czwartek, 28 grudnia 2017

Obrona Szostakowicza. "Zgiełk czasu" Julian Barnes - recenzja



„Sztuka to szept historii, który wzbija się ponad zgiełk czasu”

„Sarkazm był niebezpieczny dla tego, kto go stosował: dawało się nim rozpoznać język szkodnika i sabotażysty. Ale ironia (…) pozwala zachować to, co cenne, nawet wtedy, gdy zgiełk czasów stawał się tak głośny, że wybijał szyby w oknach”

„W stalinowskiej Rosji były tylko dwa rodzaje kompozytorów: żywi zastraszeni oraz martwi”

- fragmenty powieści Zgiełk czasu


Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Dominika Lewandowska-Nowak
Liczba stron: 224
ISBN: 978-83-8031-587-7



Julian Barnes – współczesny pisarz uznany za czołowego brytyjskiego postmodernistę – dzisiaj coraz mniej eksperymentuje z formą, natomiast nie tylko nie rezygnuje ze swej typowej „barnesowskiej ironii”, raczej posługiwanie się nią doprowadza do mistrzostwa. Ironia stała się częścią jego literackiej natury, jest więc jedną z rozpoznawalnych cech jego stylu, a zarazem pisarz uczynił z niej integralną część opowiadanych historii. Ironia jest duchem jego opowieści. Poczucie kresu (nagrodzona Bookerem w 2011 roku) - to książka o ironii losu. W najnowszej powieści  – ironia została wykorzystana jeszcze inaczej – jest kluczem do zrozumienia fenomenu wybitnego twórcy. Zgiełk czasu jest historią kompozytora żyjącego w czasach stalinowskiego terroru, który z ironii uczynił swoją tarczę ochronną:  za jej pomocą okpił władzę i uratował swoją sztukę. Tym kompozytorem jest Dymitr Szostakowicz. Julian Barnes stworzył fikcyjny dziennik genialnego twórcy, by uzmysłowić co dzieje się w sytuacji, gdy artysta (doskonale świadomy swojej misji) staje się zakładnikiem swoich czasów, a Sztuka spotyka się z Tyranią.

Dymitr Szostakowicz to jeden z najwybitniejszych rosyjskich twórców XX wieku, który przez lata wzbudzał (i nadal wzbudza) skrajne emocje. Dla jednych jest kompozytorem, który pozwolił wykorzystać siebie i swoją muzykę do celów ideowo-programowych, dla innych – pozostaje symbolem artysty, któremu sowiecki system nie zdołał złamać ducha. Julian Barnes oparł swoją książkę na tych sprzecznościach. Uwięził czytelnika w umyśle Szostakowicza, dzięki czemu poznajemy nie tylko jego biografię, ale przede wszystkim jego wewnętrzną walkę wynikającą ze strachu o życie i z poczucia misji, do której był powołany. W pewnym sensie książka jest spowiedzią człowieka, który w końcu się złamał - jednak nigdy nie zdradził swojej sztuki. To także obraz przerażającej epoki i studium człowieka zniewolonego, który próbuje ocalić resztki godności, aż w końcu przestaje mieć nadzieję, że koszmar kiedykolwiek się skończy.

Książka nie jest napisana w formie klasycznego dziennika, w swojej konstrukcji raczej przypomina dramat – sztukę w trzech aktach (a może raczej budowę klasycznego koncertu). Poznajemy artystę w trzech okresach jego życia, w trzech epizodach, nawet w równo od siebie oddzielonych interwałach. Każda z części to niemal klaustrofobiczna scena: pod windą, w samolocie i w samochodzie. W każdej z nich przyglądamy się Szostakowiczowi w skrajnie trudnych dla niego momentach. To tego typu chwile, w których przesuwa się człowiekowi całe życie przed oczami, gdy dokonuje on swoistego rozrachunku. Oto trzydziestoletni kompozytor (u szczytu kariery), którego życie legło w gruzach, ponieważ publiczne potępienie jego dzieła przez towarzysza Stalina może oznaczać wyrok śmierci. Długa jest droga do rehabilitacji i wiele czasu upłynie, zanim artysta i jego rodzina będą mogli zasnąć bez lęku. Kolejna odsłona – Szostakowicz naraża się systemowi, gdy bierze udział w Pokojowym Kongresie w U.S.A. i odnosi niezamierzony sukces za żelazną kurtyną; a przecież jego zadaniem było reprezentowanie myśli sowieckiej, a nie promocja własnej osoby. Ludzie w stalinowskiej Rosji oddawali życie za bardziej błahe przewinienia. I wreszcie – w trzeciej części przyglądamy się artyście, który nie obawia się już o życie, ale jest świadomy, że popełnił „moralne samobójstwo". Jest to obraz człowieka, który dożył czasów odwilży tylko po to, by przekonać się, że władza, co prawda, nie szantażuje śmiercią, ale dając pozory większej swobody i wolności – potrafi jeszcze mocniej upodlić.  

Dzięki błyskotliwemu stylowi Barnesa - jego książka, mimo minorowej tematyki, nie jest przytłaczająca ani ponura. Opowiedziana jest w sposób oryginalny: opowieść stanowi po trosze dziennik i monolog wewnętrzny głównego bohatera. Jeśli się zastanowić, to dojdziemy do wniosku, że historia zna analogiczne sytuacje i utwory. W podobnym zamierzeniu przecież powstała  Obrona Sokratesa. Nie o formę, rzecz jasna, tu chodzi, lecz o koncept. Dzieło Platona jest rzekomą relacją z autentycznego przebiegu mowy obronnej podczas procesu, ale równie dobrze możemy potraktować ją jako kreację literacką - monolog wewnętrzny Sokratesa zbudowany z zapamiętanych fragmentów mowy obronnej, a może w ogóle tylko z dobrze przecież znanych Platonowi poglądów i perypetii swego wielkiego nauczyciela. Tak czy inaczej – Obrona Sokratesa – jest hołdem i kunsztowną argumentacją przeprowadzoną dla zrehabilitowania Mistrza. Dokładnie taką samą rolę pełni Zgiełk czasu Juliana Barnesa, przy czym Platon odlał posąg ze spiżu, Barnes zaś nie miał zamiaru wynosić swojego bohatera na piedestał.



Przeczytane dzięki: Legimi.pl




20 komentarzy:

  1. Dziękuję za zwrócenie mojej uwagi na tę książkę, jutro pedzę do biblioteki.
    Co do Szostakowicza... " przez lata wzbudzał (i nadal wzbudza) skrajne emocje."
    Zgadzam się, że Szostakowicz wzbudza silne emocje, ale wyłącznie muzyczne. Nie spotkałem nikogo kto by grzebał się w historii jego spotkań z radziecką władzą. Poza Julianem Barnes oczywiście. Ale odnoszę wrażenie, że J. Barnes nie ma do Szostakowicza pretensji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdanie o emocjach odnosiło się (zapewne wyraziłam to w zbyt dużym skrócie) do tego, że kompozytor tworzył nie tylko dzieła wzniosłe (które wytrzymały próbę czasu), ale zmuszony był też komponować utwory zgodne z linią partii (np. na jej zamówienie) - o które miewano do niego pretensje.

      Barnes pisze o swoim bohaterze ze sporą empatią i wrażliwością; nie robi jednak z niego ikony czy herosa. Jego książka nie jest klasyczną biografią, raczej jest opowieścią o trwającej przez całe życie walce z sumieniem. Książkę oczywiście polecam. Zdecydowanie warto jednak "pogrzebać" w historii spotkań Szostakowicza z radziecką władzą:)

      Usuń
  2. Ja ją kupiłam in English i aż się boję czy nie będzie za trudna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie czekam na wrażenia. Jestem ciekawa jak wypadnie to wyzwanie:)

      Usuń
  3. Będę miała na uwadze tę książkę.:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj Barnesa mam w planach od dawna - zamówiłam sobie "Poczucie kresu" i niebawem będę czytać :). Jeśli się spodoba, a innej opcji nie widzę, sięgam po "Zgiełk czasu".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś mi się wydaje, że zachwycą Cię obie:)

      Usuń
  5. Już zwróciłam uwagę na tę książkę ale poczekam na bibliotekę....mam nadzieję, że ją zakupią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki:) Ale ja już od dawna zazdroszczę Ci tak dobrze zaopatrzonej biblioteki, więc wierzę, że i tej książki nie zabraknie:)

      Usuń
  6. A ja weszłam, bo myślałam, że to co o organach :)))
    Szukam ksiażek o organistach! Mój dziadek był, więc chciałabym poszerzyć horyzonty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie o organach... Ale sporo jest o organach władzy;)

      Usuń
  7. Wstyd się przyznać, że głośniej o Barnes'ie usłyszałem dopiero w mijającym roku. Autor wzbudził moją ciekawość (spotkałem się nawet z opiniami, że zdecydowanie bardziej zasługiwał na tegorocznego Nobla niż Ishiguro) i liczę na to, że w 2018 uda mi się sięgnąć po którąś z jego powieści. "Zgiełk czasu" wydaje się atrakcyjną lekturą - lubię postacie nieco kontrowersyjne, co do których nie sposób zastosować czarno-białych wzorców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, w tej kwestii jeszcze nie mogę się wypowiedzieć, Ishiguro jeszcze przede mną. Chociaż już na półce... Wobec bohatera "Zgiełku czasu" nie można zastosować czarno-białych wzorców - z pewnością, chociaż wcale nie wydaje się postacią kontrowersyjną. Na pewno już nie po lekturze Barnesa...

      Usuń
  8. Szostakowicza rozpatrywałam zawsze od kątem jego twórczości, ale widzę, że warto również zagłębić się w jego życiorys. O Barnesie słyszałam niewiele, ale ta książka daje okazje, żeby nadrobić jedno i drugie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie:) To świetna okazja, by poznać ich obu:)

      Usuń
  9. Zgodnie z obietnicą w komentarzu zabrałem się ostro do czytania.
    Pierwsza uwaga - my chyba czytaliśmy inne książki. Ja czytam po angielsku, ale trudno mi uwierzyć żeby tłumaczenie tak się rózniło od oryginału.
    O co mi chodzi?
    "Julian Barnes stworzył fikcyjny dziennik genialnego twórcy...".
    W oryginale nie zauważyłem żadnego dziennika. Książka pisana jest w trzeciej osobie i zdecydowanie z pozycji bezstronnego obserwatora.
    Przyznam się, że nie rozumiem dlaczego J. Barnes napisał tę książkę. Grozę stalinowskiego terroru opisał doskonale Arthur Koestler w książce Darkness at noon. Momentami wydawało mi się, że
    Barnes skopiował niektóre sytuacje z Koestlera. To oczywiście tylko złudzenie, ale dla mnie dowód, że pisarz ma ograniczowe możliwości w przedstawianiu pewnych ekstremalnych sytuacji... więc lepiej nie przedstawiać.
    Czytanie tej książki sprawia mi przykrość gdyż życie Szostakowicza to szereg drobnych ustępstw i kompromisów. Wiedza o tym niczemu nie służy, stąd moja uwaga, że nie wiem dlaczego ktoś pisze takie książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego ktoś pisze „takie” książki? Barnes napisał swoją, by pokazać – dlaczego udało się kompozytorowi zachować życie w czasach stalinowskich; w dodatku - jak udało mu się pogodzić te wszystkie wspomniane, a poniżające „drobne ustępstwa i kompromisy”, a jednocześnie nie zdradzić ideałów i uratować swoją sztukę. I uzmysłowić jaką za to zapłacił cenę. Zwykły zjadacz chleba – taki jak ja – nie jest tego wszystkiego świadom i dlatego doceniam książkę Barnesa.

      Z całym szacunkiem - jeżeli kogoś w ten sposób sprowadziłam na manowce – to najmocniej przepraszam. W istocie książka Barnesa nie jest klasycznym dziennikiem i jeśli ktoś sięgnie po to, by dostać w ręce dziennik – może być zawiedziony (nie sądzę, że książką Barnesa, ale moją recenzją). Książka Barnesa ma bardziej artystyczną formę, to rodzaj monologu wewnętrznego (imitującego sztukę? Utwór muzyczny?) - który odebrałam jak swego rodzaju dziennik.

      Na pewno nie odebrałam tej książki jako relacji bezstronnego obserwatora. Raczej mam wrażenie, że Barnes chciał uwięzić czytelnika w głowie kompozytora, w której trwa swoista walka. Ale jest też prawdą to, że autor nie pozwolił o sobie całkiem zapomnieć.

      Usuń
  10. Niedawno odkryłam dla siebie Szostakowicza więc z chęcią poczytałabym coś o osobie, której życiorysu nie znam zupełnie. Rozumiem, że nie jest to typowa biografia/ dziennik, co wcale mi nie przeszkadza. Kolejna książka, którą opisujesz w taki sposób, że chętnie bym ją przeczytała. Może w przeciwieństwie do wywiadu Dąbrowskiej z Magdaleną Tulli tę uda mi się nabyć w księgarni po sąsiedzku. Życzę kolejnych ciekawych przygód czytelniczych w nowym roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to rzeczywiście nie jest klasyczna biografia ani dziennik. Nie jest też Barnes prekursorem, bo rzeczywiście książki na temat Szostakowicza powstawały wcześniej. Ale przecież nie chodziło tu o chronolgię, a o pewną ideę i fenomen. O klucz do jego sztuki...
      I dziękuję Ci pięknie, wiesz za co:)

      Usuń