wtorek, 29 sierpnia 2017

Podróżowanie w przestrzeni


Moim dzisiejszym gościem jest poetka i felietonistka. Autorka czterech tomików wierszy: Czekając na Malinę (2012), Liczby nieparzyste (2014), Mullaghmore (2016) i Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu (2017). Redaktorka  kwartalnika literacko-artystycznego sZAFa, serwisów ArtPub Kultura i Galeria. Od kilku lat mieszka w Irlandii. Fotografuje, inspiruje i wzbudza twórczy ferment. 
Prowadzi blog: Pierwszy Milion Nocy
Serdecznie zapraszam na rozmowę z Małgorzatą Południak.






Aleksandra Urbańczyk: Zanim zajmiemy się Twoją twórczością i działalnością, muszę zapytać o Twoją definicję artysty.

Małgorzata Południak: W sztuce współczesnej definicje są złudzeniem. Możliwe, że bycie artystą również jest złudzeniem. A tak poważnie, nie wiem nic o definicjach. Jednak wydaje mi się, że bycie indywidualistą, kimś, kto nie zmienia poglądów w zależności od tego, skąd wieje wiatr, daje poczucie odrębności. Odrębność może być punktem wyjścia do bycia artystą. W tworzeniu artysta jest sam. On i jego dzieło. Reszta to ozdobniki, karmienie ego, udawanie. Sztuka bierze się z niechęci, z obsesji, z tego, czego ludziom ubywa. R.G. Collingwood w książce The Principles of Art wyjaśnia różnicę, pomiędzy sztuką, a rzemiosłem. Oczywiście filozofia jest tylko nośnikiem twierdzeń i udowadnianiem teorii. Dzięki temu, że każdy z nas pełni swoją funkcję w życiu, zwyczajnie mamy zajęcie i decydujemy o tym, co jest dla nas ważne, a co nie. Kiedyś brałam wszystko do siebie i rozkładałam na drobne, bo jestem The Highly Sensitive Person (w angielskim lubię nieskomplikowaną mnogość odpowiednich określeń emocjonalności). Dzisiaj nie myślę już o tym jak buntownik, pozwalam sobie zwyczajnie być. Wypełniają mnie wątpliwości, dlatego chętnie czytam, co mają do powiedzenia ludzie związani ze sztuką. Collingwood napisał, że „początkiem tworzenia wiersza jest doznanie poety, wymagające wyrażenia w formie wiersza. Jednakże uznawanie nienapisanego wiersza za cel, a techniki poety za środek jest fałszywe. Wynikałoby z niego bowiem, że poeta, zanim napisze wiersz, już wie, jak on ma wyglądać, tak jak stolarz wie, jak będzie wyglądał stół, który zamierza wykonać. Tak zawsze jest z rzemieślnikiem. Tak się również dzieje w wypadku artystów, których dzieło sztuki jest zarazem dziełem rzemiosła. Jednak absolutnie nie sprawdza się to w przypadku tych artystów, których dzieło nie jest rzemiosłem, takich jak poeta improwizujący swoje strofy, rzeźbiarz bawiący się gliną i tym podobni. W takich wypadkach (które mimo wszystko są przykładami sztuki, choć na skromnym poziomie) artysta nie wie, czym jest doznanie domagające się wyrażenia, dopóki nie zostanie wyrażone. To, co chcę powiedzieć, nie tkwi w nim jako cel, dla którego trzeba znaleźć odpowiednie środki. Staje się to dla niego jasne dopiero wtedy, kiedy kształtu nabierze wiersz w jego umyśle lub glina pod jego palcami”[1]. Dlatego tak wielu wokół nas rzemieślników, a nie artystów. Kiedy człowiek jest zupełnie sam i potrafi owo pragnienie wynikające z obsesji wyrazić, wtedy według mnie rozpoczyna się proces twórczy. Myślę, że odrzuciwszy wszystko, czego się w życiu nauczyliśmy, jesteśmy w stanie pojąć istotę artyzmu i być artystą.




W definicji artysty użyłaś słowa „odrębność”. Rozumiemy ją jako „indywidualizm, niezależność, osobowość, styl, nieprzeciętność”. Oczywiście – posiadasz te cechy (w pewnym sensie poeci to także „liczby nieparzyste”). Ale jednocześnie – kiedy chce się opisać Twoją działalność, słowo „odrębność” niekoniecznie jest właściwe. „Odrębność” to przecież także elitaryzm. Ogólnie uważa się, że zawód artysty pociąga za sobą konieczność izolowania się i „znoszenia samotnej twórczej męki”. Taki obraz zupełnie do Ciebie nie pasuje. Nie jesteś artystą-samotnikiem. Wprost przeciwnie, jesteś animatorką kultury. Poetką, felietonistką, redaktorką pisma artystyczno-literackiego. Wyszukujesz artystów, prowadzisz z nimi rozmowy, uczestniczysz w wernisażach (czasem wirtualnie), udostępniasz twórczość innych osób. Wielu artystów zamyka się w swojej „odrębności”, a Ty przeciwnie. I nie mam na myśli wyłącznie kontaktów interpersonalnych, ale także samą twórczość i inspirację. U Ciebie widać, że potrzebujesz kontaktów z innymi artystami. Powiedziałaś kiedyś, że artyści muszą się w sobie wzajemnie przeglądać…

Nie jestem animatorką kultury. Ktoś tak kiedyś o mnie napisał, ale nie czuję tego w taki sposób. Możliwe, że patrząc na moje działania z zewnątrz, których spora liczba rzeczywiście dotyczy różnego rodzaju akcji związanych ze sztuką, można je tak właśnie spostrzegać – jako rodzaj animacji kultury, natomiast ja sama się nie utożsamiam z grupą ludzi zajmujących animacją kultury w sposób profesjonalny, pracujący zawodowo w domach kultury, w fundacjach i wykonujących w z związku z tym wszystkie te czynności w określonych z góry ramach, w zgodzie z zatwierdzonym planem. Czuję pewną odrębność, wolność. I w tym określeniu miejmy jasność.

Znoszenia samotnej twórczej męki – myślę, że to stereotyp. Przyjaźnię się z artystami i żaden z nich nie tworzy w męce. To nieporozumienie. Możliwe, że to jakiś żart, który wpasował się w sposób myślenia wielu osób. Mówię o emocjach, przyjemności i satysfakcji, nie czuję męki. Gwarantuję ci, że moi bliscy, którzy tworzą, znajdują wiele określeń, by nazwać emocje, od których rozpoczyna się proces twórczy, ale nie ma tam odrobiny męki. Możliwe, że ktoś cierpi na ból pleców czy łokcia, wtedy to owszem, może być męka w czasie tworzenia, ale wynika z innej przyczyny, fizycznego bólu. Poza tym samotność to przywilej. I właśnie, Olu, jestem samotnikiem, nie wiem, skąd to przekonanie, że potrzebuję kontaktów z ludźmi. Żeby się w sobie przeglądać, nie muszę mieć człowieka-artysty naprzeciwko siebie, wystarczy mi jego obraz, rzeźba, praca i to miałam na myśli, mówiąc o wzajemności. Nie potrzebuję rozmów, by być z kimś blisko, wystarczą listy i świadomość, że osoba, która mnie inspiruje, myśli podobnie. Coraz częściej czuję, że towarzysko nie mam nic do powiedzenia. Pisanie bloga, gdzie ludzie zostawiają w komentarzach swoje spostrzeżenia stanowi inny rodzaj komunikacji. Nie jest bezpośredni i to mi właściwie odpowiada. Kontakt jest pisemny, a rzeczywisty raz na jakiś czas; to i tak dla mnie ogromny wysiłek, chociaż ogromna przyjemność, a wysiłek wynika z tremy. Uwielbiam milczeć. Od trzynastu lat nie mam w domu telewizora. Często siedzę w ciszy, czytam, pracuję i moja rodzina również. I z podobnymi ludźmi utrzymuję kontakt. Formuły, konstrukcje do których przywykli odbiorcy… Czy to jest rzeczywiście istotne? Cały ten szum, spotkania, nawiązywanie kontaktów, aktywność – to przestało mnie interesować. I nie patrz na mój wall na Facebooku, tam sobie tylko gromadzę inspiracje i obserwuję ludzi. Kiedyś bardzo mi zależało, by przynależeć do jakieś grupy, zależało mi na akceptacji, pragnęłam być blisko, bo chciałam zrozumieć fenomen tego, co robią inni, trochę im poprzeszkadzać, wzbudzić twórczy ferment. Niestety odbiłam się od muru, który był dla mnie nie do przebicia. Z czasem zrozumiałam, że dzieli nas poczucie estetyki, społeczne potrzeby i zainteresowania. Pojęłam, że moja wyobraźnia i głód poznawania jest czymś zupełnie innym i w aspekcie formalnym odsunęłam się od nich świadomie i bez żalu. Konieczność izolowania? Wynikła sama z siebie. A jednak nie, to nie jest konieczność. W ogólnym rozrachunku powinnam być wdzięczna osobom, które miały na to wpływ, bo właśnie dzięki ich postawom odrzuciłam cały ten przemysł kulturowy, z którego nic nie wynika, a najczęściej tylko jakiś zafałszowany obraz sukcesu. Mnie zależy na czytelnikach, bliskich i przyjaciołach (chociaż w moim przypadku bliscy i przyjaciele to ci sami ludzie). Dlatego skoncentrowałam się na blogu i „sZAFie”. A udostępnianie twórczości... kim bym była, gdybym chowała piękno w szufladach?




Dobrze, zostawmy zbyt duże słowa. Faktycznie, nie mówimy o festiwalach i imprezach ogólnokrajowych, mówimy o zachęcaniu ludzi do twórczego wysiłku, do współpracy przy tworzeniu „sZAFy”, o udostępnianiu twórczości poetów, malarzy, grafików. Nie musisz bywać na spotkaniach, by mieć wpływ na ludzi. Nie nazywajmy tego „animacją”, niech to będzie „otwarta postawa” i „inspiracja”.
Celowo zapytałam o „konieczność znoszenia samotnej twórczej męki” – i był to już w założeniu najoczywistszy stereotyp! Nasza rozmowa jest najlepszym przykładem – jak trudną materią jest słowo i jak precyzyjnie trzeba go używać, żeby nie zostać zrozumianym opacznie. Słowo jest narzędziem i materiałem poety. Musi jednocześnie wyrazić jego nastrój i myśl (świat wewnętrzny), a jednocześnie musi odzwierciedlić świat zewnętrzny. Jak wygląda u Ciebie ten proces? W jaki sposób „mieszasz farby” -  jak szukasz słów, by wypowiedzieć to, co konieczne? Czy jest to proces świadomy?

Tak. Z otwartą postawą i inspiracją mogę się zgodzić. Jeżeli zaś chodzi o pisanie, musimy umieć wniknąć w istotę narzędzia, którego używamy, czyli język – rozumieć związki gramatyczne, stylistyczne, interpunkcję. Ponadto bez znajomości teorii, czytania klasyków i rozsądnego podejścia do samej struktury słowa, pisanie to tylko zabawa, z której nie wynika nic znaczącego. Nie napiszesz kompozycji muzycznej bez znajomości nut ani czystej formy, nie mając pewnych umiejętności, wiedzy i talentu. Temat pisania nigdy nie zostanie wyczerpany, bo o to spierają się teoretycy i badacze. O sobie mogę jedynie napisać, że poezja zawsze była dla mnie kłopotliwa. To wciąż tylko próby odejścia od wyuczonych form. Obalanie dialektycznych koncepcji, do których wszyscy przywykli i ciągłe poznawanie siebie. Ponieważ według mnie poezja nic nie musi. Dla mnie to obszar wielu zainteresowań i obsesji. Oczywiście nie twierdzę, że każdy tak ma. Moje zdolności poznawcze, emocjonalność, napięcie… Ciągłe pytania i odpowiedzi, funkcjonowanie tu i teraz, poszukiwania i korzystanie z ponadczasowych mądrości klasyków… Potrafię pisać na zamówienie, ale to jest właśnie rzemiosło, o którym wspomniałam na początku w cytacie z Collingwooda. Poezja to jednak nie to samo, co felietony czy eseje o sztuce. Poezja nadchodzi i nie znika, układa się w głowie i czasami akceptuję w sobie ten wybór. Wtedy utrwalam w słowie mój sposób ekspresji, który bywa hermetyczny. Ale dzięki temu pozostaję w zgodzie ze sobą. W obszarze, w którym się poruszam. To suma mojej wrażliwości, inteligencji i zainteresowań. Jeżeli chodzi o barwność… Popatrz na ludzi i powiedz, jacy cię interesują. Jaka jest ich siła przyciągania? Z kim chciałabyś się zmierzyć, poznać jego smak? Słowa służą do określonego celu, a jaki będzie lub jest cel? Na to składa się tak wiele. Bez świadomości, kim jestem, czym jest dla mnie świat, historia jako kolebka życia, nie angażowałabym się w wiersze. To mój eksperyment i pewnie dopiero się okaże, gdzie mnie zaprowadzi. Lubię wzbudzać w ludziach napięcie. Tak, to lubię, ten rodzaj emocji wciąż mi towarzyszy w wierszach. Cała reszta, to krajobrazy, przyciąganie ziemskie i świadome używanie słowa.

Gnębię Cię trochę i przepytuję, chociaż wiem, jak trudno zdefiniować pewne pojęcia. A wiem to nie od kogo innego, tylko od Ciebie. Z wiersza O definicjach z Liczb nieparzystych (w którym docierasz do istoty miłości przez zanegowanie pewnych sposobów wyrażania miłości, symboli i stereotypów, które bywają mylone z miłością, ale nią nie są). Albo wiersz Skórki z pomarańczy, również z Liczb nieparzystych – utwór, który powstał z tego, co uwiera. Z zaskakujących zestawień: eksplozje i fajerwerki, trzęsienie ziemi, powitanie Nowego Roku i poród… To skrajne doświadczenia człowieka, a jednak dociera do nas, że w stanie największej radości czy strachu nasze reakcje, obserwowane z boku, mogą wyglądać bardzo podobnie… A najlepiej będzie, jeśli przyjrzymy się Przemianie z tomiku Mullaghmore – ponieważ ten wiersz idealnie ilustruje to, o czym mówimy. Oddaje niepokój artysty, który zastanawia się jak wyrazić świat i człowieka, który zdolny jest do stworzenia czegoś tak niewyobrażalnie niebezpiecznego jak bomba atomowa, a jednocześnie  tak trywialnego (oraz budzącego zgoła inne wrażenia) jak pończochy ze szwem…  Jak opowiedzieć wrzesień gęstym pędzlem - skoro wrzesień to tak wiele doznań (m.in. kolorów, smaków, zapachów)? Przecież w tym wierszu właśnie o tym jest mowa; próbujesz pokazać jak trudną materią jest słowo i jak świat wymyka się definicjom… A emocje i napięcia? Czy możesz wskazać utwór ważny dla Ciebie, który najlepiej zilustruje Twój „eksperyment”, Twoje emocje?
Czytasz wiersz i sama go analizujesz, nie jestem Ci potrzebna do odpowiedzi na pytania, one są w tobie.
Jakiś czas temu poznałam przez bloga siostrę Judytę. Była misjonarką i wróciła z Kamerunu do Polski z powodu choroby. Rozmawiałyśmy poza blogiem. O życiu, chorobach i literaturze. W którymś momencie zamilkła i napisałam wiadomość zawierającą pytanie, co u niej. Odpisała krótko: napisz dla mnie wiersz. Jeszcze wtedy nie czułam, że jest bardzo źle i jesteśmy na końcu jej drogi, ale wiedziałam, że nie mogę czekać. Miałam jakiś tam tekst w zanadrzu, uznałam, że odleżał swój czas i nadaje się dla siostry zakonnej. Wysłałam i czekałam. Odpowiedź nie nadchodziła, więc pomyślałam, że nie był wystarczająco dobry, analizowałam milczenie, wymyślając hipotetyczne przyczyny. Jednak nie napisałam tego wiersza dla Judyty. Leżał i czekał, aż uznam, że jest gotowy. Nagły przypływ emocji spowodował, że napisałam inny wiersz – O przechodzeniu – który otwiera się tak: „Wiersz dla Judyty nie był o Judycie”. Siostra już wtedy umierała. W trakcie trudnej chemii tekst przyniósł jej ulgę. Nie wkleję tu całego listu, bo tajemnica korespondencji jest dla mnie ważna, jednak w ostatniej wiadomości napisała: „Kochana, pisz, bo Twoje wiersze są... nie wiem, jak to nazwać, bo żadna ze mnie specjalistka od poezji... one są prawdziwe!”. Odeszła w ciszy. Judyta nadal jest w tych dwóch wierszach, jest ważną częścią tomu Mullaghmore. Święta podróżniczka z Kamerunu, która patrzy na mnie każdego dnia. Zresztą wiersze związane z ludźmi w jakieś części przynależą do nich, wzruszają mnie i są obrazami stanów emocjonalnych towarzyszących zwykłym okolicznościom, pochodzą z rozmów, ze strachu, pobudzenia, z poznawania i nazywania myśli. Każdy pełni jakąś funkcję, ale wybacz, że nie będę ich analizowała.




Oczywiście, że nie, ale dobrze, że je wspomniałaś. Wiersz O przechodzeniu jest niezwykły… To hołd i świadectwo jej misji. Wywiera szczególne wrażenie, zwłaszcza jeżeli odbiorca miał styczność z adresatką lub czytywał jej blog… Ale Judyta nie jest jedyną adresatką Twoich utworów, bo lubisz zwracać się bezpośrednio do konkretnych osób, a cały tomik zadedykowałaś artystce i przyjaciółce Basi Trzybulskiej. To właśnie adresatkę tomiku miałam na myśli, gdy mówiłam, że artyści potrzebują siebie, żeby się swojej sztuce wzajemnie przyglądać, również po to, by się w niej przeglądać…

Hołd to zbyt podniosłe słowo, Judyta była skromną zakonnicą. Świadczyła o tym jej praca i wybór drogi misyjnej. Podziwiałam w niej oddanie dzieciom, skromność i pogodzenie z losem. Służebność jest czymś w rodzaju namaszczenia i tak o niej myślę, o mojej świętej, którą spotkałam u schyłku jej życia.

Baśka zaczęła czytać moje wiersze i nadała im głębszy sens poprzez tworzenie prac z motywami z tekstów. Kiedy ją spotkałam, doznałam pewnego oczarowania. Bliskość przyrody, odrębność, sposób, w jaki traktuje literaturę, szacunek do tego, czym się zajmuje, i podobna nieugiętość jeżeli chodzi o pojmowanie sztuki. Dzielimy się własnymi obsesjami, które są podłożem tworzenia. Przedmioty, które wykonała, wiszą i stoją u mnie w domu – przypisane różnym zmysłom. Ona lepi w glinie, ja w słowach. Przekształcamy nasze prace i udzielamy sobie wskazówek. Nie robimy tego jakoś specjalnie, na siłę. Często wynika to jedynie z rozmów, cytatów, które nas zatrzymują, czy z podobnych wartości, na których się w danej chwili skupiamy. Nie wiem kto jaką miarą obejmuje intensywność poznawania i uznaje za ważną w swojej twórczej pracy, dla mnie liczy się piękno wydobyte z natury. To nas łączy i zwyczajnie przypomina o skłonnościach do alienacji. Ludzie w różny sposób okazują sobie uczucia, to, że są dla siebie istotni. Sprawiają, że zatrzymujemy się w ich świecie i widzimy podobnie, chociaż patrzymy w jeden punkt z różnych perspektyw. Nie musimy wypowiadać wielu słów, wiemy, że jesteśmy dla siebie ważne. Basia jest powściągliwa, zafascynowana ziemią i naturą, co nazwałam naturalnym konserwatyzmem. Jej silne przywiązanie do gliny i tego, co robi, niezwykle mi imponuje. Dzięki niej dokładniej przyglądam się wyspie i odgłosom dobiegającym z oceanu. Nasiąknęłyśmy wrażeniami, stąd Mullaghmore jest właśnie jej książką. Mimo że w Liczbach nieparzystych znajduje się Basi ulubiony wiersz Podróżowanie w przestrzeni. Nie działamy wbrew sobie, ale znamy znaczenie słów i obie wiemy, czym wypełniamy nasze domy. Przyjaźń opieramy na solidnych fundamentach, układamy na nich domy, wypełniamy zdolnościami, ciekawością, biologicznymi mechanizmami. Rejestrujmy najróżniejsze czynniki, które mają na nas wpływ. Innych ludzi, ich twórczość. Nie jesteśmy zamknięte na siebie, stąd w książce inne dedykacje i elementy układanki.




Doskonale, że użyłaś tego określenia, ponieważ Twoje wiersze stanowią w pewnym sensie elementy większej układanki. Kolejne tomiki niekoniecznie są zamkniętymi, odrębnymi całościami, istnieje cała sieć powiązań. To nie tylko elementy krajobrazu (zupełnie naturalne, ale nigdy nie służące wyłącznie do dekoracji). Elementami wiążącymi muszą być osoby, z którymi czasem prowadzisz swego rodzaju dyskurs, a wreszcie  odwołania do lektur. Najbardziej rzucające się w oczy odniesienie prowadzi do Ingeborg Bachmann i jej książki Malina. Wiersz o Judycie – podarowany Judycie – nie mógł powstać jako hołd, to prawda. Ale tytuł Twojego pierwszego tomiku (Czekając na Malinę), później cytat w Liczbach nieparzystych – to już ewidentnie hołd dla austriackiej eseistki, pisarki i poetki. Nie pytam, czy to Twoja najważniejsza książka, raczej jedna w wielu ważnych (nie wierzę, że ktokolwiek potrafi wskazać tylko jedną). W Twoim przypadku to więcej niż inspiracja, to ten sam rodzaj wrażliwości i ekspresji – wyrażenie się za pomocą rwanych scen, gąszczu myśli i niedopowiedzeń. Zapytam raczej, w którym momencie Twojego życia pojawiła się Ingeborg (z jej Maliną, z trudną, rwaną, gęstą, a jednocześnie powściągliwą narracją)? Jak długo trwa ta fascynacja? Czy to właśnie ona skłoniła Cię do wypowiadania się w formie wiersza, czy raczej  Wasza znajomość zaczęła się zupełnie inaczej, wcześniej?

Hołd. Zwyczajnie czułam potrzebę utrwalania. Poza tym nie korzystam ze słów nieadekwatnych, zbyt pejoratywnie nacechowanych. Bywa, że niektórzy piszący przesadzają z emocjami, a efekt jest często powierzchowny i groteskowy. Tak się właśnie dzieje współcześnie, ludzie w Polsce dzielą się na atakujących i zwolenników – hołubią słowa, których znaczenia często nie pojmują, lub przesadnie eksponują zjawiska, nadając im istotnymi słowami coś, czego w nich nie ma. Naturalnie unikam trywializacji emocji, tego, co mnie przez lata przenika. Wartość niektórych słów została popsuta, bo przypisuje się im zbyt wiele. Tak łatwo przekroczyć granicę estetyki. Nie mam złudzeń, że dzisiaj sens wielu słów został wypaczony.

Nie wiem, kiedy poznałam Malinę, to było tak dawno, że trudno mi dzisiaj wskazać odpowiedni czas. Możliwe, że Malina zawsze żyła we mnie, już od najmłodszych lat, dopiero lektura Bachmann spowodowała, że nazwałam ten męski pierwiastek i wykorzystałam w wierszach. Książkę dostałam od przyjaciółki. Czytałam i czułam się jak w surrealnym świecie. To był czas nieobecności, więc treść książki idealnie układała się w głowie, a emocje trawiły i trawiły, by utrwalić, co miały utrwalić. Wciąż wracam do Bachmann, ale również do Celana, do ich listów. Trudno, by z tej obsesji nic nie odbiło się w wierszach. Fascynacja wciąż trwa, a co mnie skłoniło do takiej formy wypowiedzi? Nie wiem. Umysł pobudza do różnych zajęć, czasami pozwalam mu zwyczajnie się ukonkretnić w postaci wierszy. Mocno przeżywam zachodzące zmiany. Mam bardzo bogate życie. Nie nudzę się z sobą, wykorzystuję intuicję, wyobraźnię, wiedzę. Ta interaktywność trwa i wciąż domaga się nowych bodźców. Tworzę figury retoryczne, bo one urozmaicają wydźwięk tego, co chcę zapisać. Aparat zmysłów to dla mnie wciąż coś niepojętego, ale korzystam z tego dobrodziejstwa, bo dlaczego nie?

Ale dlaczego w takim razie przemodelowałaś tytuł pierwszego tomiku (z Malina już tutaj nie mieszka na Czekając na Malinę)? Zmienił zupełnie sens. Pierwszy odpowiadał temu, co towarzyszyło temu momentowi Twojego życia, gdy je diametralnie zmieniałaś. Przeprowadzka na wyspę. Publikacja pierwszego tomiku. Wielka zmiana. Poprzedni tytuł szyfrował wszystko, łącznie z lękiem i niepewnością, domykaniem pewnych spraw…

Nie zmieniłam tytułu, od zawsze był Czekając na Malinę. Malina już tutaj nie mieszka – to tytuł posłowia, który jest na końcu książki.




Niedawno ukazał się kolejny tomik Twoich wierszy – Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu, zadedykowany Kasi Tchórz. Na okładce – jej obraz. To kolejna ważna osoba w Twoim życiu – przyjaciółka, ale także bliska Ci artystka, z którą wiele Cię łączy. Nie może jej zabraknąć w Twoim autoportrecie. Co Was zbliżyło z Kasią Tchórz? Jak zrodził się pomysł projektu Przedzieranie?

Kasię poznałam przez Jacka Witczyńskiego, który założył wirtualną galerię Artpub. Sprowokował mnie i Kasię do stworzenia wspólnej wystawy. Głównym tematem był Nosorożec, ale również inne motywy. Prezentację można obejrzeć i poczytać o niej na stronie Artpubu. Mamy z Kasią mnóstwo wspólnych tematów, zainteresowań i pasji, nasza znajomość trwa. I – jak napisałam wcześniej – dedykacją bliskiej osobie okazuję, że jest dla mnie ważna. Marzę, by wydać album z pracami przyjaciół i z wierszami, ale w obecnych okolicznościach wydawniczych nie jest to takie łatwe. Wydaje mi się, że poeta, bez artystycznych przyjaźni odrobinę się dusi i nie dostrzega powidoków, które towarzyszą artystom wizualnym. Bez procesu poznawczego trudno jest zauważyć pragnienia i te wartości, które skłaniają nas do działania. Powiązania, role, które w sobie kształtujemy, motywy, to składnia tego, kim jesteśmy. Zbliżamy się do ludzi podobnych, stąd to przeglądanie i przyglądanie się. Dostarczamy sobie odpowiednich uwag, korygujemy się wzajemnie, recenzujemy, taki proces ewolucyjny twórczości. To bardzo przydatne, gdy człowiek wciąż się rozwija i szuka.

Dzisiaj Nosorożec jest już symbolem, jednym z Twoich (Waszych?) znaków rozpoznawczych. Kto wymyślił Nosorożca?

Jest jednym z najdłużej żyjących ssaków na ziemi, więc nie ja. (Śmiech) Ale możliwe, że współcześnie ludzie przyczynią się do zagłady tego gatunku. Przez wiarę w zabobony i chciwość. Wielu artystów uosabia nosorożce. Polecam czytelnikom film Czas nosorożca z Monicą Bellucci, to poetycki i niezwykły obraz wyalienowanych, zagrożonych wrażliwców. Jak łatwo o śmierć delikatnego stworzenia. Myślę, że masowe mordowanie zwierząt, które są pod ochroną, doprowadzi rasę ludzką do wyginięcia chwilę po nosorożcach. Możliwe, że trochę to potrwa, ale w przyrodzie nic nie uchodzi bezkarnie. Obserwuję, jak zmienia się klimat. Wycinając lasy i puszcze, powodujemy, że tlenu jest coraz mniej. W innym miejscu wypalanie lasów tropikalnych przez producentów oleju palmowego prowadzi do globalnej ekologicznej katastrofy. Wydobywanie węgla kamiennego i przemysł, produkcja gazów ciężkich i pyłów. Topiący się lodowiec. Uważni obserwują, co się dzieje, a przywódcy państw przerzucają odpowiedzialność jeden na drugiego. Próby jądrowe w oceanach, zanieczyszczanie wód, śmierć rafy koralowej, rytualne mordowanie grindwali, mam wymieniać dalej? Trujemy, co się da i ile tylko można. To nam naprawdę nie ujdzie na sucho. Przejmuję się tym i często wspominam w wierszach o współuczestnictwie ludzi w zagładzie świata. Jeżeli nie dojdzie do globalnego zainteresowania ekologią, Ziemia umrze i tyle będzie z naszej sztuki, literatury i muzyki.   




Gdy myślę o Tobie i Twojej twórczości, stale w tyle głowy kołacze mi się tytuł książki Czesława Miłosza – Życie na wyspach. Poeci, zdaniem Miłosza, żyją na metaforycznych wyspach. Wyspa chroni, ale też izoluje, można tę metaforę rozumieć odpowiednio wieloznacznie. Jesteś poetką, która wpasowała się w ten obraz nie tylko metaforycznie, ale także dosłownie. Zadomowiłaś się w Irlandii, w jej kulturze i krajobrazach. Nie jest to rodzaj płytkiego zachłyśnięcia się nowym miejscem, u Ciebie nie znajdzie się nic tak płaskiego. Krajobrazy Irlandii raczej tylko rozszerzyły Twoją „paletę barw”. Znalazłaś w nich idealne odniesienia, ilustrację dla własnej wrażliwości, emocji i rodzaju ekspresji. Huczące fale, surowe klify, „osadzony krajobraz”, który „opada w morze” – świetnie obrazują to, co Cię dręczy, do czego stale wracasz.

Zapytałam o Nosorożca (wiem, to było dyletanckie pytanie), ale w ten sposób dotarłyśmy do istoty Twojej twórczości. Bo szeroko odbija się w niej lęk przed tym, co nam niesie przyszłość. Zwracasz uwagę, że człowiek nie potrafi wyciągnąć wniosków z ostrzeżeń, potykasz się „o coś wystającego. Wyszczerbione drzwi, pogięte balustrady, dymiące kominy”. Załóżmy, że wspinaczka górska może być symbolem walki człowieka, który ma jeszcze ideały, symbolem jego pracy nad sobą… W Twoich oczach ludzie już nie chcą podejmować tego wysiłku. Nawet już nie chodzą po płaskim, wybierają drogę najłatwiejszą, by mieć z górki. I nie widzą zagrożenia, ponieważ „wydaje się, że kiedy jest stromo, łatwiej dobiec. Wprost do oceanu”.

Dla równowagi – piszesz również wiersze, w których znajdziemy przestrzeń dla wytchnienia. Uciekasz do Mullaghmore – miejsca szczególnego, nieskażonego cywilizacją, niepodłączonego do sieci; miejsca rzeczywistego, a jednocześnie (jak się wydaje czytelnikowi) oddzielonego od przeszłości jakąś zaledwie półprzezroczystą kurtyną; miejsca, w którym chyba najłatwiej jest „przekroczyć barierę rzeczywistości”. Jak odkryłaś Mullaghmore i czym ono dla Ciebie jest?

Wybierałam się „do Yeatsa”. Zerknęłam na mapę i wynotowałam lokalizacje, które miały dla niego znaczenie. Okazało się, że hrabstwo Sligo jest świetnie przygotowane turystycznie i proponuje trasę, która ma specjalne oznaczenie i prowadzi w różne zakątki związane z twórcą. Mnie jednak bardziej zależało na zobaczeniu czegoś, co jest poza trasą turystyczną, Bo już tak mam, że zawsze schodzę z tras dla mas. Przeczytałam w jednej z książek o Irlandii, że w zatoce Mullaghmore członkowie IRA w terrorystycznym zamachu zamordowali księcia Mountbattena. Interesują mnie wpływy kolonistów w Irlandii, stąd chęć, by pojechać w owe miejsca i odtworzyć w głowie, jak to mogło wyglądać. I kiedy tam dotarłam, zapomniałam o rodzinie królewskiej. Zobaczyłam przestrzeń, która mną zawładnęła. Klify, falujący ocean, cisza, pustkowie. Piękne kwiaty, torf, góry. Położyłam się na trawie i tam umarłam. Kiedy otworzyłam oczy ponowie, wiedziałam, że będę wracać na półwysep. Tam będę oddychała najpełniej. Nie można żyć w Irlandii, nie zgłębiając jej historii. Jak się kogoś lub coś kocha, to chce się jak najwięcej wiedzieć, tak zwyczajnie – o miejscu, ludziach, pokoleniach, kamieniach, roślinach, zwierzętach. Każdy zakątek, rzeka, jezioro, wodospad nabierają znaczenia. Precyzyjne wycinanie słów, by zgodnie z pulsowaniem oceanu przenosiły się w oczach i w wyobraźni. Obrazy stąd, zapach wiatru i ziemi. Oczywiście obrazy bywają różnie odbierane, ale to już jest rola czytelnika, nie moja. Wiem, co zaszczepiłam w wierszach i tyle. Co z mojej wyspy wysp kiełkuje w słowach? Każdy z emigrantów żyje inaczej. Skłanianie się do podjęcia jakiegoś wysiłku jest czymś więcej niż tylko rozmową z rodakami. Ale już dawno zrozumiałam, że jestem odpowiedzialna jedynie za siebie i moją rodzinę. Głośne wieczorne czytanie książek, rozmowy, angażowanie się w życie. Poznawanie, obserwowanie i uczestniczenie. Nie da się w jednej rozmowie tak głęboko wyjaśnić każdego pragnienia, które zmieniło się w obsesję. Głód tych ludzi, kiedy zaraza ziemniaczana strawiła pola. Odradzanie się tego, co koloniści przez lata próbowali w agresywny sposób wyplenić. Identyfikuję się z tym życiem. Dramatycznym, ale również pięknym, oświeconym i walecznym. Tutaj właściwie nie muszę szukać bodźców, one przeradzają się w emocje. Praktycznie w każdym miejscu jest jakiś pozostawiony ponad sto siedemdziesiąt lat temu dom lub cała osada. Znaków jest tak wiele… Z nimi odczuwam historie, opowieści i konkretne zdarzenia. Niektóre budzą we mnie smutek. Mimo piękna, jakie roztacza się dookoła. Staję i przerzucam w głowie slajdy. Wypowiadam bezgłośnie modlitwy matek. Wracam do domu i zapisuję brzmienie słów. I nie wiem, co jest istotą mojej twórczości - bezbronność ludzi, którzy mieszkali i zostali zamordowani przez kolonistów czy pochłonięci przez ocean rybacy? Chmary ptaków czy ludzkie ciała unoszące się na wodzie? Nie wiem, czy groza tych miejsc wpłynęła na mnie wystarczająco głęboko, bym potrafiła napisać o istocie, czyli o życiu, które mam tu i teraz. Swoboda wobec piękna, którą przyswoiłam na wyspie, oderwała mnie w jakimś stopniu od konsumpcjonizmu. Jestem zwrócona ku sobie. Czuję się wolna.


Wszystkie fotografie autorstwa Małgorzaty Południak






[1] Noël Carroll, Filozofia sztuki masowej, przełożył Mirosław Przylipiak, str. 66, 65 przypis  do cytatu z książki – R.G. Collingwooda The Principles of Art,Oxford 1969. Książka ta po raz pierwszy ukazała się w 1938 roku nakładem wydawnictwa Clarendon Press.

sobota, 26 sierpnia 2017

Każdy ma swój Patusan...






Lord Jim to jedno z najwybitniejszych dzieł Josepha Conrada. Było cenione już za jego życia, z czego pisarz sobie zdawał sprawę - z wdziękiem i klasą przyznaje się do tego w przedsłowiu. O książce krążą opinie, że jest utrapieniem uczniów, do czego nie mogę się odnieść. Poznałam ją, gdy przekroczyłam smugę cienia, być może dlatego Joseph Conrad mnie oczarował. To jeden z ponadczasowych klasyków. Ale co w tym konkretnym wypadku znaczy, że dzieło jest ponadczasowe? Pisarz uchodzi za piewcę epoki romantycznych żaglowców, która już wówczas, gdy tworzył – odchodziła w przeszłość. Ale przecież nie tylko mijający etap dziejów ludzkich ratował Conrad od zapomnienia. W swoich powieściach i opowiadaniach autor przede wszystkim lubił wystawiać granice moralne i etyczne człowieka na próbę. Głównym wątkiem Lorda Jima jest utrata, a potem mozolne dążenie do odzyskania honoru. Nie tylko z podtekstów i aluzji, ale z całej treści książki wynika, że Conrad taktował honor jako fundament etycznego kodeksu, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że ten ideał najczęściej ludzi przerasta. Ponieważ w tej kwestii nic się dzisiaj nie poprawiło – powieść pozostaje porażająco aktualna. Zmieniło się wszystko: dekoracje, technika, układy polityczne, realia życia, oblicze handlu i warunki pracy marynarzy. Ani trochę nie uległa zmianie natura ludzka. Gdyby Conrad żył w naszych czasach - mógłby napisać całkiem podobną książkę. Dysponowałby takim samym materiałem do swoich obserwacji. Nawet identyczny impuls mógłby go popchnąć do sięgnięcia po pióro… Przypomnijmy sobie niechlubną ucieczkę włoskiego kapitana ze statku Costa Concordia na początku 2012 roku. Nie przytaczam tego przykładu wyłącznie z powodu wrodzonej niegodziwości. Wspominam, bo dzięki tej prostej analogii można przymierzyć echa tej sprawy do historii pielgrzymów z Patny, którą opisał Conrad, by uświadomić sobie, mniej więcej, z jaką niesławą walczył jego bohater. Szczerze mówiąc – mając całkiem świeżo w pamięci tę sprawę, nie bardzo mogę zrozumieć – jak można wynudzić się historią Jima. No cóż… Conrad z pewnością znalazłby dzisiaj inspirację. Tylko czy Marlow mógłby liczyć na równie cierpliwych słuchaczy? Czy w naszym zabieganym świecie, w którym nie mamy czasu dla bliźnich - znalazłoby się grono osób gotowe, by rozsiąść się na tarasie i wysłuchać tej opowieści do końca? Czy ktokolwiek z takim samym zaangażowaniem próbowałby wniknąć w istotę walki, którą toczył młody marynarz?

Jim nie znalazł azylu w Patusanie. Chłopak zrozumiał to od razu, wszak nie o azyl mu chodziło. Docenił raczej warunki, w których dostrzegł możliwość własnej rehabilitacji. Patusan jest fikcyjną krainą. Znawcy twórczości Conrada doszukują się jej gdzieś na krańcach Borneo lub na Sumatrze. Zupełnie niepotrzebnie. Przez wiele lat pisarz sam był marynarzem, znał świat, w niejednym porcie zarzucił kotwicę i mógł swojego bohatera umieścić gdziekolwiek, wysłać w konkretne, łatwe do ustalenia miejsce. Ale tego nie zrobił. Potrzebny mu był z jakichś względów Patusan, którego nie trzeba koniecznie odczytywać w kategoriach geograficznych. To dzika kraina, odizolowana od cywilizacji i targana wewnętrznymi niepokojami. Aż prosi się, żeby zobaczyć w niej metaforę duszy. Właśnie duszy, nie sumienia. Sumienie można oszukiwać i zagłuszać, ale to nie jest przypadek naszego bohatera. Jim walczy z własnymi demonami, ale wszelkie konsekwencje przyjmuje z podniesionym czołem. Patusan może być obrazem duszy człowieka, która dąży do doskonałości, chociaż nieraz ponosi klęskę za klęską. Zbyt wydumane? No cóż. Na tym właśnie polega urok ponadczasowych powieści, że można z nich bez końca wysnuwać rozmaite interpretacje.

Konstrukcja książki narzuca wniosek, że książka powstała jako hołd dla sztuki opowieści. Narrator, którego Conrad wprowadził z wiadomych powodów i bez którego historia Jima nie miałaby takiej siły rażenia - jest bardem. Oczywiście Marlow jest osobiście zaangażowany w historię i opowiada ją z szorstką czułością. Jest dla Jima przyjacielem, dobroczyńcą, niemal zastępczym ojcem. Ale jednocześnie nasuwają się podejrzenia, że jest uwspółcześnionym Homerem. Marlow snuje swą opowieść, która jest przecież nie czym innym, tylko pieśnią o bohaterze. O tragicznym bohaterze, co można rozpatrywać w mitycznym wymiarze, ponieważ jego ostateczne zwycięstwo – staje się jednocześnie jego ostateczną klęską. Lub odwrotnie: jego klęska jest jego zwycięstwem.

Homer, mity i pieśni – powyższe skojarzenia nie pojawiają się przypadkowo. Conrad z całą pewnością odwołał się do znanego mitu, a jednocześnie zrewolucjonizował go. Przecież w jego powieści odbija się echem historia Edypa. Obaj przecież tak samo – Edyp i Jim – odeszli, by czemuś zapobiec. Nie szukali schronienia, wprost przeciwnie: rzucili życiu wyzwanie. Edyp chciał znaleźć się z dala od swoich rodziców, którym według przepowiedni, zagrażał. Jim miał świadomość, że w znanym mu świecie – nikt nie pozwoli mu zapomnieć o błędzie. Oboje udali się na dobrowolną tułaczkę. Joseph Conrad zmienił jednak najistotniejszy element mitu. W gruncie rzeczy – historia Edypa miała uświadomić, że człowiek nie może wygrać z przeznaczeniem, ponieważ ciąży nad nim FATUM – nieuchronny los, który przypada każdemu z woli bogów. Conrad ten pogląd wywrócił na nice. Jego zdaniem przyczyny klęski człowieka nie pochodzą od czynników zewnętrznych – lecz tkwią w samym człowieku. Jim nigdzie nie mógł czuć się bezpiecznie. Nie ma takich krańców świata, gdzie mógłby się schronić. Można ukrywać się przez całe życie – i w zasadzie ucieknie się od wszystkiego – od dawnego stylu życia, od cywilizacji, od całego świata. Ale nie można uciec od siebie samego.


Tekst opublikowany w:




wtorek, 22 sierpnia 2017

„Wakacje u dziadków”, Magdalena Zarębska - recenzja



30 czerwca br. - u samego progu wakacji ukazała się książeczka Magdaleny Zarębskiej pod wymownym tytułem: „Wakacje u dziadków”. Publikacja jest przeznaczona dla dzieci młodszej grupy wiekowej -  napisana lekko, z poczuciem humoru, a zarazem z wyczuciem realiów, a zwłaszcza doskonałą znajomością relacji między rodzeństwem – stanowić może doskonałą lekturę przeznaczoną do wspólnego czytania dla rodziców i młodszych pociech, ale też jest idealnym wyzwaniem dla dzieci, które samodzielnie rozpoczynają swoją wielką przygodę z czytaniem. Lato (przecież jeszcze trwa), spotkanie z naturą, odkrywanie zalet życia na wsi i trójka rozbrykanych urwisów  – to gwarancja dobrej zabawy dla całej rodziny.

Mieszczuchy jadą na wieś

Amelia, Laura i Tymek bez wielkiego entuzjazmu myślą o swoim wyjeździe do dziadków. Rodzice są przejęci, znają rozrywki swoich dzieci i boją się, że może im grozić nuda. Trojaczki jeszcze nigdy nie przebywały tak długo poza domem (wyjeżdżają przecież na całe długie dwa miesiące), więc żeby jakoś je udobruchać – rodzice pozwalają im spakować całkiem sporą kolekcję zabawek i gadżetów. Samochód pęka w szwach, okazuje się, że dla pasażerów nie starczy już miejsca! Trojaczki wraz z mamą będą musiały po raz pierwszy podróżować pociągiem…

Ilustracja z książki źródło


Przygoda za przygodą

Kto próbował opiekować się grupką dzieci – ten doskonale rozumie, jaki to żywioł. Mama z trójką rozbrykanych urwisów musi udać się na dworzec. Dorośli już zapewne domyślają, że wszystkich czeka próba ogniowa. Jazda pociągiem staje się sporym przeżyciem. Okazuje się nagle, że świat poza laptopem jednak istnieje (i jest niezwykle interesujący) – wystarczy tylko wyjść z domu i już można przeżywać niezwykłe przygody!  Dzieci nawet nie przypuszczają, że jazda pociągiem stanowi dopiero preludium do przygód czekających na wsi. Jeszcze tylko trzeba przeżyć pożegnanie z rodzicami, ale kiedy tylko nieco się zadomowią – okazuje się, że szkoda czasu, nie tylko, by się mazać, ale żeby nawet rzucić okiem na zabawki przywiezione z domu…




Magdalena Zarębska jest autorką doświadczoną i wielokrotnie docenianą przez czytelników, „Wakacje u dziadków” – z pewnością ucieszą jej fanów, przede wszystkim dzieci, które już zdążyły pokochać poprzednią książeczkę z tej samej serii („Borys i Zajączki”). Obie książeczki wydane są dokładnie w tym samym duchu (ten sam klimat i format), a przede wszystkim – powstały przy współpracy z tą samą ilustratorką – Anetą Krella-Moch, której wyobraźnia wspaniale komponuje się i uzupełnia tekst autorki. Książki Magdaleny Zarębskiej promują zdrowe rodzinne relacje i kontakt z naturą. „Wakacje u dziadków” zawiera także głębsze przesłanie dla rodziców, którzy z pewnością niejednokrotnie uśmiechną się odnajdując w bohaterach książki typowe zachowania (i kombinacje) swoich własnych pociech, a co ważniejsze – powinni sobie przypomnieć, że to właśnie oni (organizując wspólny czas, wypady rowerowe czy wycieczki do lasu) – pokazują swym dzieciom, że istnieje  świat zupełnie niewirtualny.



Autor: Magdalena Zarębska
Ilustracje: Aneta Krella-Moch
Wydawnictwo: Bis
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 144
ISBN: 9788375515282








czwartek, 17 sierpnia 2017

Najpiękniejszy jest przedmiot, którego nie ma - Zbigniew Herbert i Van Gogh, skojarzenia




Pokój Van Gogha w Arles - źródło

***

Studium przedmiotu
- Zbigniew Herbert

1

najpiękniejszy jest przedmiot
którego nie ma

nie służy do noszenia wody
ani do przechowywania prochów bohatera

nie tuliła go Antygona
nie utopił się w nim szczur

nie posiada otworu
całe jest otwarte

widziane
z wszystkich stron
to znaczy zaledwie
przeczute

włosy
wszystkich jego linii
łączą się
w jeden strumień światła

ani 
oślepienie
ani
śmierć
nie wydrze przedmiotu
którego nie ma

2

zaznacz miejsce
gdzie stał przedmiot
którego nie ma
czarnym kwadratem
będzie to
prosty tren
o pięknym nieobecnym

męski żal
zamknięty
w czworobok

3

teraz
cała przestrzeń
wzbiera jak ocean

huragan bije
w czarny żagiel

skrzydło zamieci krąży
nad czarnym kwadratem

i tonie wyspa
pod słonym przyborem

4

masz teraz
pustą przestrzeń
piękniejszą od przedmiotu
piękniejszą od miejsca po nim
jest to przedświat
biały raj
wszystkich możliwości
możesz tam wejść
krzyknąć
pion — poziom

uderzy w nagi horyzont
prostopadły piorun

możemy na tym poprzestać
i tak już stworzyłeś świat

5

słuchaj rad
wewnętrznego oka

nie ulegaj
szeptom pomrukom mlaskaniu

to niestworzony świat
tłoczy się przed bramami obrazu

aniołowie oferują
różową watę obłoków

drzewa wtykają wszędzie
niechlujne zielone włosy

królowie zachwalają purpurę
i każą trębaczom
wyzłacać

nawet wieloryb prosi o portret

słuchaj rad wewnętrznego oka
nie wpuszczaj nikogo

6

wyjmij
z cienia przedmiotu
którego nie ma
z polarnej przestrzeni
z surowych marzeń wewnętrznego oka
krzesło

piękne i bezużyteczne
jak katedra w puszczy

połóż na krześle
zmiętą serwetę
dodaj do idei porządku
ideę przygody

niech będzie wyznaniem wiary
w obliczu pionu zmagającego się z horyzontem

niech będzie
cichsze od aniołów
dumniejsze od królów
prawdziwsze niż wieloryb
niech ma oblicze rzeczy ostatecznych


prosimy wypowiedz o krzesło
dno wewnętrznego oka
tęczówkę konieczności
źrenicę śmierci