sobota, 30 września 2017

BALLADA O MIŁOŚCI I NIENAWIŚCI. O DUSZACH CZARNYCH JAK SMOŁA - „Księga nocnych kobiet”, Marlon James [recenzja przedpremierowa]



Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumacz: Robert Sodół
Ilość stron: 480
ISBN: 978-83-08-06426-9

PREMIERA: 11 października 2017




„Wszystkie negry chodzą wkoło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. Czasem jak negr skona i inny zajmie jego miejsce to nawet jak nie z tej samej krwi, ciągle jego śladami po tym samym kręgu kroczy. To krąg życia, co go negr nie wybiera, i śmierci, co może przyjść lada chwila. Być może negry przyjmują rzeczy takie, jakie są, bo zawsze takie będą, jakie zawsze były. Może dla backra i negra lepiej, jak rzeczy wracają na miejsce, co ludzie uważają za najlepsze, dopóki kolejny raz ogień nie wybuchnie. Biały śpi z jednym okiem  otwartym, ale czarny to spać w ogóle nie może”1


Marlon James to autor książki Krótka historia siedmiu zabójstw, o której zrobiło się głośno w 2015 roku, ale zanim pisarz został pierwszym w historii jamajskim laureatem Nagrody Bookera – już miał na swoim koncie dwie powieści, w tym Księgę nocnych kobiet, która przedstawia obraz stosunków społecznych panujących na Jamajce na przełomie XVIII i XIX wieku, przy czym na plan pierwszy wysuwa burzliwą historię niewolnictwa.

Jamajka to państwo na karaibskiej wyspie odkryte przez Kolumba, skolonizowane przez Hiszpanów (później przez Anglików), którego gospodarka w czasie, w którym toczy się akcja książki, oparta była na uprawie trzciny cukrowej i tytoniu. W szczytowym okresie rozwoju (z powodu dużego zapotrzebowania na produkty kolonialne, które pochłaniała Europa i Ameryka Północna) – cały kraj pokryły liczne plantacje wykorzystujące niewolniczą pracę. Tania siła robocza była niezbędnym czynnikiem decydującym o sukcesie plantatora, ale także stanowiła poważny problem. Największe plantacje wymagały zatrudnienie całej armii pracowników. Właściciele zdawali sobie sprawę z liczebnej przewagi niewolników i płynącego stąd zagrożenia. Rebelie wybuchały dosyć często i chociaż za każdym razem je okrutnie tłumiono, a wszyscy niewolnicy płacili głową – to przecież podobne zrywy stanowiły niejednokrotnie jedyne ujście gniewu dla ciemiężonej ludności. Plantatorzy, chcąc zapobiec kolejnym ekscesom świadomie wprowadzali przemoc fizyczną i terror, rządzili w swoich majątkach za pomocą strachu, stosowali najwymyślniejsze psychiczne i fizyczne tortury. W ten sposób powstawał mroczny krąg – niewolników szczuto i dręczono, ale jeśli tylko udało im się wzniecić bunt – z kolei oni nie wahali się krwawo rozprawić ze swoimi właścicielami, nie szczędząc jego rodziny i dzieci. Tak mniej więcej przedstawiają się historyczne realia, które stały się tłem i częścią fabuły Księgi nocnych kobiet.

W trakcie lektury czytelnik bardzo szybko zwróci uwagę na kilka charakterystycznych spraw, zorientuje się z jak wyjątkowym utworem ma do czynienia. W literaturze nie spotkaliśmy dotąd takiego ujęcia relacji między białym i czarnym człowiekiem. To obraz niewolnictwa odarty z mitów (i to po obu stronach). Książka nie tylko obnaża okrucieństwo rasy „panów”, ale również ukazuje surową prawdę o mechanizmach obronnych niewolników. Czy wizja, którą przedstawił Marlon James (zwłaszcza wszystkie zagrożenia, które czyhają na bohaterów powieści) jest wiarygodna? Jak najbardziej! Pamiętajmy, że czarnoskóry pisarz nosi w sobie pamięć swojego ludu i spełnia taką samą rolę jak Richard Flanagan wobec Tasmanii – jest kronikarzem i sumieniem swojego kraju. Książka jest mocno zakorzeniona w tradycjach, a jeżeli jeszcze zastanawiamy się czy pisarz nie przesadził z długą listą wymyślnych męczarni, którymi dopuszczał się rzekomo „cywilizowany” biały człowiek - warto odnieść się do dzienników niejakiego Thomasa Thistlewooda, jamajskiego plantatora z XVIII wieku, który skrupulatnie opisywał swoje postępowanie z niewolnikami2. Zapewne nie spodziewał się, że wiele pokoleń później jego prywatne notatki, które gromadził przez 37 lat, będą nie tylko dowodziły jego okrucieństwa, ale także zostaną uznane za wiarygodne świadectwo epoki. Jeżeli nawet Marlon James tworząc swoją pieśń o niewolnictwie - nie zamierzał nadawać dziennikom sadysty Thistlewooda epickiego wymiaru, to z całą pewnością w dużej mierze się na nich oparł.

Drugą niezwykle ważną kwestią, na którą czytelnik od razu zwraca uwagę – jest język. Powieść napisana jest slangiem. Szybko się do niego przyzwyczai i uzna, że ta historia nie mogła zostać opowiedziana lepiej. Nie mogła być inna, skoro miała być wiarygodną relacją świadka. Poznajemy ją bowiem z ust narratora, który jest niewolnikiem. Poza tym trzeba przyznać, że język (który jest jędrny i soczysty, wręcz: krwisty, obrazowy i dosadny) ma swój zniewalający urok, bywa tak samo surowy lub tak samo brutalny, jak świat, który przedstawia; ma swoją charakterystyczną „barwę” i rytm, sprawia, że przekaz staje się wiarygodny. Wreszcie to, co najważniejsze (i to jest największy fenomen tej książki) -  język rozwija się i ewoluuje wraz z postaciami. W tym miejscu ukłony i brawa należą się również tłumaczowi. Biorąc pod uwagę wszelkie przeszkody, trudności i nowatorski zamysł autora (także i to, że swoistym slangiem posługują się nie tylko niewolnicy, różni się także mowa białych bohaterów, jeden z nich jest Irlandczykiem) – trzeba przyznać, że Robert Sodół dokonał brawurowego przekładu. To sprawia, że lektura jest zaskakującym, ale i zachwycającym doświadczeniem. Można sobie tylko wyobrazić jak piorunujące wrażenie wywoła, gdy pojawi się jeszcze możliwość wysłuchania książki w formie audiobooka…

Marlon James ma wielki talent w wydobywaniu niuansów. Nie tylko za pomocą języka udało mu się uchwycić ewolucję człowieka, ale jeszcze zwraca uwagę czytelnika na to, że podział ras był sztywny i kategoryczny, ale miał liczne podgatunki. Innymi słowy - nie każdy biały był jednakowo biały i nie każdy „negr” – jednakowo czarny. Poznajemy hierarchię panującą w obu grupach. Białych przecież prezentuje Anglik, który z góry traktuje Irlandczyka i Kreolkę (poznamy ich kompleksy społeczne); wśród czarnoskórych bohaterów – podział był znacznie bardziej skomplikowany (główna bohaterka jest mulatką, co wprowadza w jej duszy sporo zamieszania).

Łatwo się jest domyślić, że powieść ma bohatera zbiorowego, ukazuje mieszkańców (przedstawicieli dwóch antagonistycznych grup społecznych) żyjących w zaprzyjaźnionych majątkach: w Montpelier i Coulibre. Ten kontrastowo zestawiony świat  białego i czarnoskórego człowieka niepozbawiony jest gorzkiej ironii. Przyglądamy się właścicielom ziemskim, którzy czują bezustanną potrzebę podkreślania swojej wyższości cywilizacyjnej (jakby musieli stale to udowadniać, zwłaszcza sobie samym), którzy w tym samym czasie fundują swoim niewolnikom najwymyślniejsze nieludzkie cierpienia… Potrafią zresztą także w wyrafinowany sposób dręczyć siebie nawzajem. Kiedy przekraczamy progi Montpelier – od razu zwrócimy uwagę na dźwięczne imiona: Andromeda, Atena, Ifigenia, Tantal, Atlas, Klitajmestra, Gorgona, Hipolita, Kallisto. Właściciel wykazał się prawdziwie ułańską fantazją, gdy nadawał niewolnikom imiona bogów i herosów (ale czy jest prawdziwym miłośnikiem literatury człowiek, który kobietę obdarza imieniem: Homer?). Jednak miał trochę racji stary szalony plantator, zwracając się ku mitom, bo nad każdym człowiekiem w jego majątku ciąży fatum… Kiedy odwiedzamy Montpelier - w pierwszym momencie może się nam wydać, że zabłądziliśmy na Olimp, ale nic bardziej mylnego – właśnie rozpoczynamy podróż przez kolejne kręgi piekła… W końcu spłynie na nas refleksja – musimy się zastanowić czy biały człowiek przyjeżdżał na koniec świata i zakładał plantacje ze względu na szansę dorobienia się majątku czy równie nęcąca (albo bardziej) była perspektywa zrzucenia maski „dżentelmena” i możliwość bezkarnego pofolgowania najmroczniejszym fantazjom? Czy po to przez wieki się cywilizował, żeby nagle odwiesić na kołku swoją kulturę i humanizm - i stanąć z batem nad słabszym człowiekiem?

A najważniejsze przesłanie książki? Główną bohaterką, z perspektywy której poznajemy wydarzenia – jest Lilit, młodziutka niewolnica. Lilit urodziła się jako mulatka w świecie, w którym biały lub czarny kolor skóry przesądza o wszystkim. Urodziła się także jako kobieta, w świecie, w którym niewolnik jest własnością białego człowieka, ale niewolnica – należy nie tylko do swojego właściciela. Także do jego zarządcy, do dozorców i do każdego innego mężczyzny (nawet niewolnika), który ma ochotę po nią sięgnąć… Niewolnica nie może czuć się bezpiecznie nawet przez moment. Czytelnik obserwuje bohaterkę, jest świadkiem wielu procesów, które zachodzą w jej ciele i świadomości. Lilit dorasta i dojrzewa. Staje się kobietą. Lilit poszukuje swojej tożsamości i korzeni. Uczy się poskramiać swoją hardą duszę. Próbuje przechytrzyć los. Poznaje piekło i niebo, doświadcza również męczarni czyśćca. Przechodzi ewolucję i transformację duchową, uczy się odróżniać dobro od zła. Przekonuje się, że człowiek nie ma wpływu na swój kolor skóry, ale bierze odpowiedzialność za to,  że jego dusza jest czysta lub czarna jak smoła. Lilit ma wielu „nauczycieli”. Biały człowiek za pomocą bata uczy ją, że „czarnuch” należy do gorszego gatunku. Homer – jej opiekunka – chce w nią wpoić przekonanie, że „czarnuch” i biały – są takimi samymi ludźmi. Do najważniejszych jednak wniosków dojdzie już sama. Przekona się, że czarni ludzie są tacy sami jak biali, ale jednocześnie – wcale nie są lepsi. Lilit uczy się myśleć i wyciągać wnioski, więc kiedy nadejdzie czas – stanie po właściwej stronie…

I jeszcze na koniec – nie można nie wspomnieć o pięknym hołdzie, jaki Marlon James złożył książce, bo gdy Homer potajemnie uczy Lilit rozpoznawać litery - pokazuje dziewczynie wrota wolności. „Z ciebie prawdziwy czarnuch. Coś ci powiem, a ty posłuchaj uważnie. (…) Coś ci jeszcze powiem o czytaniu. Widzisz to? Za każdym razem jak to otwierasz, jesteś wolna”3

Czarne kobiety zbierają się nocą, bo tylko wtedy świat jest czarny, taki jak one. Tylko wówczas mogą poczuć się odrobinę wolne. Nocne kobiety zbierają się, by czynić swoje uroki. A także, po to, by „czynić” sprawiedliwość… „Wszystkie negry chodzą wkoło. Zakonotujcie to sobie, a resztę dopowiedzcie sami. (…) Biały śpi z jednym okiem otwartym, ale czarny to spać w ogóle nie może”…

Gorąco polecam. To proza gęsta. Mroczna. Porażająca. Wspaniała.

1. Księga nocnych kobiet, Marlon James, Wydawnictwo Literackie 2017, str. 467
3. Księga nocnych kobiet, str. 70


Za książkę dziękuję:







wtorek, 19 września 2017

JEST TYLKO TO, CO JEST – recenzja książki „Zulejka otwiera oczy”




Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Przekład: Henryk Chłystowski
Data wydania: 30 sierpnia 2017
ISBN: 9788365613417
Ilość stron: 464


Guzel Jachina – a w zasadzie Guzel Szamiliewna Jachina to rosyjska pisarka, która zadebiutowała w roku 2015 i już zdążyła wywołać niemałe zamieszanie - w Rosji wzbudziła entuzjazm i krytykę, na świecie spore zainteresowanie. Jej książkę obsypano laurami (to pierwszy debiut uhonorowany prestiżową rosyjską nagrodą literacką „Bolszaja Kniga”); prawa do jej publikacji zakupiło 16 państw. Zulejka otwiera oczy – to powieść o rozkułaczaniu (kułakami w bolszewickiej propagandzie nazywano chłopów niechętnych komunistycznej władzy i stawiających opór przy przejmowaniu ich ziemi przez kołchozy), a w zasadzie – bliższe prawdy jest stwierdzenie, że proces rozkułaczania stał się pretekstem, ramą i tłem do napisania porywającej powieści o naturze człowieka.
Akcja książki rozpoczyna się w roku 1930, gdy do Jułbasza - niewielkiej tatarskiej wioseczki gwałtownie wdziera się proces kolektywizacji. Zdążymy jeszcze poznać wioskę (tatarskie gospodarstwo i jej mieszkańców), ale nie zatrzymamy się w niej długo, ale tylko na tyle, by zrozumieć świat, który stworzył i ukształtował Zulejkę, żeby przekonać się jak wyglądało jej życie i co musiała utracić. Nasza bohaterka bowiem wraz z setkami, tysiącami innych osadników zostanie wypędzona z własnego domu i stanie się częścią wielkiej przesiedleńczej kampanii. Z wszystkich pobliskich wsi rozkułaczeni chłopi kierowani są na stację kolejową w Kazaniu, na której rozpocznie się wielka wycieńczająca odyseja w nieznane.
Kampania nie jest do końca przygotowana, czym władze radzieckie nie zamierzają specjalnie się przejmować. Najważniejsze, by pozbyć się wrogiego elementu. Tysiące ograbionych (odartych z przeszłości i przyszłości) ludzi wsiada do towarowych wagonów, które powiozą ich ku niepewnemu przeznaczeniu. Zulejka nigdy dotąd nie doznała w tak upokarzający i intensywny sposób obecności obcych sobie ludzi. Już wkrótce się przekona, że jej los podzielają nie tylko kułacy, ale przedstawiciele przeróżnych klas, kast, narodów i wyznań. Współtowarzyszami jej niedoli są przecież nie tylko chłopi, ale także przedstawiciele inteligencji, chrześcijanie i muzułmanie, ludzie prawi i przestępcy. W ten sposób rząd radziecki pozbywa się wszystkich elementów, które stanowią „zagrożenie” dla systemu. Nie wszyscy dotrą do celu, a tej garstce, której się uda – przyjdzie walczyć  na wielu frontach. W nowym świecie - w samym centrum głuchej tajgi, z dala od cywilizacji, od swoich domów, z dala wreszcie nawet przez jakiś czas od długich rąk partii – będą mierzyć się z nową rzeczywistością, z naturą i z sobą samym. Wszyscy będą musieli symbolicznie umrzeć, by narodzić się na nowo.
Siemrąk (w języku rosyjskim: Siemruk) to osada utworzona przez garstkę ludzi, którym udało się przetrwać pechową podróż. Ich nowy świat tworzy kawałek ziemi położonej na wysokim i dzikim brzegu Angary. Ocalała zbieranina przypadkowych rozbitków musi zapomnieć o przeszłości i stworzyć nową rodzinę – zorganizować się w nową społeczność, by przetrwać. Siemrąk – to nazwa upamiętniająca bohaterów – a raczej zupełnie zwyczajne osoby, które pomogły przetrwać pierwszą morderczą zimę w kolonii (nazwa miała być nieco inna: Siedem Rąk, ale przekręcono ją na skutek urzędniczej pomyłki). „Siemrąk” (a raczej „Siemruk” - w oryginale) to nazwa, która przypomina imię mitycznego ptaka Semruga, o którym rodzice w dzieciństwie opowiadali Zulejce. Legenda o Semrugu – to w pewnym sensie jej dziedzictwo, jedna z niewielu pamiątek, która pozostała po dawnym życiu. Teraz, w nowej rzeczywistości – ta sama baśń w ustach Zulejki nabiera symbolicznej wymowy. Jest kluczem do zrozumienia przesłania książki, a jej znaczeń można szukać na wielu poziomach. Legenda może być opowieścią o Bogu (wszak w nowej radzieckiej rzeczywistości nie można w sposób jawny rozmawiać o religii), może być metaforyczną historią człowieka, jest jednocześnie echem odysei, którą przeszli przesiedleńcy…
Kim są pierwsi mieszkańcy osady położonej na końcu świata? To garstka przypadkowo połączonych ludzi. Dzięki kaprysom losu w Siemrąku zamieszkał lekarz, artysta malarz, kilku inteligentów i wyższych urzędników, kilku chłopów, rybak, budowniczy bez jednej ręki i agronom. Wszyscy, których partia uznała za „pasożyty” szkodzące krajowi: „w sumie rupiecie, nadgryziona przez mole starzyzna, pył historii”1.  Wśród nich znajduje się dwójka naszych najważniejszych bohaterów: Zulejka i Ignatow – przedstawiciele dwóch wrogich światów. Zulejka, która popełniła tę zbrodnię, że była żoną kułaka, a po drugiej stronie Ignatow - żołnierz Armii Czerwonej, oddany członek partii, który naprawdę sądzi, że spełnia misję (przez długi czas wierzy, że partia nie krzywdzi „rozkułaczonych”, lecz daje im szansę odkupienia ich „zbrodni”). Ignatow jest dowódcą odpowiedzialnym za ludzi podczas transportu i przeprawy, a później – komendantem osady. Przede wszystkim zaś - jest mordercą męża Zulejki. Tych dwoje (Zulejkę i Ignatowa) los zwiąże na dobre, a w jeszcze większym stopniu: na złe… Zulejka jednak powoli otwiera oczy i przekonuje się, że rzeczywistość nigdy nie jest raz na zawsze zdefiniowana i ujęta w sztywne ramy, a śmiertelni wrogowie – nie zawsze są prawdziwymi wrogami…
Zulejka otwiera oczy jest napisana pięknym i bogatym literackim językiem, niezwykle plastycznym, sugestywnym i filmowym (obraz nie tylko Jułbasza zostanie z nami na zawsze). Uznanie należy się również tłumaczowi - Henrykowi Chłystowskiemu. Książka nawiązuje do konwencji tradycyjnej powieści rosyjskiej, a jednocześnie jest dowodem, że współcześnie sztuka pisania powieści ma się zupełnie dobrze i wbrew obawom - bynajmniej nie grozi jej zagłada. Książka Guziel Jachiny dotyka tematu stalinizmu i terroru, ale celem autorki nie były kolejne rozliczenia  (w każdym razie nie bezpośrednie); tematyka stanowi tło dla rozważań. To raczej książka o miłości i macierzyństwie. O roli sztuki i religii. O tym, że pożegnania są bolesne, ale czasem konieczne. To, co w książce najważniejsze – ujęte jest z perspektywy kobiety. Jej oczami obserwujemy ZMIANY. Zulejka doświadcza straty tak bolesnej, że wydaje się jej, że nie warto już żyć. Żyje jednak na przekór sobie i na swojej skórze doświadcza transformację rzeczywistości – to doświadczenie pojawia się stopniowo, ale w końcu staje się wszechogarniające. Oto na jej oczach upada system praw i fundamenty moralności, rozsypuje się cały patriarchalny (wpajany od dziecka) świat. Bohaterka sama jest zmuszana do łamania zasad, których dotąd pieczołowicie przestrzegała i nagle okazuje się, że można postępować wbrew zwyczajom, można deptać reguły (odkrywać włosy, siadać obok obcego mężczyzny, można nawet deptać świętości i zbezcześcić meczet!) – I NIC SIĘ NIE STANIE. Świat się nie rozpada, a Bóg nawet nie interweniuje… To podłamuje wiarę we wszystko, w co Zulejka wierzyła do tej pory. Musi teraz stworzyć nową hierarchię wartości, przyjąć nowe reguły, poukładać sobie świat na nowo. I w tym tkwi najgłębsze przesłanie książki. Autorka nie tylko dowiodła, że człowiek jest najsłabszą istotą na ziemi, a jednocześnie: najsilniejszą. Pokazała, że żaden system nie jest dobry, ani zły. Jest tylko taki – jakim uczynią go ludzie. Udowodniła wreszcie, że moralność, praworządność i szlachetność – nie są cechami kształtowanymi przez państwo. Za każdym razem o indywidualnych cechach człowieka odpowiedzialne są tylko jego wewnętrzne predyspozycje. O tym, czy człowiek wyposażony jest w empatię i jest prawy (albo po prostu: ludzki) – nie decyduje system państwowy, przynależność do partii, ani tym bardziej: stopień indoktrynacji. Nie przesądza o tym wychowanie ani religia.  Ważne jest tylko to, z jakiego kruszcu jest ulepiony.
Polecam lekturę, to przepiękna książka i fenomenalny debiut!

1. Zulejka otwiera oczy, Guzel Jachina, Oficyna Literacka Noir sur Blanc 2017, str. 222

Za książkę dziękuję Wydawnictwu:






sobota, 9 września 2017

ZŁOTY WIEK WAWELU, CZYLI KULISY KRÓLEWSKIEGO DWORU. „CÓRKI WAWELU. OPOWIEŚĆ O JAGIELLOŃSKICH KRÓLEWNACH” - RECENZJA PRZEDPREMIEROWA



Autor: Anna Brzezińska
Liczba stron: 840
ISBN: 978-83-08-06393-4

Data premiery: 14 września 2017

Książka już dostępna w przedsprzedaży



Najnowsza publikacja Anny Brzezińskiej tylko w pierwszym momencie może być dla czytelnia całkowitym zaskoczeniem. Książka historyczna? A dlaczegoż by nie? Autorka jest uznaną pisarką fantasy (trzykrotną laureatką Nagrody Zajdla), ale przecież jest także historyczką i mediewistką, a to oznacza, że posiada warsztat i wykształcenie potrzebne do przeniknięcia mroków przeszłości i jej zrekonstruowania. Bo przecież tym jest jej nowa książka: portretem epoki.

„Córki Wawelu. Opowieść o jagiellońskich królewnach” – nie została napisana w sposób klasyczny. Nie jest typową książką historyczną, a tym bardziej kroniką, nie jest zbiorem esejów, ani tradycyjną powieścią. Różnorodność tematów, rozmach oraz zmienna (węższa lub szersza) perspektywa - również nie ułatwia jednoznacznej klasyfikacji. Projekt jest raczej wszystkim po trochu, mieszanką wymienionych gatunków: fabularyzowanym esejem historycznym.

Książka Brzezińskiej jest opowieścią o Jagiellonkach, ale autorka bynajmniej nie zamierzała skupiać się wyłącznie na ich życiorysach. Portrety królewien stały się raczej pretekstem i punktem wyjścia do przedstawienia znacznie szerszej problematyki. Można zatem lekturę potraktować jako dynastyczną biografię ostatnich Jagiellonów, kronikę złotego wieku Wawelu, ale można także spojrzeć jeszcze pod innym kątem. Córy Wawelu – to nie tylko królewny i damy z ich orszaku. To także rzesza kobiet z zupełnie innych kręgów, w przeróżny sposób powiązanych z dworem. Opracowanie stanowi rzetelną analizę ukazującą znaczenie i rolę kobiety w XVI-wiecznej Polsce.

Konstrukcja książki jest w pierwszej chwili dość zaskakująca, ponieważ historię poznajemy nie z perspektywy córek króla, lecz królewskiej karlicy – nieco egzotycznej mieszkanki Wawelu. Bohaterka jest postacią literacką, a jednocześnie osobą realną, ponieważ jej istnienie zostało odnotowane przez dworskie annały. Faktycznie była nie tylko ulubienicą i towarzyszką Jagiellonek, ale także piastunką i ochmistrzynią dzieci królewny Katarzyny. W kronikach została dobrze udokumentowana obecność i znaczenie osób jej pokroju - błazny i różnego rodzaju „odmieńcy” byli chętnie widziani i utrzymywani na dworach całej Europy. Historia dosyć łaskawie potraktowała i zapamiętała jednego z królewskich błaznów – Stańczyka (jego słowa przeszły do legendy). Anna Brzezińska przypomina kolejną postać związaną z królewską rodziną, cieszącą się szczególnymi przywilejami - karlicę Dosię. Poznajemy zatem historię z perspektywy kobiety, która z racji swego niskiego pochodzenia i ułomności – łatwo mogła trafić poza nawias społeczny i przepaść w mrokach ludzkiej niepamięci, a jednak stało się inaczej: kapryśny los związał ją na dobre i złe z wawelskim dworem.

Ukazanie historii z punktu widzenia królewskiej karlicy miało dla opracowania znaczenie kluczowe, ponieważ pozwoliło spojrzeć na związane z dworem kobiety należące do różnych kręgów społecznych. Królewny prowadziły życie sztywno podporządkowane etykiecie, natomiast obecność wszędobylskiej służki – pozwoliła pokazać dwór z szerszej perspektywy. Obserwujemy życie nie tylko na „wysokich pokojach” Wawelu, ale także w jego kuchniach, stajniach i na podzamczu, w bogatych krakowskich mieszczańskich kamienicach i obskurnych zamtuzach. Wawelskie mury dawały schronienie arystokratkom, ale także kobietom z ludu: służącym, akuszerkom i uzdrawiaczkom, a nawet wiedźmom. Zdarzało się tu zabłądzić kobietom z marginesu, ulicznicom i żebraczkom. Dosia stała się idealnym spoiwem, by ukazać siatkę tych przeróżnych powiązań.

Oś książki stanowią losy poszczególnych Jagiellonek. Cofamy się do czasów, gdy królewny bawiąc się w cieniu wawelskich arrasów nadawały lalkom imiona z rycerskich eposów i roiły o romantycznej miłości. Poznamy także ich mniej baśniową przyszłość, gdy z wolna pozbywały się marzeń i rozpoczynały służbę zgodną z ich przeznaczeniem. Królewny bowiem, jak wszystkie córy z monarszych i arystokratycznych rodów – od dziecka były przygotowywane do swojej politycznej roli. Nie urodziły się, by brylować na ojcowskich dworach, a po to, by wzmacniać sojusze, przypieczętowywać przymierza i przedłużać królewskie dynastie. Stanowiły część dyplomatycznej wymiany i gwarancję mającą zapewnić Europie pokój i stabilizację. Opuszczały rodziców, udawały się posłusznie na obce dwory i służyły zgodnie z wolą swojego rodu. Brzezińska dba o to, byśmy nie tylko poznali okoliczności związane z poszczególnymi małżeństwami, ale przede wszystkim, byśmy zrozumieli jakie obawy, emocje i przeżycia musiały towarzyszyć królewnom.

Poznajemy zatem role, jakie los przewidział dla córek Zygmunta Starego i królowej Bony. Brzezińska sprawiła, że przestajemy o Jagiellonkach myśleć w sposób zbiorczy. Dzięki książce – każda z nich zyskuje swoją własną tożsamość, bo przecież każda królewna była charakterystyczna, każdą los doświadczył inaczej, każdej życie napisało inny scenariusz. Jadwiga, Izabela, Zofia, Anna, Katarzyna – ich imiona wypełnią się treścią, a portrety pozostaną z nami na zawsze. Po lekturze będziemy doskonale orientować się - która z sióstr wyszła za mąż najświetniej, z którą wiązano największe ambicje, która była najzdolniejszą hafciarką, która ujmowała wdziękiem, a która przyczyniła się do rozwoju polskiej botaniki. Dowiemy się także jaką cenę zapłaciła każda z nich za swoją „uprzywilejowaną” pozycję. Przekonamy się wreszcie, że książka Brzezińskiej, która odsłania renesansowy europejski teatr władzy (bo przecież autorka pisząc o dworze polskim nie pozostawia go w pustce, ale cały czas dba o europejski kontekst) – jest w gruncie rzeczy barwną i wieloaspektową opowieścią o samotności.

Trzeba jeszcze wspomnieć o plastycznym i sugestywnym języku opracowania i o tym, że czytając książkę mamy wrażenie, że nie tylko narrator, ale całe otoczenie Wawelu (od arrasów, przez portrety, aż  po mury zamku) snują nam swoją opowieść. Podczas lektury mamy okazję przejść się po królewskich komnatach, ale tym razem już nie towarzyszy nam chłodna muzealna i pomnikowa atmosfera. Autorka tchnęła w to miejsce życie. Uzmysławia nam, że Wawel – to nie tylko mury i eksponaty. Prawdziwy dwór był wielopiętrową, skomplikowaną i rozrośniętą machiną, którą tworzyli ludzie. Dwór – to jego mieszkańcy. Składał się z rozmaitych, zazębiających się kręgów: odrębnych dworów dla króla, królowej i królewskich dzieci, administracji, licznej służby dbającej o wygodę władcy, wreszcie z artystów, rzemieślników i fachowców (organizujących ceremonie, turnieje, stojących na straży przestrzegania etykiety). Cała ta armia ludzi była odpowiedzialna za otaczanie króla splendorem, by mógł olśnić gości i emisariuszy przybywających z innych krajów.

Anna Brzezińska zaskakuje czytelnika dociekliwością, koronkowością swoich rozważań i olśniewa rozmachem. Autorce udało się przedstawić pełne psychologicznej prawdy portrety członków rodziny monarszej - wniknąć w intymny świat osobistych przeżyć, a przecież jednocześnie oddać charakter epoki. Renesans to czas reformacji, rewolucji naukowej, złotej ery Jagiellonów, a zarazem dla tej dynastii - epoka zaciekłej rywalizacji z rodem Habsburgów na polityczno-matrymonialnej arenie. Brzezińska (która w pewnym sensie podąża tym samym tropem, co Cherezińska) – uzmysławia nam, że historia, którą poznajemy w sposób tradycyjny – jest zdominowana przez mężczyzn, przedstawiona z ich punktu widzenia. To historia wojen, zdobywców, władców i pokojowych traktatów. Nie ma w niej wiele miejsca dla refleksji nad znaczeniem i rolą kobiet. A przecież to na ich wątłe ramiona jakże często zrzucano odpowiedzialność za honor mężczyzn, za losy dynastii i całych narodów… Ileż jeszcze podobnych faktów i niespodzianek mogą skrywać nieprzeanalizowane dotąd przez badaczy listy Jagiellonek - siostry rozrzucone po całej Europie stale z sobą utrzymywały kontakt; zachowało się kilkadziesiąt tomów tej korespondencji!

Zwróćmy wreszcie uwagę na jeszcze jedną bohaterkę, od której Brzezińska rozpoczyna swoje rozważania. Regina – domniemana matka karlicy Dosi – to prawdopodobnie jedyna całkowicie fikcyjna postać literacka w tej książce (nie tyle wydumana, co wydedukowana przez autorkę), a wprowadzona, by ukazać istotę ciasnej i pokrętnej moralności ówczesnego społeczeństwa. Wydaje się, że jej losy miały stać się kontrastem dla obrazu Jagiellonek, ale gdy wnikamy w lekturę przekonamy się, że jej obecność stanowi raczej gorzkie dopełnienie opowieści o królewskich córkach, bo też niejednokrotnie ich dzieje nie były wiele lepsze od doli najnędzniejszej obywatelki Korony… I właśnie to zestawienie przeżyć zwykłej służącej o królewskim imieniu - z faktami z życia królewskich córek – w sposób wymowny i dobitny ilustruje nie tylko ogólną sytuację kobiet w XVI wieku;  zdaje się również demonstrować - w jaki sposób Historia generalnie obchodzi się z kobietami...




Za książkę dziękuję Wydawnictwu:




Podczas lektury Córek Wawelu... czytelnik niepostrzeżenie nabiera zaufania do Anny Brzezińskiej i jej opowieści, ponieważ wielokrotnie przekonuje się, że pisarka opiera się na szeroko rozumianej dokumentacji i śladach przeszłości. Czerpie swoją wiedzę z kronik i dworskich annałów, ze wspomnień i pamiętników osobistości związanych z dworem, przede wszystkim z korespondencji (zwłaszcza Jagiellonek), potrafi wykorzystać informacje zawarte w spisach królewskich inwentarzy i przeniknąć atmosferę wawelskiego muzeum. Ale robi też znacznie więcej - sprawia, że do czytelnika zaczynają „przemawiać" wawelskie arrasy, a także portrety i malowidła. Niech o technice pisarki, o jej wyobraźni i talencie przemówi pewien fragment książki...

Izabela Zapolya żegna Siedmiogród, Sandor Wagner źródło


Istnieje pewien obraz namalowany w 1863 roku przez węgierskiego malarza – Sandora Wagnera: Izabela Zapolya żegna Siedmiogród (Węgierskie Muzeum Narodowe). Anna Brzezińska musiała go mieć przed oczami, gdy pisała o Izabeli. Nie umieściła tej ilustracji, a jednak wplotła obraz w sposób literacki do swojej opowieści…

***

"W 1551 roku królowa Izabela, po przegranej batalii o węgierskie dziedzictwo syna i ugodzie z Habsburgami - którą należy nazwać raczej kapitulacją - opuszczała Siedmiogród, żeby osiąść w marnym śląskim księstewku. Zanim na dobre zagłębiła się w góry Mezes, rozkazała zatrzymać powóz. Stanęła pod dębem i patrzyła za siebie na górzystą krainę, którą, jak wówczas sądziła, opuszcza na zawsze. Minęło zaledwie dwanaście lat odkąd wyjechała z Krakowa do nieznanego, dużo od niej starszego mężczyzny, którego poślubiła per procura w katedrze wawelskiej. Ale nie umiała sobie przypomnieć tamtej młodziutkiej, dwudziestoletniej dziewczyny, której przed ołtarzem wsunięto na palec ślubny pierścień. Nie wiedziała, czy to ona sama się tak bardzo zmieniła, czy też świat niepostrzeżenie zestarzał sie wokół niej i spłowiał. Nie płakała. Nie okazywała słabości, kiedy została wdową tuż po narodzinach jedynego syna. Ani kiedy armia turecka podeszła pod Budę i musiała wydać roczne niemowlę w ręce sułtana. Ani potem, kiedy Sulejman wprawdzie oddał jej syna, ale odebrał jej Budę i pod strażą janczarów odesłał wraz z dzieckiem do Siedmiogrodu.

Czasami zazdrościła włościankom, oglądanym z okien zamku w Alba Iulia, swojej wygnańczej, siedmiogrodzkiej stolicy, że mogą się bez wstydu poddawać rozpaczy, krzyczeć, ronić łzy, szarpać włosy. Może znajdowały w tym pociechę, myślała Izabela, kto to wie. Ona miała syna. I krzyżyk, który mały Jan Zygmunt ułamał ukradkiem z korony św. Stefana, insygnium węgierskich królów, zanim ją odesłano Ferdynandowi Habsburgowi.

Stojąc pod samotnym dębem i patrząc na Jana Zygmunta nie czuła ulgi, tylko palący ból w piersi. Przypomniały jej się wszystkie klęski, wszystkie błędy, głupie słowa i lekkomyślne decyzje, które doprowadziły ją do tego zapomnianego miejsca na górskim trakcie"1.

***

1. Córki Wawelu. Opowieść o jagiellońskich królewnach, Anna Brzezińska, Wyd. Literackie, str. 407/ 408



poniedziałek, 4 września 2017

Koniec świata... - John Ashbery, Caspar David Friedrich, skojarzenia



"Wędrowiec nad morzem mgły", Caspar David Fredrich, obraz z 1818 roku, źródło




KONIEC ŚWIATA
- John Ashbery

Czasem jest więcej czasu niż mamy ochotę być,
z innymi. Czasem jest to ciekawe.
Mogę ci tylko powiedzieć, jak zatrzymać to wszystko.

Życie to słynna historia. Straszne z nas psy
na życie. Psy i inne byty
przekonują nas, że życie jest pieskie.

Przyszłość to widmo. Przeszłość, 
tak tutaj napisali, jest automatycznym manekinem.
Nie śmiercią, jednym z jej pełnomocników.

Jeśli chodzi o morze,
życie rozjaśnione jest
całym snem, jaki potrafi w siebie wchłonąć.

Kiedyś powłóczyłem nogami. Któregoś dnia, 
jak dobrze pójdzie, wybiorę się do kiosku
kupić trochę czereśni, przywitać starych kumpli.


tłum. Piotr Sommer





Caspar David Friedrich (1774-1840) - niemiecki malarz, uznawany za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli malarstwa romantycznego.

John Ashbery - urodzony 28 lipca 1927 roku w Rochester, mistrz współczesnej poezji amerykańskiej, laureat licznych nagród, m.in.: Pulitzera, National Book Award i National Book Critics Award.  Zmarł 3 września 2017 roku. Miał 90 lat.