. Lubię utwory Tove Jansson, zawsze mnie zaskakuje jej zdolność obserwacji... Warto spojrzeć na świat jej oczami:)

      Usuń
  4. Czekałam, kiedy napiszesz o tej książce. Bo ona czeka u mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz jak mi miło, że pamiętałaś:)

      Usuń
  5. Już mam tę książkę. Sama się więc przekonam czy jest tak wspaniała jak piszesz. Myslę, że tak.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ach Tove! Niezwykła kobieta!!! Opowiadań jeszcze nie czytałam, wiem, wstyd mi okropnie, ale cały czas mam je gdzieś z tyłu głowy, bo wszyscy zachwalają. A skoro i Ty polecasz, to już koniecznie muszę poczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiem od czego zacząć polecać... "Córka rzeźbiarza" - to wspomnienia z dzieciństwa i poznajesz warunki, w jakich pisarka dorastała. "Wiadomość" to antologia najlepszych opowiadań. "Miasto słońca" to rozliczenia. Jej korespondencja mnie zachwyciła. Zobacz ile możliwości...:)

      Usuń
  7. Intrygujące teksty. Zwłaszcza "Kamienne pole" wydaje się interesujące, ponieważ istotnie dla pisarza, którego podstawowym narzędziem pracy jest słowo, staje się ono bardzo szybko kwestią nadrzędną, wymagającą nieustannego cyzelowania, poszukiwania nowych kombinacji i znaczeń, to coś w rodzaju świętości. Ciekawi zatem ujęcie tego zjawiska przez pisarkę - w opowieści o pisarzu. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że właśnie nad tymi kwestiami musiała się głowić pisarka, w efekcie w "Kamiennym polu" pokazała - co się dzieje, gdy twórca zbytnio się odkleja od życia - w poszukiwaniu ideału...

      Usuń
  8. Ha, ja niestety w dalszym ciągu tkwię w pierwszy akapicie Twojego tekstu, tzn. znam Tove Jansson wyłącznie jako autorkę "Muminków". Od pewnego czasu obiecuję sobie, że sięgnę także po inne teksty tej artystki, ale jak na razie na dobrych chęciach się kończy. Może w tym roku uda mi się to zmienić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałeś jeszcze Tove Jansson, ale wiesz przynajmniej, że to nie jest wyłącznie pisarka książek dla dzieci. To już jest coś. Jednak bardzo długo polski czytelnik wogóle nie kojarzył niczego poza Muminkami. Pamiętam, że będąc dzieckiem - ubzdurało mi się, że Tove Jansson to mężczyzna. Zapewne przez nazwisko...

      Usuń
  9. Niestety dla mnie ta książka okazała się tylko połowicznie dobra. "Kamienne pole" było świetne, takiego poziomu oczekiwałam. Jednak tytułowe "Słoneczne miasto" mnie zawiodło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym się mogę z Tobą zgodzić - "Kamienne pole" wydaje się utworem kompletnym, o wyraźniejszej wymowie; pewnie decyduje o tym zakończenie. Natomiast "Miasto słońca" - rzeczywiście nie ma tak wyraźnego podsumowania, ale broniłabym autorki - tu bohaterem jest zbiorowość. A Tove Jansson pokazała cykliczność...Odejdzie ten i ów, kogoś zabraknie, ktoś zajmie czyjeś miejsce. W kolejnym sezonie ludzie znów będą się szykowali do balu, nowy turnus zwiedzi Silver Springs... I jakoś mi się wydaje, że dopiero uświadamiając sobie czym jest ten "sztuczny rezerwat" - tak naprawdę seniorzy uświadamiają sobie - gdzie trafili. Mnie utwór nie zawiódł...

      Usuń
  10. Nie przeczytałam jeszcze "Listów" Tove (ani zachwalanej "Córki rzeźbiarza"), a tutaj kolejne perełki! Z każdą kolejną recenzją jej książek, zyskuję coraz większą pewność, że będą w sam raz dla mnie :-) A teraz czytam "24 godziny z życia kobiety" Zweiga. Inny czas, inna bajka, pisarz inny, ale - zgaduję - podobna wrażliwość jak u Mamy Muminków...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że trafiłaś na bardzo adekwatny tytuł. Nie znam jeszcze osobiście Zweiga, chociaż przeczytałam sporo recenzji po ukazaniu się "Dziewczyny z poczty". Jakoś mi w końcu ten tytuł umknął. "24 godziny..." już sobie namierzyłam. Zaciekawiłaś mnie, za kolejną inspirację - dziękuję:)

      Usuń
  11. Niezwykle dla mnie interesujący temat pierwszego opowiadania (drugiego również), ale to pierwsze z racji i wieku i doświadczenia związanego z odosobnieniem w grupie wiekowych osób (pobyt na rehabilitacji kardio, gdzie byłam najmłodszą rekonwalescentką dostarczył pola do obserwacji) szczególnie mnie zainteresowało. Nadmiar wolnego czasu, nuda, monotonia, powtarzalność zdarzeń i poirytowanie, czasem niemożność tolerowania osób, które spotkanie gdzie indziej wzbudziłyby jedynie uśmiech. Nie zmam tej autorki osobiście, jedynie parę recenzji. Notuję zatem w pamięci (coraz bardziej zawodnej). A powyższy komentarz uzmysłowił mi, że 24 godziny z życia kobiety leży i czeka na przeczytanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Celne spostrzeżenia. Dokładnie - o to chodziło pisarce w budowie zbiorowego portretu... A na książkę Zweiga też już czekam:)

      Usuń