sobota, 28 stycznia 2017

TEORIA (bez)WZGLĘDNOŚCI – pierwsza książka o niezwykłej żonie Alberta Einsteina






Książka amerykańskiej powieściopisarki Marii Benedict nie tylko skłania do zrewidowania dobrze ugruntowanych poglądów, ale także uzmysławia ile prawdy mieści się w porzekadle głoszącym, że za każdym sukcesem wielkiego mężczyzny stoi wyjątkowa, mądra kobieta. Autorka przybliża portret Milevy Marić Einstein, niezwykłej, ale wciąż mało znanej kobiety, a przy okazji ukazuje kulisy sukcesu największej naukowej ikony XX wieku.

Gwiazda geniusza świeci tak pewnym blaskiem, a my jesteśmy tak przywiązani do jego mitu, że z trudem przychodzi uwierzyć w to, że ktoś, kto był autorytetem i potęgą w świecie nauki – mógł okazać się pozbawionym skrupułów egoistą w życiu prywatnym. Istnieją jednak dowody, że znaliśmy do tej pory jedynie skrzywiony (wyidealizowany) obraz naukowca. Już w latach osiemdziesiątych pojawiły się pogłoski na temat wkładu Milevy Marić Einstein w sukces jej męża: Evan Walker Harris w piśmie Physics Today, powołując się na korespondencję Einsteina - zasugerował, iż jego pierwsza żona była współautorem Szczególnej Teorii Względności1. Od jakiegoś czasu dokumenty, prywatne notatki i listy Einsteina są sukcesywnie odtajniane2. Dzisiaj naukowcy już nie podważają udziału Milevy, dyskusje i spekulacje dotyczą jedynie zakresu jej współpracy. Świat jeszcze jednak wciąż mówi o niej zbyt słabym głosem, by jej gwiazda mogła należycie rozbłysnąć. Być może za sprawą Marii Benedict i jej książki – losy żony Einsteina przestaną być łamigłówką wyłącznie dla wąskiego kręgu naukowców i staną się powszechnie znane. Lektura z pewnością skłania do dalszych poszukiwań. A kiedy czytelnik pozna pewne fakty - jego świat z pewnością nieco się zmieni. Może nawet wyda mu się, że dozna zakrzywienia dobrze znanej czasoprzestrzeni…

„Jakże szczęśliwym i dumnym będę, gdy doprowadzimy naszą wspólną pracę nad ruchem względnym do zwycięskiej konkluzji” – pisze Einstein w 1901 roku, w jednym z listów do Marić. W 1905 roku Mileva wyznaje swemu ojcu: „Przed wyjazdem ukończyliśmy ważną pracę naukową, która przyniesie mojemu mężowi sławę”3. Dlaczego, w takim razie, jej nazwisko nigdy nie pojawiło się w druku? Dlaczego świat miał się nigdy nie dowiedzieć o jej zasługach? Jak naprawdę wyglądało życie rodzinne Einsteinów? To pytania, które Marie Benedict stara się rozwikłać w swojej książce.

Wypada uprzedzić, że „Pani Einstein” jest typową książką, którą zaliczamy do tzw. nurtu kobiecego, z wszystkimi tego konsekwencjami. Powieść nie aspiruje w najmniejszym stopniu do roli naukowego opracowania, autorka nigdy nie zgłaszała takowych intencji. Można ją potraktować jako romans z niezwykle ciekawym tłem, albo hołd dla nieprzeciętnej kobiety uwięzionej w świecie konwenansów. Trzeba przyznać, że autorka wykreowała bohaterkę, którą łatwo się utożsamić, a przede wszystkim - wzbudzającą zaufanie. Benedict zaproponowała własną interpretację historii małżeństwa Einsteinów skonstruowaną na zasadzie połączenia niepodważalnych faktów z literacką fikcją. I trzeba przyznać, że jej wersja nawet w momentach, które wymagały sporej inwencji twórczej (nawet konfabulacji) - jest spójna, logiczna i jeśli nawet ubarwiona, to w dużym stopniu prawdopodobna. Książka nie miała być pełną biografią Milevy Marić. Benedict skupiła się na okresie obejmującym znajomość i przyjaźń, a później szesnastoletni związek Einsteinów.

Mileva i Albert Einsteinowie, rok 1903 [źródło]


Niepodważalne fakty? Albert i Mileva rozpoczęli studia na politechnice w Zurychu w roku 1896. Ich znajomość szybko przerodziła się w romans. Albert ukończył studia rok wcześniej, a Mileva, z nieznanych przyczyn, nigdy nie zdobyła dyplomu. Pobrali się w 1903 roku, rok później urodził się ich pierwszy syn. W latach osiemdziesiątych ujawniono, że rok przed zawarciem małżeństwa – na świat przyszła ich nieślubna córka. Liczne fragmenty listów potwierdzają, że Mileva potrafiła pogodzić rolę matki (miała dwóch synów, losy córki są nieznane) z pracą naukową i nie tylko wspierała Alberta, ale ciężko pracowała razem z nim. Oczywiście do momentu, gdy mąż jej od tej pracy nie odsunął. W 1905 roku Albert opublikował pięć artykułów, które wstrząsnęły podstawami fizyki. Po przeprowadzeniu szeregu prób, doświadczeń i testów – teoria względności Einsteina została powszechnie uznana za intelektualny tryumf nauki XX wieku. Długo ukrywany wkład Milevy w jej powstanie jest dziś przedmiotem badań. Jej udział jest pewny, chociaż jej nazwisko nigdy nie znalazło się w oficjalnej publikacji. I tu rodzą się spekulacje. Nie wiadomo, czy była to decyzja wspólna, czy raczej Mileva nie chciała  zaszkodzić karierze męża (z powodu uprzedzeń wobec kobiet lub braku jej dyplomu). Nie zmienia to faktu, że kiedy Albert osiągnął międzynarodową sławę i nic już nie zagrażało jego pozycji – nigdy się nie zająknął na temat jej wkładu i pomocy. Zaczął raczej sugerować, że się wstydzi swej żony, a ożenił się z litości. Istnieją dowody, że z czasem traktował ją coraz gorzej – zdradzał, upokarzał, nie stronił od rękoczynów. W końcu zmusił do rozstania. Mimo iż książka już o tym nie wspomina – stosunkowo łatwo jest dotrzeć do informacji na temat dalszych losów kobiety i tragicznego schyłku jej życia.

W jaki sposób Marie Benedict poradziła sobie z tym materiałem? Przede wszystkim umiejętnie oddała rozgoryczenie kobiety, która musiała bezustannie walczyć ze stereotypami i w końcu poniosła klęskę niemal na wszystkich polach. Udało się jej także oddać charakter, wydawałoby się – pionierskiej epoki, w której teoretycznie zaczęto tolerować wykształcenie kobiet (Mileva była piątą studentką, którą spotkał przywilej wstąpienia na uczelnię w Zurychu), a w rzeczywistości wciąż je traktowano nieufnie – po trosze jako eksperyment i jako wybryk natury. Mileva musiała walczyć z wieloma uprzedzeniami, by udowodnić, że ma prawo do wykształcenia, które zresztą nie tylko byłoby ukoronowaniem jej pasji, ale także miało wynagrodzić wiele kompleksów. 

Ponieważ nie wszystkie fakty z życia Einsteinów są należycie rozświetlone – dość liczne fragmenty stanowią subiektywną (trzeba przyznać: prawdopodobną i logiczną) interpretację autorki. Benedict usprawiedliwia brak dyplomu nieplanowaną (i oczywiście skandaliczną) ciążą Milevy, a zastanawiający brak informacji o losach nieślubnej córki jest wytłumaczony rychłą śmiercią dziecka. Najśmielej (i najbardziej ryzykownie) autorka postąpiła z motywem dotyczącym udziału Milevy w powstaniu i opracowaniu Teorii Względności. Autorka wprowadziła najbardziej rewolucyjną z hipotez zakładającą, że żona Einsteina jest jej pomysłodawczynią. Nie jest to wersja całkowicie niemożliwa. Jednak w tym świetle zarzuty wobec jej męża wyglądałyby, zgoła, inaczej. Nie byłby wówczas posądzany o egoizm i zazdrość, ale o ograbienie żony z należytej spuścizny. Czy jesteśmy gotowi na taką wersję? Możemy mieć tylko nadzieję, że w przyszłości pojawią się dowody, które ponad wszelką wątpliwość ustalą rzeczywisty wkład Milevy w sukces jej męża i w rozwój nauki. 

Benedict sięgnęła po nadzwyczajny, w zasadzie - sensacyjny temat i uznanie się jej należy już za to, że skutecznie zwróciła uwagę na zasługi niezwykłej kobiety, skrzywdzonej najpierw przez ludzi, a później przez historię. Imponujący jest sam pomysł, by wydobywać z zapomnienia kobiety, ukryte do tej pory w cieniu mężczyzn, tym bardziej, że „Pani Einstein” jest prawdopodobnie pierwszą książką z cyklu, ponieważ autorka już pracuje nad powieścią, której bohaterem ma być Andrew Carnagie, a w zasadzie kobiety jego życia4.

I pozostaje jeszcze wspomnieć o nieco słabszej stronie książki, na co z pewnością zwróci uwagę bardziej wymagający czytelnik, który sięgając po opracowanie dotyczące życia uczonych - chciałby poczuć, że pozwolono mu spojrzeć przez uchylone drzwi (bodaj kuchenne) – do świata nauki i zobaczyć (chociaż w krótkim olśnieniu) piękno, które dostrzegała Mileva w prawidłach fizyki i w matematycznych wzorach. Chciałby wejść w jej fascynujący umysł. Czyż Albert nie zakochał się przede wszystkim w jej intelekcie? Niestety, o ile w drugiej części autorka nieco śmielej w usta swej bohaterki wkłada wypowiedzi o pewnych aspektach nauki (zwłaszcza okoliczności odkrycia Teorii Względności robią wrażenie), to na początku najzwyczajniej brakowało jej pewności siebie, przez co nie oddała istoty fascynacji Alberta i Milevy. Brakuje wymiany myśli na wykładach i błyskotliwych dyskusji w kawiarniach. Autorka wspomina o gorących dysputach naukowej bohemy, ale jedynie w skrótowej relacji, w zdawkowych uwagach i ogólnikach. Nie czujemy się do nich zaproszeni…

„Wszyscy trzej wrócili do dyskusji na temat istnienia atomów, która najwyraźniej zaczęła się, nim dołączyłyśmy do nich z Ružicą, a ja znów zamilkłam. Nie na długo jednak. Kiedy przerwali, ponownie miałam szansę wyrazić swoją opinię. Gdy stało się jasne, że nie chowam się w skorupę niczym żółw, pozostali czekali na moje opinie, także gdy przeszliśmy do rozmowy o europejskich eksperymentach, zwłaszcza o odkryciu promieniowania elektromagnetycznego przez Wilhelma Roentgena.”5



Za książkę dziękuję Wydawnictwu:




5.    „Pani Einstein”, Marie Benedict, Znak Horyzont, 2017, str. 80/81


czwartek, 26 stycznia 2017

PRZEMIJANIE, PĘD KU ZAGŁADZIE I ROLA PISARZA - "Bliskie kraje" Julii Fiedorczuk


Tytuł: "Bliskie kraje" jest symboliczny, jak cała książka. Autorka umieszcza akcję swoich opowiadań praktycznie na całym świecie, ale przecież w każdym jego zakątku ludzi dotykają te same problemy. Przemijanie, niezrealizowane marzenia, samotność i śmierć - to głóne motywy utworów i tematy, obok których (prędzej czy później), nikt nie zdoła przejść obojętnie. Umieranie przybiera różną postać... Jednocześnie jest to książka w pewnym sensie programowa. Autorka zdradza w jaki sposób rozumie rolę pisarza czy twórcy filmowego. Opowiadanie, książka i film - to różne formy ukazywania i tłumaczenia tego samego świata - a nawet próba jego ratowania, bo przecież świat nieuchronnie zmierza ku zagładzie...







Co łączy staruszkę żyjącą w starożytnych Chinach ze współczesną aktorką filmową? Jak wygląda niebo alkoholiczki, która celebruje chwilę (prawdopodobnie ostatnią), w której ktoś dostrzegł w niej człowieka? Czym jest ciało dla bulimiczki? Z jakiego powodu musimy korzystać z pomocy osobistych trenerów i czego możemy nauczyć się od magazyniera-idealisty, którego właśnie dotyka śmierć kolegi z pracy?







niedziela, 22 stycznia 2017

Melancholia, siostra wspomnień, czyli Hofman i Myśliwski - skojarzenia


Może to sprawił Dzień Dziadka, może Los spłatał figla, że w tym dniu właśnie w ręce wpada ta książka. Lubię wczytywać się we wspomnienia i wskazówki pisarzy, którzy dzielą się doświadczeniem i piszą o swoim warsztacie. A tu nagle książka, która jest wszystkim, ale nie poradnikiem, w której znajduje się myśl, która obnaża jedną z głównych przyczyn i potrzeb nie tylko wspominania, ale przecież także pisania książek. To przecież nie jest wyłącznie usprawiedliwienie narratora, który wyjaśnia swoje częste powroty myślami do czasów,  gdy był dzieckiem i młodym człowiekiem. To przejmujące wyznanie pisarza, a zarazem ukazanie mechanizmu, któremu zawdzięczamy powstanie najpiękniejszych książek...Jakże to brzmi pokrzepiająco, bo znaczy, że nigdy nam ich nie zabraknie. Nie goryczmy więc sobie...

Moim dziadkom tę myśl dedykuję, którzy także nigdy nie pozwolili, by ich własna pamięć
spoczęła w kufrze...



„Nie goryczę sobie, wiem, że coraz młodsi są ludzie,  mnie ta starość tylko została. Przywiązany zresztą do niej jestem, jak kto inny do psa, do mórg, do wyobraźni. Można powiedzieć, zżyłem się z nią, polubiliśmy się, choć może więcej przez rozum niż przez serce, tak że ona jedna wydaje mi się rzeczywista z całego mojego życia, nie zmyślona, nie przypominana, lecz obecna, dniem i nocą, wierniejsza od niepamięci, potulna, że mogę w nią wmówić wszystko złe, nadokuczać jej i naurągać, przypochlebna, że mi zaraz serce mięknie, pochmurność gdzieś ucieka, a ochota przychodzi, żeby ją pogłaskać, wzruszyć się, użalić. Obłaskawiłem ją sobie, że się nawet bez sprzeciwu ze mna starzeje. Z nikim jej nie dzielę, jest jedynie moja własna, a przede wszystkim pewna jak amen w pacierzu, i jej tylko ufam, bo wszystko inne zawdzięczam pamięci.

A pamięć jak to pamięć. Wydarzenia nie spoczywają w niej jak święte 
szaty w kufrze, lecz dzieją się wciąż, choćby przez samo pamiętanie 
ich, zmieniają się, rosną, nie możesz nigdy być ich pewny 
ani budować na nich.  Raz ci są bliższe niż teraźniejszość,
 raz uciekają przed tobą, choć się z dobrą wolą do nich zbliżasz. 

Czyż więc pamięć ludzka może wyznaczać prawdziwość rzeczy? Czyż  pamięć nie dostarcza człowiekowi więcej zadośćuczynienia niż świadectwa? Może takie jest jej przeznaczenie, a może rzeczy muszę się w niej dostać, oswoić, udobruchać, aby stały się prawdziwe. Może prawdziwość rzeczom wyznacza dopiero nasza za nimi tęsknota, nasz żal, nasze w nich odnalezienie się, bo na co dzień jesteśmy w rzeczach jedynie zagubieni, błąkamy się wśród nich, nie odróżniając ich od siebie, siebie od nich. Może też poprzez pamięć chcemy rzeczom zapewnić teraźniejszość naszą, tę jedyną możliwą wieczność, bo tylko teraźniejszość jest prawdziwa w życiu człowieka, tylko w niej jednej doznajemy naszej obecności, niekiedy bolesnej." * 





Wlastimil Hofman, Melancholia, ok. 1930 r. źródło


Wlastimil Hoffman (w latach 1895-99) w krakowskiej SSP pod kierunkiem Floriana Cynka, Jacka Malczewskiego, Józefa Unierzyskiego i Jana Stanisławskiego. Lata 1899-1901 spędził w paryskiej Academie des Beaux-Arts u Jean-Léon Gerôme`a. Podczas II wojny światowej był w ZSSR, Tel-Avivie i Jerozolimie. Po powrocie do kraju zamieszkał w Krakowie, a następnie przeniósł się do Szklarskiej Poręby. Należał m.in. do TAP "Sztuka", Grupy Zero, Grupy Pięciu oraz "Secesji" wiedeńskiej. Na jego pracę ogromny wpływ miała symboliczna twórczość Jacka Malczewskiego. Hofman malował głównie obrazy religijne, sceny rodzajowe, portrety i pejzaże. Jego modelami byli często biedni, prości ludzie, którzy zyskali w jego pracach ponadczasową godność (źródło).


* "Nagi sad", Wiesław Myśliwski, Czytelnik 1982, str. 42/43

piątek, 20 stycznia 2017

HISTORIĘ PISZĄ ZWYCIĘZCY, czyli "Pragnienie" Richarda Flanagana




„Pragnienie” – to czwarta książka Flanagana przełożona na język polski i kolejna – zainspirowana historią jego rodzimej Tasmanii. Pisarz ponownie snuje opowieść wokół brutalnej kolonizacji Ziemi van Diemena, ale tym razem postanawia definitywnie rozprawić się z rasistowskim przekonaniem o wyższości jednej rasy ludzkiej nad drugą. Przedstawia losy zdziesiątkowanego, pozbawionego ziemi plemienia, które trafia pod „opiekę” białego człowieka, przedstawiciela rozwiniętej cywilizacji, wiedzącego, co dla „dzikusów” jest najlepsze. Największą uwagę skupia na osieroconej córce wodza tego plemienia, małej Mathinnie, zaadoptowanej dla kaprysu i naukowego eksperymentu, za który zapłaciła najwyższą cenę.

W rozważania o ciemnej stronie natury człowieka Flanagan umiejętnie wplótł losy dwóch niezwykłych osobistości - Charlesa Dickensa (wybitnego pisarza, który jest symbolem wrażliwości na niesprawiedliwość i krzywdę społeczną, a także ikoną życia rodzinnego) i sir Johna Franklina (podróżnika i badacza Arktyki, który zginął w 1847 roku wraz z całą załogą podczas swojej ostatniej odkrywczej wyprawy). Spojrzenie na moralność tych dwóch najznakomitszych przedstawicieli wiktoriańskiego społeczeństwa – przez pryzmat historii eksterminacji Aborygenów i wielkiej dyskusji dotyczącej wyższości ras – stało się pretekstem, który zmusza czytelnika do baczniejszego spojrzenia na pewne fragmenty historii powszechnej.

Flanagan posiada rzadką umiejętność, która cechuje jedynie wybitnych pisarzy. Czerpie natchnienie i impuls do swojej twórczości z prawdziwych wydarzeń, czasem z zapomnianych przez świat epizodów, którym nadaje literacką formę i obudowuje znaczeniami. W rezultacie powstaje epopeja zdolna poruszać czytelnicze sumienia. Tak stało się także w przypadku nowej powieści. Przed laty, w tasmańskim muzeum, Flanagan natknął się na miniaturowy portrecik aborygeńskiej dziewczynki ubranej w wykwintną sukienkę, wykonany w XIX wieku przez artystę-zesłańca Thomasa Bock’a. Bose stopy dziecka wstydliwie ukryte pod drewnianą oprawą miniaturki oraz historia jej krótkiego i tragicznego życia – zainspirowały pisarza do napisania powieści o dziewczynce, „która zrzuciła buty, aby jej stopy opowiedziały prawdę o świecie, o tym, kim jesteśmy i czym jest świat.”*



Siedmioletnia Mathinna zostaje zaadoptowana przez gubernatora i jego żonę i przez pewien czas wiedzie życie czarnej księżniczki. Po kilku latach gubernator żegna się ze swoim stanowiskiem i wraz z żoną ma powrócić na londyńskie salony. Nagle Franklinowie dochodzą do wniosku, że Mathinna nie pasuje do ich nowych planów. Niestety – oddanie dziecka do sierocińca nie jest jedyną zdradą, jakiej się wobec niej dopuszczą. Lady Jane szybko godzi się ze stratą. Sir John Franklin już myślami przebywa na swojej kolejnej polarnej wyprawie odkrywczej, z której nie będzie mu dane powrócić…

Kilka lat po zaginięciu statków „Terror” i „Erebus”, których zadaniem było przepłynięcie z Morza Baffina do Morza Beringa, ukazuje się artykuł doktora Johna Rae (uczestnika jednej z misji ratunkowych), który odkrywa szokujący finał ekspedycji sir Franklina. Autor twierdzi, że członkowie załogi, zmuszeni do ostateczności, uciekli się do kanibalizmu. Anglicy są zbulwersowani, natomiast Lady Jane pragnie ratować honor męża (i co tu kryć, także swoją nadszarpniętą reputację). Przeprowadza kampanię, która ma zdyskredytować zgubny artykuł oraz jego autora. Uzyskuje poparcie Charlesa Dickensa, który pisze zjadliwy rasistowski esej i wywołuje dyskusję na temat wyższości białej rasy nad „dzikusami”. Ponieważ społeczeństwo nie jest skłonne uwierzyć w moralny upadek swoich najlepszych przedstawicieli – wersja Dickensa zostaje powitana z ulgą i entuzjazmem. Sir Franklin pośmiertnie jest obsypany tytułami i uhonorowany tytułem bohatera i odkrywcy Przejścia Północno-Zachodniego.

Przekonanie Dickensa o wyższości ras opiera się na założeniu, że biały człowiek w pełni posiadł umiejętność panowania nad swoimi uczuciami i żądzami. Do tego poglądu nawiązuje tytuł powieści, ale jeśli się zastanowić, to dojdziemy do wniosku, że Flanagan całą swoją powieść osnuł wokół ludzkich pragnień, których (nie czarujmy się) biały człowiek nigdy nie nauczył się poskramiać, ani kontrolować. Wręcz przeciwnie – wielokrotnie stawały się przyczyną jednostkowych, a także wielkich narodowych tragedii. Jakże wymownie brzmi ironiczna narracja ukazująca Protektora rezerwatu Aborygenów, który traktuje śmierć swych podopiecznych, jako ich bunt przeciwko nowym porządkom. Jakiż dreszcz wywołuje balowy strój gubernatora, który jest zamaskowaną przepowiednią i nawiązaniem do mitu o Zeusie i Ledzie. Jakże, w końcu, symboliczny jest ostatni akt sztuki reżyserowanej przez samego Dickensa, zwłaszcza ten moment, w którym pisarz miał przeżyć  chwilę swego największego tryumfu, ukazać szlachetność i wielkość głównego bohatera, a odkrywa jedynie prawdę o sobie, która stanowi kompromitację i klęskę jego wielkiej teorii…

Powieść Flanagana urzeka. Nie tylko zapada w pamięć, ale powoduje, że dobrze znany nam świat – zaczyna trzeszczeć, rozpruwać się na szwach i wyskakiwać z utartych kolein… Siła rażenia tej książki nie wynika jedynie z podjętego i precyzyjnie przeprowadzonego tematu. Duże znaczenie ma styl pisarza, jego wirtuozeria, umiejętne dozowanie ironii i spore dawki lirycznego piękna, którymi nasączył fragmenty swego dzieła. Z pewnością nikt nie pozostanie obojętny wobec losów Mathinny, która wymyka się czytelnikowi, wydaje się utkana z poezji i pełna niezgłębionej pierwotnej tajemnicy. Nikt łatwo nie uwolni się od sugestywnych obrazów przedstawiających przyrodę dziewiczej Tasmanii czy bezmiaru skutej lodem Arktyki. A obraz europejskiej metropolii? Z pewnością opis londyńskich uliczek, które przemierzamy z Dickensem – skojarzą się nam z realizmem, z którego słynęły powieści tego XIX-wiecznego pisarza. Jednocześnie – na najwyższą uwagę zasługuje przenikliwość, a zarazem wrażliwość i takt Flanagana, który nikogo ostatecznie nie potępia. Jego bohaterowie muszą uporać się z własnymi demonami i rozegrać walkę z sumieniem. W efekcie – wszyscy jego bohaterowie są bohaterami tragicznymi. Tragiczny jest los Franklina, umierającego w samotności i lodowej pustce, tragiczna jest postać lady Jane, która niszczy wszystko, co kocha. Sam Dickens jest zbyt inteligentny, by nie odczuć swojego upadku, ostro kontrastującego z obrazem, który wypracował sobie na podstawie swojej twórczości. Najbardziej jednak przemawia do nas, wzrusza i chwyta za serce los bezbronnego dziecka, które ugrzęzło między światem czarnych i białych ludzi, zupełnie jak Franklin – między bezkresnymi górami lodu… 

"Pragnienie" - to książka, która uświadamia jak zmanipulowana jest historia i ile zła wynika z dyskryminacji. Duma z osiągnięć własnej rasy jest uczuciem i stanem jak najbardziej naturalnym i budującym, ale tylko do momentu, w którym zostaje wykorzystana jako usprawiedliwienie zbrodni jednego narodu wobec drugiego.

Wspaniała literacka podróż. Polecam.


*http://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114528,21231700,ludobojstwo-o-ktorym-brytyjczycy-woleliby-zapomniec-zyli-tam.html

Za książkę dziękuję: 

sobota, 7 stycznia 2017

Życie na Olimpie i zabawki dużych chłopców, czyli "Złote spinki Jeffreya Banksa"




Nie wiem, jak się to dzieje. Za każdym razem jestem przekonana, że nie dla mnie są tego typu książki, a potem sięgam po utwór Brzostowskiego i wbrew sobie - całkiem nieźle się bawię. Tak też się stało tym razem.



Marcin Brzostowski jest twórcą specyficznym. Zwykle obnaża absurdy rzeczywistości i najczęściej robi to w ten sam sposób: za pomocą ironii, groteski, karykatury i humoru. Te elementy stały się już częściami jego rozpoznawalnego stylu. Chociaż, co tu ukrywać – ten zwyczaj pisania jest dość ryzykowny. I trzeba pisać tak inteligentnie, jak Brzostowski, by nie przekroczyć ulotnej granicy dobrego tonu i smaku.

W jaki sposób autor konstruuje swoje utwory? Korzysta ze stereotypów, a pisze w sposób zdyscyplinowany (czytaj: zwięzły). Obie te sprawy zgrabnie się z sobą łączą. Spójrzmy na bohaterów najnowszej książki – to typy schematyczne, do cna wyświechtane, wpakowane w absolutnie przewidywalne sytuacje. Tego rodzaju sztuczka pozwala, a nawet wymaga, by pisać oszczędnie, bo przecież sam wybór postaci i schemat wydarzeń – wytwarza żądaną atmosferę. Kilka słów-wytrychów powoduje, że w głowie czytelnika uruchamia się lawina skojarzeń i powstaje odpowiedni klimat i tło. „Złote spinki Jeffreya Banksa” to utwór, który ukazuje londyński półświatek i jego związki z wielką polityką. Głównym bohaterem jest Ezekiel Horn alias Oxford (gangster, który ma porachunki z rosyjską mafią) oraz tytułowy Jeffrey Banks (polityk, Minister Spraw Wewnętrznych), przyjaciel Oxforda. Ponieważ autor ukazuje środowisko przestępcze, a miało być stereotypowo, więc nie mogło zabraknąć typowych gadżetów (szybkie fury, broń, narkotyki); główni bohaterowie muszą pojawić się w towarzystwie typów spod ciemnej gwiazdy, prostytutek i pięknych interesownych kobiet, a akcja nie może być pozbawiona elementów przemocy. Dobór postaci, odpowiedniej dekoracji i scen - wywołuje w naszej wyobraźni skojarzenia, które zastępują opisy. Wystarczy kilka precyzyjnych zdań, by ustalić motywy postępowania wszystkich postaci i nakreślić ich przeszłość.

Wykorzystanie zgranych typów i przewidywalnych sytuacji pozwala pisać zwięźle, ale nie gwarantuje jeszcze zaintrygowania czytelnika. Żeby utrzymać jego zainteresowanie – autor musi wprowadzić coś ekstra. I Brzostowskiemu się to udaje, ponieważ przełamuje stereotypowe obrazy jakimś zaskakującym, absurdalnym, czasem ocierającym się o kicz szczególikiem, który na ogół wywołuje efekt komiczny. Bo przecież musimy uśmiechnąć się, gdy widzimy bezwzględnego gangstera paradującego po domu w koszulce z wizerunkiem Gandhiego, z podręcznikiem  w dłoni, z którego czerpie wskazówki jak być mężczyzną; albo przyglądamy się ponętnej prostytutce, która wykonuje erotyczny taniec, kończący się ciut inaczej, niż tego oczekujemy; lub gdy obserwujemy przywódców wrogich mafii, którzy torturują człowieka na karuzeli, lub zmuszają swych ludzi do spałaszowania transportu krówek. I nie możemy nie parsknąć śmiechem, gdy dotrze do nas – dlaczego, jeden z bohaterów, który zwykle nie pozostaje obojętny na kobiece wdzięki – nie wpadł w sidła pięknej, ale drapieżnej sekretarki…

Fabuła książki jest do bólu prosta. Frankie Turbo – prawa ręka Oxforda, który bynajmniej nie zawdzięcza swojej ksywki bystrości umysłu – popada w tarapaty. Trafia w ręce policji wraz z ładunkiem kokainy, przez co naraża swojego szefa na poważne straty. Oxford ma tylko jedno wyjście – musi skorzystać z pomocy swojego dawnego przyjaciela ze studiów – Jeffreya Banksa. Nie jest to łatwa sprawa, popularny polityk sporo ryzykuje uruchamiając swoje wpływy. Udział w tym niebezpiecznym przedsięwzięciu, jednak Banksowi wyjdzie na dobre. W zamian za wyratowanie z kłopotów – Oxford odwdzięczy się kumplowi w innej, niezmiernie delikatnej sprawie...

Książkę czyta się lekko i błyskawiczne. Cały czas zdajemy sobie sprawę, że autor to kpiarz i że podczas pisania  także nieźle się bawił. Smutne jednak byłoby, gdyby książka miała pozostać tylko płytką i pustą karykaturą gangsterskich filmów. Tak się na szczęście nie stało. Uśmiechniemy się wielokrotnie, ale czasem będzie to uśmiech smutny, bo przecież tego typu historie są nam znane nie tylko z filmów, ale także z wiadomości telewizyjnych. Książka nie miałaby komiczno-refleksyjengo wydźwięku, gdyby nie zawierała ukrytego dna. Historyjka jest, co prawda, utrzymana w lekkim i frywolnym klimacie, ale przy okazji demaskuje mechanizmy działania władzy (korupcja, deprawacja i bezkarność  elit,  sposób przydzielania stanowisk i tuszowania skandali). A najważniejsze (i to jest największy atut książki), że przy tej całej hecy i zabawie, przy żonglerce stereotypowymi wyobrażeniami – udało się autorowi dotrzeć do istoty problemu, bowiem utwór obnaża kompleks władzy. Bo władza, zdaniem Brzostowskiego, sama w sobie - nie jest celem, jest tylko środkiem do celu. Owszem, wiąże się z pieniędzmi, które potrzebne są na szybkie fury, eleganckie apartamenty i drogie garnitury ze złotymi spinkami. Ale to są tylko gadżety. To amulety i fetysze, które podobnie jak utożsamianie się z ulubioną drużyną sportową i paradowanie w towarzystwie pięknych kobiet - pomagają mężczyźnie potwierdzić własną męskość.


Za książkę dziękuję Autorowi:)