czwartek, 20 kwietnia 2017

LEGENDY DOMU AKAKUCHIBÓW. OD REALIZMU MAGICZNEGO – PO WSPÓŁCZESNOŚĆ, czyli Japonia w pigułce. „Czerwone dziewczyny”, Kazuki Sakuraba – recenzja przedpremierowa




tytuł: Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów
autor: Kazuki Sakuraba
ISBN: 9788308063408
liczba stron: 416
 tłumacz: Łukasz Małecki

data premiery: 27 kwietnia 2017



„Czerwone dziewczyny” to wielopokoleniowa saga Akakuchibów – japońskiego rodu, którego przedsiębiorczy mężczyźni zdobyli fortunę i wpłynęli na rozwój regionu;  ale to nie oni są głównymi bohaterami książki. Czytelnik skupia się na śledzeniu losów ich kobiet – kilku pokoleń strażniczek domowego ogniska (żon, matek i córek), które znacznie wzbiły się ponad tradycyjne role (stały się fundamentem rodziny lub zdobyły sławę) i w stopniu nie mniejszym, niż mężowie wpłynęły na rozsławienie miasta i powstanie lokalnej legendy.

Aka – oznacza w języku japońskim kolor czerwony. Ród Akakuchibów przybył do Japonii w zamierzchłych czasach i osiedlił się na jednej z wysp, u stóp Gór Chugoku, gdzie znalazł znakomite warunki do realizacji swych celów. Przywiózł z sobą znajomość technologii produkcji żelaza, a ponieważ w tym miejscu zlokalizowano odpowiednie pokłady surowca, już wkrótce zaczęły dymić pierwsze piece tatara1, które z czasem zmodernizowano – aż powstała nowoczesna i strategiczna (w swoim czasie) huta Akakuchiba Steelworks.

Akakuchibowie wybrali pod swoją siedzibę teren położony dosyć wysoko, co zapewniło im nie tylko ekonomiczną, ale także metaforyczną dominację nad całą okolicą, zwłaszcza nad miastem Benimidori, które dzięki nim powstało. Dziś już nie można ustalić czy ich rodowe nazwisko pochodzi od koloru roztopionego żelaza czy raczej od klonów, które gęsto porastają posiadłość i jesienią płoną kolorem intensywnej czerwieni. Tak czy inaczej – mieszkańcy miasta nazywają siedzibę swoich dobroczyńców (wkładając w słowa odpowiednią dozę szacunku) – czerwonym domem, tym z góry.  

Drzeworyt. Autor: Hiroshige Andō, znany również jako Hiroshige Utagawa. jeden z najbardziej znanych japońskich malarzy, grafików i twórców ukiyo-e. Autor słynnej "Wieczornej ulewy nad Wielkim Mostem Atake" z cyklu "Sto znanych miejsc w Edo". Powyższa praca ("Dzwony na Ikegami" -  oddaje scenerię książki "Czerwone dziewczyny" 
/to nie są ilustracje z książki, to prace, które kojarzą się z jej klimatem/



Jedną z największych zalet powieści (poza prawdziwie fascynującą historią rodzinną i arcyciekawym tłem historyczno-kulturowo-społecznym Japonii) jest niezwykła plastyczność języka. Kraina, którą poznajemy – to San’in („cień góry”), która jest znana z wilgoci, wiatru i wiecznie szarego nieba (od chmur i dymu buchającego z hutniczego pieca). Benimidori leży u stóp jednego z ośnieżonych szczytów, a powstało według ściśle określonej hierarchii. Najwyżej – blisko szczytu i nieba – położony jest dom Akakuchibów, pochylony od starości i od wściekłych ataków wichrów. W dole, u jego stóp wyrosły domy dla pracowników – najpierw dla zarządu, jeszcze niżej - dla zwykłych robotników. Budynki, osiedla i ulice rozłożyły się na terasach naturalnie ukształtowanych na zboczach góry.

Dom pod ośnieżonym szczytem, dominujący nad okolicą, ubrany w barwy klonów - jesienią staje się ogniście czerwony. Wieczorami uliczki Benimidori płoną światłem kolorowych lampionów, które ułatwiają mężczyznom powrót do domu. O statusie mieszkańców świadczą ich stroje, a wśród tłumu nierzadko widuje się tradycyjne, bogato zdobione kimona. Czyż nie jest to barwny i działający na wyobraźnię obraz? Autorka posługuje się tak sugestywnym językiem, że wielokrotnie doznajemy wrażenia, że nie czytamy książki, lecz oglądamy serię pejzaży i rodzajowych scenek z japońskich barwnych drzeworytów.

Suzuki Harunobu, Dziewczyna na kładce w czasie wiatru, drzeworyt. Ilustracja książki "SZTUKA JAPOŃSKA W ZBIORACH POLSKICH", Zofia Alberowa, Wyd. Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1987, ilustracja 26
Powyższa praca idealnie oddaje przybycie Manyo do posiadłości w dniu jej ślubu:
"Kiedy po raz kolejny krzyknęła, wiatr urwał dach lektyki, a kosz złamał się i spadł na ziemię, dlatego resztę drogi Manyo musiała pokonać pieszo, w stroju ślubnym i w złoconych sandałach zori"2

Właściwa akcja „Czerwonych dziewczyn” rozpoczyna się w roku 1953, w powojennej rzeczywistości Japonii (chociaż początki tej opowieści sięgają zamierzchłej przeszłości) i prowadzi czytelnika aż do współczesności. I nie jest ważne, że rzecz dzieje się na prowincji, bo tu (z opóźnieniem, ale jednak) odbija się wszystko, co dzieje się w całym kraju. Czytelnik zaś – nie gubi się w krętych ścieżkach japońskiej historii, bowiem autorka sukcesywnie rozmieszcza drogowskazy, które pomagają czytelnikowi odnaleźć się w czasowym kontekście [„Wróćmy jednak do 1964 roku, kiedy Namida przyszedł na świat. Życie w czerwonym raju u góry toczyło się utartym torem, tymczasem w Benimidori na dole wszyscy ekscytowali się igrzyskami w Tokio, pierwszymi w tym kraju, dzięki czemu kolorowe telewizory stały się jeszcze powszechniejsze. (…) Tymczasem młodzi mieszkańcy (…) szaleli na punkcie Beatlesów, którzy przybyli do Japonii zza oceanu (…)”]3.

Głównymi postaciami literackimi są trzy kobiety, które są kluczowe dla  rodu Akakuchibów, a jednocześnie symbolizują ducha czasów. Stały się zatem symbolami poszczególnych epok i patronkami trzech części powieści. Poznając koleje ich losów – przyglądamy się japońskiej obyczajowości, a zwłaszcza przemianom, jakie zaszły w świadomości Japończyków pod wpływem zachodnich wzorców. Poznajmy zatem nasze bohaterki. Manyo – (podrzutek i sierota, z czasem żona dziedzica; wieszczka rodu Akakuchibów, która potrafi dostrzegać przebłyski przyszłych zdarzeń). Jej piękna i krnąbrna córka – Kemari (przywódczyni gangu zmotoryzowanych nastolatek, a później słynna artystka, która ugrzęzła w świecie mangi) oraz wnuczka Toto – która na tle swoich poprzedniczek jest zwyczajna i pospolita, zupełnie nie jest gotowa do przejęcia dziedzictwa, ale to przecież jej zadaniem jest spisanie kroniki rodziny i rozszyfrowanie intrygującej tajemnicy swej babki.

Drzeworyt "Hara na Tokaido", Hiroshige Utagawa. Tak można sobie wyobrazić scenę pojawienia się legendarnych "ludzi z gór", którzy przybywają do Benimidori po ciała samobójców

Jeżeli czytelnik tego właśnie szuka – interesującej sagi, zapadających w pamięć bohaterów, plastycznych obrazów, kolorytu Japonii (kroniki jej przemian), oraz szczypty egzotyki – będzie urzeczony powieścią. Książka ma pewne niedoskonałości – jej styl czasem jest nieco surowy (już nie przeciętny, ale jeszcze nie wybitny), za to wyobraźnia autorki – jest doprawdy: przeogromna!

Ponieważ w powieści nie brakuje nawiązań do mitów i wierzeń ludowych, jej klimat jest baśniowy (zwłaszcza w pierwszych częściach), a elementy irracjonalne i pełne magii stanowią ważną część rzeczywistości – można ją bez wahania sklasyfikować jako książkę należącą do nurtu realizmu magicznego (może jeszcze nie w czołówce, bo jednak nieco jej brakuje do kultowych „Stu lat samotności” Marqueza), ale jednocześnie trzeba zauważyć, że ambicją autorki nie stało się jedynie napisanie książki w tym duchu. Prawdopodobnie każdy czytelnik, który najpierw połyka dwie pierwsze części (pełne rozmachu i kolorowego zawrotu głowy), a później dociera do trzeciej części – jest nieco skonsternowany. Zastanawia się czy autorce wyczerpały się pomysły na równie bajeczne losy dla swojej trzeciej bohaterki… I w tym momencie powinniśmy zrozumieć, że zamysł takiego układu jest jak najbardziej celowy. Wnuczka Manyo – ma być przecież uosobieniem współczesnego pokolenia, które boryka się z uczuciem beznadziei i pustki, które nawet swoje życie uczuciowe przeżywa bez większych uniesień. „Czerwone dziewczyny” – to powieść, która stanowi alegorię Japonii. I dopiero biorąc to pod uwagę – docenimy przesłanie – żal za odchodzącą tradycją i całkiem wyraźną postmodernistyczną krytykę.
Polecam!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:




1. Piec tatara - tradycyjny japoński piec do wytapiania żelaza i stali. W piecach tatara z węgla sosnowego, czarnego piasku żelazowego oraz mineralnych rud żelaza wytapiano tamahagane - rodzaj bardzo czystej japońskiej stali wykorzystywanej głównie do tworzenia samurajskich mieczy /wikipiedia/
2. "Czerwone dziewczyny. Legenda...", Kazuki Sakuraba, Wyd. Literackie, 2017, str. 76
3. Tamże, str. 131


czwartek, 13 kwietnia 2017

PO DWÓCH STRONACH ŻELAZNEJ KURTYNY – biografia najsłynniejszej uciekinierki z ZSRR. /„Córka Stalina. Niezwykłe i burzliwe życie Swietłany Alliłujewej”, Rosemary Sullivan - recenzja/






Wydawnictwo: Znak Horyzont
Autor: Rosemary Sullivan
Tłumaczenie: Miłosz Wojtyna
liczba stron: 640
ISBN: 9788324041831
Seria: PROZA PL
Data premiery: 1 marca 2017

„Córka Stalina” to książka sążnista i wieloaspektowa; z tego powodu tytuł, który doskonale odzwierciedla zamierzenia autorki, nie zdołał do końca sprawiedliwie oddać rezultatu jej pracy. Rosemary Sullivan podeszła do tematu niezwykle skrupulatnie, dzięki czemu za jednym zamachem trafia w nasze ręce nie tylko biografia kobiety, która musiała zmierzyć się z cieniem własnego ojca i niepożądaną sławą, ale także (co było nieuniknione) portret samego Józefa Stalina. Poznajemy jego życie prywatne, politykę i zbrodnie, przez co zagłębiamy się w spory kawałek historii ZSRR. I to jeszcze nie wszystko. Ponieważ Swietłana swoją ucieczką uwikłała się w światową politykę – książka odkrywa również pozakulisowe rozgrywki, które toczyły się swego czasu między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi - największymi mocarstwami, a zarazem przeciwnikami. „Córka Stalina” – to panorama burzliwej epoki, która przy okazji (mimochodem) ukazuje sytuację państw europejskich wschodniego bloku za żelazną kurtyną, a jednocześnie wyjaśnia – dlaczego taki podział przez resztę świata został zaakceptowany.

Biografka rzetelnie przygotowała się do swojej pracy. Oparła wnioski na analizie lektur, korespondencji, wspomnień, wywiadów i artykułów prasowych. Dotarła do znajomych i krewnych Swietłany, rozsianych po całym świecie. Postarała się ułatwić czytelnikowi poruszanie po gąszczu nazwisk i informacji umieszczając w książce drzewo genealogiczne rodziny Dżugaszwilich i Alliłujewów, listę występujących postaci i wykorzystanych skrótów, a także dokumentując i potwierdzając wnioski i wywody przypisami odsyłającymi do licznych źródeł. Podkreślić należy, że owa skrupulatność nie powoduje przeciążenia natłokiem męczących dat i nazwisk. Praca jest pełna rozmachu, ale ani przez chwilę nie nuży. Być może dlatego, że nie skupiamy się wyłącznie na suchych faktach i datach, a wnikliwa dziennikarska rzetelność – była tylko jednym z zamysłów książki. Autorka napisała biografię po to, by autentycznie swą bohaterkę zrozumieć.


Swietłana z ojcem, Józefem Stalinem, rok 1935, ilustracja z książki [źródło]


Śledzimy zatem poszczególne etapy życia Swietłany Alliłujewej - jej dzieciństwo na Kremlu (w miarę pogodne, aż do śmierci matki), dojrzewanie związane z tajemniczymi i strasznymi wydarzeniami w najbliższym otoczeniu (masowa utrata krewnych i stopniowe odkrywanie prawdy na temat śmierci matki i natury ojca), wreszcie kibicujemy Swietłanie dorosłej, która przeżywa kolejne rozczarowania  i dramaty, ponieważ ani w Moskwie ani w Ameryce nie mogła do końca odzyskać kontroli nad swoim życiem i cieszyć się swobodą, o jakiej marzyła. Dowiemy się co przepełniło czarę goryczy, jakie wydarzenie tak mocno kobietę zraniło, że zdecydowała się na ucieczkę i porzucenie dzieci (dodam, że dorosłych!) i przekonamy się, jaką cenę przyszło jej za ten krok do końca życia płacić. Zrozumiemy, że nasza bohaterka miała do przepracowania nie tylko traumę związaną z ojcem, ale także z matką, bo przecież nie mogła pogodzić się z jej samobójstwem (matka targnęła się na życie, gdy dziewczynka miała sześć lat), a Swietłana miotała się między gorzkimi wyrzutami a idealizowaniem jej obrazu. Wreszcie – uprzytomnimy sobie – w jaki sposób brzemię tych doświadczeń odcisnęło piętno na jej relacjach i związkach z ludźmi.

Rosemary Sullivan jako biografka - miała szczęście zmierzyć się z postacią niezwykle fascynującą – nie tylko ze względu na wydarzenia, w których Swietłana uczestniczyła. Także z powodu złożoności jej charakteru, ponieważ córka Stalina była skomplikowana, niejednoznaczna i często targały nią sprzeczności. Spójrzmy na impuls, który popchnął ją do ucieczki: z jednej strony - porwała się na ten krok, ponieważ niczego bardziej nie pragnęła niż anonimowości i spokoju. Jednak jedyną rzeczą, którą zabrała z sobą – była jej książka. Kobieta nie chciała i nie mogła dłużej milczeć. Pragnęła – na przekór kłamliwej propagandzie – przedstawić prawdziwą wersję wydarzeń. Obydwa pragnienia wykluczały się zupełnie, a Swietłana (pełna rozterek i niezabliźnionych ran) często miotała się w podobny sposób. Pamiętajmy jednak, że jej charakter i temperament kształtował się w specyficznych warunkach. Terror, któremu była poddana i zupełny brak stabilizacji pozbawiły ją poczucia własnej wartości; za to była boleśnie świadoma, że każdy jej krok spowoduje lawinę politycznych konsekwencji. Z jednej strony była uparta i odważna (niejednokrotnie zadzierała z Kremlem), a z drugiej - totalnie zagubiona. Czasem podziwiamy jej determinację, kiedy indziej zdumiewa nas i wprawia w irytację jej nieporadność. Musimy jednak sobie uświadomić, że do wieku średniego nie pozwolono kierować jej własnym życiem. W Ameryce wpadła w drugą skrajność - musiała nauczyć się samodzielności i to od samych podstaw (nie znała przecież nawet zasad funkcjonowania konta bankowego). Jej historia – to pasmo rewolucyjnych zmian.


Swietłana w Nowym Jorku, 1967 / AFP, ilustracja książki [źródło]

Jak została przyjęta przez Amerykę? Od początku otaczało ją szalone zainteresowanie, chociaż nie zawsze było ono przyjazne. Dla jednych pozostawała córką dyktatora, więc budziła strach i niechęć lub przeciwnie – okazywano jej współczucie. Jedni nienawidzili jej za porzucenie dzieci, inni mieli pretensje, że nie chce angażować się w walkę z komunizmem (nie chcieli zrozumieć, że mogłoby to dodatkowo narażać bliskich).  Osoby, z którymi zetknęła się osobiście odkrywałay, że Swietłana jest szalenie inteligentna, wykształcona i urocza. Jej przyjaźnie i znajomości nie zawsze jednak wytrzymywały próbę czasu, gdyż każdy, kto się z nią w jakikolwiek sposób związał – wcześniej czy później musiał doświadczyć wahań jej nastrojów i napadów złości. Nie każdy potrafił zrozumieć, że kobieta po tylekroć musiała sklejać swoje życie i układać z potłuczonych skorup, że kompletnie nie  radziła sobie z emocjami. Nie ułatwiała jej życia oszczercza kampania sowiecka, której celem było podważenie jej wiarygodności i manipulacje ludzi, którzy chcieli się na niej wzbogacić. Każdy (od CIA po łowców fortuny) chciał wykorzystać ją do swoich celów, lecz rzadko kto miał ochotę prywatnie zmierzyć się z jej dwuznaczną sławą i upiornym cieniem jej ojca. Czy w takich warunkach – mogła kiedykolwiek poczuć się w miarę bezpiecznie? Czy może dziwić, że nawet po ucieczce do raju – swoje życie postrzegała jako pasmo nieustającej klęski?


Tak piękną formą przyjęła promocja. Książka jest warta swojej oprawy

Zwróćmy jeszcze uwagę na interesujący wątek stale obecny gdzieś w tle - na inklinacje literackie naszej bohaterki. Żeby się nie rozpisywać – wspomnę tylko, że Swietłanie nie od razu wolno było zająć się swoją pasją i oczywiście – nie od razu miała dostęp do światowej literatury. Kiedy wreszcie się jej udało – gdy ukończyła studia w tym kierunku, uzyskała względną swobodę, a cenzura osłabła i zaczęła pracę przy książkach – los sprawił, że rolą literatury stało się rozliczenie ze stalinizmem. Swietłana nie zamierzała zostać pisarką, ale uległa namowom. Pierwszą książkę1, której przez długi czas nie miała nadziei opublikować – napisała w formie listów do anonimowego przyjaciela. Książka oczywiście odnosi się do sytuacji w kraju i do jej relacji z ojcem. W tym czasie próbowała go jeszcze usprawiedliwiać, łudząc się, że ulegał manipulacjom rządu. Pisząc drugą pozycję2 – nabrała dystansu i perspektywy. Alliłujewa nie pisała, by zaspokoić próżność. Wierzyła, że ma do wypełnienia misję, a amerykańscy krytycy dopatrzyli się w jej twórczości nie tylko wartości dokumentalnej, ale także walorów literackich.


„Córka Stalina” - to rzetelny dokument, który sprawi sporo satysfakcji wielbicielom historii współczesnej. I mimo moich początkowych obaw – dyktator wcale nie stał się postacią najważniejszą. Owszem, otrzymujemy jego portret, ale był potrzebny w zupełnie innym kontekście. Rosemary Sullivan nie skierowała świateł reflektorów na niego (Stalin został już przez literaturę po wielokroć rozliczony), raczej chciała uzmysłowić – jak wygląda życie człowieka, który stopniowo dorastając odkrywa, że jest dzieckiem zbrodniarza. Czy takie dziecko kiedykolwiek wydostaje swoje życie spod gruzów? Swietłana – dziecko zbrodniarza – jest postacią tragiczną nie tylko ze względu na burzliwe przejścia. Jest wewnętrznie rozdarta, ponieważ nie jest w stanie uporać się z uczuciami do ojca, którego nigdy nie potrafiła do końca odrzucić, a jednocześnie reagowała ostrym sprzeciwem na najmniejszą próbę jego wybielania.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:



1. Dwadzieścia listów do przyjaciela, Swietłana Alliłujewa, Łódź 1996
2. Only One Year, Swietłana Alliłujewa, Nowy Jork, 1969

sobota, 1 kwietnia 2017

ŚWIAT TO CZASEM ZBYT WIELE – przedpremierowa recenzja książki „ARKADIA” Lauren Groff



Et in Arcadia Ego


Wydawnictwo: Znak
ISBN: 9781401341909

Premiera: 11 kwietnia 2017

„Arkadia” (druga książka Lauren Groff opublikowana w Polsce) jest powieścią z wielowarstwowym przesłaniem. Jedną z jej głównych idei było uprzytomnienie ile iluzoryczności kryje się w próbach utworzenia utopijnego społeczeństwa. Autorka posłużyła się przykładem jednej z hipisowskich komun, które powstały na fali wydarzeń lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku i które z czasem zyskały całkowitą społeczną dezaprobatę. Zajadła krytyka nie była jednak jej celem. Łatwo jest kpić z idealistów, dużo trudniej pochylić się nad nimi ze zrozumieniem. Lauren Groff wybrała trudniejszą drogę. Stara się dotrzeć do samej istoty problemu i dociec dlaczego - mimo wzniosłych założeń i najczystszych intencji – ludzie nie potrafią stworzyć idealnej wspólnoty, a ich wysiłki najczęściej z góry skazane są na klęskę… Przy tym wykazała się sporą empatią i uniknęła moralizowania. Sprawiła, by czytelnik znalazł się w samym sercu hipisowskiej wspólnoty i pozwoliła mu wziąć udział w rozrachunku, jakiego dokonują sami jej mieszkańcy.

Arkadia to rodzina, dodam - niezwykle liczna. Jej charyzmatyczny twórca i przywódca (Rączka) to muzyk, ale przede wszystkim: świetny mówca, który wyłowił młodych rozgoryczonych i zagubionych ludzi na którymś z koncertów, które prawdopodobnie odbyły się owego pamiętnego kalifornijskiego lata miłości1, dał im cel w życiu i powiódł za sobą. Oni (członkowie Arkadii) – pójdą za nim na koniec świata. Trzymają się więc blisko, słuchają płomiennych przemów i czują, jak rosną i szlachetnieją pod ich wpływem. Kiedy ich grupa staje się zbyt liczna, a życie w obozowiskach zaczyna doskwierać (chociażby dlatego, że na świat przychodzą dzieci) – komuna postanawia osiąść na własnym skrawku ziemi i stworzyć azyl jednoczący ludzi wierzących w miłość i równość, żyjących z pracy własnych rąk. Za wspólne pieniądze kupują posiadłość, rozkładają swój ostatni obóz i są gotowi koczować w spartańskich warunkach, zanim będą mogli wprowadzić się do odbudowanej budynku – do swojej prawdziwej Arkadii. Nie, nie przypięli sobie na siłę szumnej łatki; nazwa czekała na nich, powitała ich w progu nowego domu - przyjęli ją jak dobry omen. Ich sława rośnie, więc stale ktoś przyłącza się do ich wspólnoty. Arkadianie nie odmawiają nikomu pomocy: młodocianym uciekinierom, ciężarnym nastolatkom, ani ćpunom, których trzeba poddać resocjalizacji. Arkadia – wbrew stereotypowym wyobrażeniom  –  nie jest wcale zbiorowiskiem degeneratów i ludzi nieokrzesanych; jej główny trzon składa się z ludzi wykształconych, gotowych do pracy i poświęceń, przywiązanych do swoich małych ognisk domowych i dbających o edukację dzieci. Mimo to - komuna nie uniknie problemów. W końcu sprawy przyjmują zły obrót, świat wymknie się nagle spod kontroli i to w momencie, gdy już będziemy wspólnocie kibicować ze wszystkich sił. Z prawdziwym bólem serca odkryjemy, że zarodek klęski pochodzi z tej samej iskry, która powołała eksperyment do życia…



 Tłumy młodzieży na festiwalu w Monterey (źródło) Podobnie musiały wyglądać imprezy w Arkadii...


Obraz fikcyjnej hipisowskiej komuny (z pewnością inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami), jak już sygnalizowałam na początku, nie jest jedyną ideą książki. Proces tworzenia bohatera zbiorowego dało autorce pretekst do wykreowania wspaniałych portretów bohaterów indywidualnych; natomiast historia Arkadii – ewidentnie stanowi tło dla biografii szczególnego członka wspólnoty – Ridleya Sorrela Stone’a (Lutka), który jest najprawdziwszym Arkadianinem, pierwszym dzieckiem urodzonym w komunie. Historia jego narodzin staje się częścią wspólnej legendy, a on sam (z powodu wzrostu i usposobienia) jest oczkiem w głowie całej społeczności. Lutek, po prostu, ma dar wzbudzania instynktów macierzyńskich. Jest dzieckiem wrażliwym (nawet nadwrażliwym), empatycznym i szalenie inteligentnym. Ważną ideą książki było ukazanie wpływu ochronnego kokonu, którym wspólnota otuliła chłopca – na jego umiejętność radzenia i odnajdywania się w życiu. Czy człowiek, który dorasta w takich warunkach, będzie mógł się odnaleźć, gdy zostanie swojej ochrony pozbawiony? Czy rzeczywiście warunki były tak cieplarniane i pozbawione  wad? Czy idealistyczny świat z czasem nie staje się równie mroczny i przygnębiający, jak baśniowa rzeczywistość wykreowana przez braci Grimm?

Wypada teraz już zdradzić, że czytelnik od początku poznaje kronikę wspólnoty oczami Lutka, a książka w dużej mierze (w najważniejszej części) napisana jest z perspektywy dziecka. I to jest jeden z największych i najcudowniejszych atutów tej książki. Z tej perspektywy - przepełnionej wrażliwością, niezwykłą subtelnością i świeżością – wyłania się cały czar, magnetyzm i klimat opowieści. Absolutnie niezwykłej opowieści.

Jakże finezyjnie i mistrzowsko (niemal poetycko) oddany jest obraz dzieciństwa! Odkrywamy świat wraz z chłopcem, a poznajemy go w taki sposób, jaki wyłania się przed nim – w kolejnych etapach, z przybywającymi kolejnymi elementami układanki – coraz bardziej rozrastający się, nabierający treści i zrozumiały. Napisałam, że poznajemy dzieje życia Lutka Stone’a? Tyle, że to nie jest zwykła biografia, raczej stajemy się świadkami kształtowania się artysty. Poza tym wcale nie czytamy książki – lecz w jego duszy. Lutek dostrzega i rozumie więcej niż inne dzieci, bezbłędnie wychwytuje wszelkie napięcia – widzi nie tylko to, co na powierzchni, ale także to, co kryje się głęboko pod spodem… Obserwujemy zatem nie tylko sielankowy obraz Arkadii - obraz zmagań ludzi przepełnionych ideałami, ale uświadomimy sobie cenę, jaką zapłacą za swoje wyrzeczenia. Przekonamy się również, że nadmiar wolności służy tylko ludziom, którzy mają sztywny kręgosłup moralny i mocne zasady. Obraz tak licznej społeczności dał autorce możliwość ukazania rozmaitych zachowań. W tej panoramie na plan pierwszy wysuwa się relacja chłopca z rodzicami, a w szczególności z matką (Hanna to jedna z najlepiej skonstruowanych postaci). Hanna - to filar i opoka. Chociaż Lutek wychowywany jest w komunie, to matka ukształtowała jego świat. Ona sama nie potrafi do końca wyrzec się swoich korzeni i imienia. Ona zadbała, by Lutek nie zapomniał, co w życiu jest najbardziej istotne. Dzięki niej nasz bohater dowiedział się, że każdy kryje w sobie swoją tajemnicę, że człowiek nosi kilka twarzy, a życie ma skomplikowaną naturę.




Książka składa się z czterech części, które ukazują kolejne etapy życia Lutka (dzieciństwo i dorastanie oraz dojrzałość w dwóch okresach – życie w Nowym Jorku i powrót do Arkadii). Wymienione części wpisują się (w dużym uproszczeniu) w schemat: pobyt w raju, wypędzenie, powrót do raju. Dzieciństwo Lutka przypada na erę bitników, dojrzewanie i życie w Nowym Jorku (gdy on i jego rówieśnicy – muszą poradzić sobie ze światem, który nagle spadł im na głowę) – to mniej więcej czasy nam współczesne. Natomiast powrót do Arkadii – to symboliczna (i niezbyt odległa) przyszłość ludzkości.

I tu muszę przyznać, że o ile części dotyczące przeszłości i teraźniejszości połknęłam gładko, to w momencie, gdy akcja przesunęła się do przyszłości (niedalekiej, ale jednak) – narodził się we mnie jakiś wewnętrzny opór. Nie, nie przestaję śledzić fabuły z zainteresowaniem, autorka nadal ma mnie w garści, do samego końca utrzymuje jednakowy poziom, nadal w warstwie ukazującej międzyludzkie relacje osiąga mistrzostwo. Mam na myśli wyłącznie czas akcji – zastanawiam się czy taki zabieg był konieczny. Czy książka dużo zyskała przez przejście od utopii do dystopii? Rozumiem, że autorka potrzebowała klamry i podkreślenia, że ludzkości stale coś zagraża: wojna nuklearna, zamachy terrorystyczne, czy ogólnoświatowa pandemia. Ale można było dojść do takiego samego wniosku nie skacząc w czasie, dzisiaj także nie brakuje okropności, łatwiej też byłoby jednoznacznie książkę zakwalifikować. Wracając do fabuły – wydaje się przecież, że choroba Hanny i jej postawa była wystarczającym powodem, by zmusić Lutka do powrotu i ugrzęźnięcia w Arkadii (teraz zupełnie pustej, wypełnionej duchami przeszłości). To pewne, że Lutek musiał wrócić, by czegoś ważnego się nauczyć, przepracować pewną sprawę. Raz jeszcze obserwujemy jego relacje z matką, a ten motyw jest tak naładowany dramaturgią, tak chwyta za serce i pochłania, że czytelnik z odrętwieniem przyjmuje wieści sączące się z mediów o masowej tragedii świata. Przecież pisarka dobrze to rozumie (daje temu dowód), że bólem i żalem napełnia nas tylko to, na co bezpośrednio patrzymy. Nie przeżywa się odpowiednio tragedii, która jest abstrakcją!

No cóż, może rzeczywiście temperamentowi autorki nie odpowiadało kameralne zakończenie, potrzebowała bardziej spektakularnego ujęcia. Może głębszej wymowy przez to nabrał mit o wypędzeniu z raju. Osądźcie sami. Po książkę warto sięgnąć, bo to prawdziwa uczta czytelnicza, jeśli szukacie w prozie świeżości i subtelności, a także liryzmu i sporej dawki psychologii. To przecież opowieść nie tylko o dzieciństwie i znaczeniu najbliższych osób (czy Lutek, który był otoczony szczelnym kloszem uchroni własną córkę przed traumą?); to historia artysty – człowieka doświadczającego życia we wszystkich jego rejestrach; który wie, że to życie ma dwoistą naturę i nie można przed nim uciec, bo gdziekolwiek się ukryjemy – przyjdzie nam zakosztować i raju i piekła. Z tej dwoistości wynikają wszelkie konsekwencje – wady i zalety człowieka, a nawet niedoskonałość najwznioślejszego uczucia, jakim jest miłość – która może być źródłem szczęścia, ale też przyczyną najdotkliwszego bólu. 

Polecam!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:



Lauren Groff amerykańska powieściopisarka i autorka opowiadań znana jest już czytelnikowi polskiemu. Dokładnie rok temu ukazała się powieść „Fatum i furia”, która w Stanach Zjednoczonych trafiła na listy bestsellerów i wywołała zachwyt prezydenta Obamy. 


1. Ruch hipisowski ukształtował się w U.S.A. w latach 1966-70 i miał związek (m.in.) z działaniami wojennymi w Wietnamie. Młodzi mężczyźni – potencjalni poborowi buntowali się wobec bezsensownej śmierci i okaleczaniu swoich rówieśników, nie chcieli brać udziału w wojnie, która służy wyłącznie właścicielom przemysłu zbrojeniowego. Przerażenie budziła, głoszona przez media. możliwość wybuchu wojny nuklearnej. Młodzież musiała odreagować swój strach. 14 stycznia 1967 odbyła się w San Francisco impreza pod nazwą Zgromadzenie Wszystkich Plemion lub Stawanie się Człowieka. Jej organizatorzy i animatorzy nawoływali do zerwania z „amerykańskim” trybem życia, który prowadzi do utrwalenia systemu ponoszącego odpowiedzialność za śmierć tysięcy istnień ludzkich. Lato 1967, nazwane „kalifornijskim latem miłości” było okresem masowych ucieczek młodzieży z domu, uczestnictwa w koncertach (odbył się wówczas m.in. słynny festiwal muzyczny w Monterey, na którym debiutowała Janis Joplin i Jimi Hendrix).