środa, 29 marca 2017

W zapowiedziach - biografia Prusa! /materiały prasowe/



Na tropie najbardziej tajemniczego polskiego pisarza



10 maja 2017 roku  nakładem Wydawnictwa ZNAK ukaże się książka Moniki Piątkowskiej:
PRUS. Śledztwo biograficzne


  Wraz z biografią (w serii 50 na 50) zostaje także wznowiona  Lalka Bolesława Prusa - polska powieść wszech czasów z ilustracjami Kazimierza Manna.




Ma trzy oblicza: Aleksander Głowacki, Jan w Oleju, Bolesław Prus. Rozproszone ślady jego biografii odnaleźć można nie tylko w archiwach i źródłach z epoki, ale przede wszystkim przemycone w jego twórczości. To z niej można się o nim dowiedzieć rzeczy najważniejszych, jakby grał z czytelnikiem w kotka i myszkę.

Monika Piątkowska, łącząc temperament detektywa z wnikliwością psychologa, przeprowadza drobiazgowe śledztwo i tworzy pełnowymiarowy portret pisarza genialnego i nie docenianego przez współczesnych, prześladowanego przez liczne manie, otoczonego kobietami i owładniętego szaleńczą zazdrością o sławę Sienkiewicza. Prus, którego dzięki niej poznajemy, nie jest spiżową figurą na postumencie, lecz prowadzącym podwójne życie, targanym namiętnościami człowiekiem z krwi i kości.

Monika Piątkowska – dziennikarka, pisarka. Studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim dziennikarstwo i politologię, pracowała w dziale reportażu „Gazety Wyborczej”. Autorka książki Życie przestępcze w przedwojennej Polsce, powieści Krakowska żałoba, zbioru opowiadań Nikczemne historie oraz zbiorów felietonów Talki w wielkim mieście, Talki z resztą (wraz z mężem Leszkiem Talko).

(info. Wyd. Znak)





wtorek, 28 marca 2017

NA FALACH MYŚLI, WŚRÓD MORSKICH FAL – „Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku” - Morten A. Strøksnes - /recenzja/



 „Woda i medytacja przynależą do wieczności”
– Herman Melville  








Morten A. Strøksnes jest norweskim historykiem, filozofem, fotografem, uznanym dziennikarzem i pisarzem - i to wielostronne wykształcenie wpłynęło na kształt jego najnowszej publikacji (wcześniej napisał osiem książek reportażowych). „Księga Morza”, uhonorowana Nagrodą Bragego (jedną z najbardziej prestiżowych norweskich nagród literackich) jest połączeniem kilku gatunków, w tym: reportażu, dziennika podróży i eseju. Wiodącym tematem jest wyprawa (a raczej szereg wypraw) podjętych w celu zmierzenia się z rekinem polarnym. Tłem są opowieści i dygresje związane z morzem i oceanami, które dominują w krajobrazie Ziemi i są naszym praśrodowiskiem, bowiem w nich narodziło się wszelkie ziemskie życie. Przyglądając się morzom - cofniemy się aż do samych początków istnienia naszej planety i uprzytomnimy sobie jak alarmujący jest ich stan dzisiaj. Refleksje na temat morza mają więc najpierw charakter globalny, a później przerodzą się w spotkania bardziej kameralne, nieomal intymne.

Książka składa się z dwóch, wzajemnie przenikających się części. Jedna (fabularna) - to opis zmagań z rekinem, a w zasadzie z naturą, bo przygoda, która miała być jednorazowa – przerodziła się w szereg prób podejmowanych o różnych porach roku; druga - to warstwa kontemplacyjno-gawędziarska – bo przecież długie godziny wyczekiwania w łódce sprzyjają przemyśleniom. Autor, z racji swojego wykształcenia, posiada wszechstronną wiedzę, chętnie też dzieli się refleksjami z lektur o morskiej tematyce. Do tego dorzuca historie ludzi morza i okrasza wszystko niezwykle sugestywnymi i plastycznymi (niemal fotograficznymi) opisami różnych „wcieleń” morza. Człowiekiem ściśle związanym z morzem – jest Hugo, przyjaciel autora i współtowarzysz wyprawy. Opisując  przedsięwzięcie, z którym się zmaga (Hugo z wielkim samozaparciem przywraca do życia i reorganizuje rodzinne przedsiębiorstwo) - udało się także autorowi uchwycić nieodwracalne zmiany zachodzące we współczesnym świecie, dobrze nam przecież znane. Przecież zmiany nie dotyczą wyłącznie miejscowości, które leżą nad morzem, a przebudowa Fabryki Aasjordbucket (dawnej przetwórni ryb) do złudzenia przypomina proces przekształcania np. naszych polskich kopalń w obiekty kultury. I w ten sposób, przez dodawanie kolejnych warstw – książka, która mogła mieć formę reportażu – zmieniła się w wielopłaszczyznową i wieloaspektową „Księgę Morza”.




Hugo jest niezwykle ważną osobą w życiu Strøksnesa i istotnym elementem książki (bez niego w ogóle by jej było), dlatego poświęcimy mu sporo uwagi. Przyjaciel autora jest artystą, który inspiruje się morzem, jest także przewodnikiem i inspiratorem przygody z rekinem. To właśnie Hugo, który pamięta z dzieciństwa wyprawy z ojcem na wieloryby - zaraził  autora entuzjazmem i namówił na wyprawę. Dlaczego akurat rekin polarny? Ponieważ jest legendarnym, pradawnym stworzeniem, który stanowi wyjątek nawet w swoim gatunku. Rekiny z płytkich wód są zwykle większe od głębinowych. Rekin polarny (żyjący w głębiach) odbiega od reguły, może osiągnąć rozmiary rekina ludojada (żarłacza białego), a naukowcy twierdzą, że dożywa… pięciuset lat, co czyni z niego ziemskiego rekordzistę wśród kręgowców. Rekin polarny jest potworem z rodzinnych opowieści i z relacji starych rybaków i staje się dla naszych bohaterów prawdziwym wyzwaniem. Początkowo miał stanowić zwyczajny cel wyprawy (miał być złowiony dla tranu), ale z czasem - w ogóle przestał być postrzegany w kategoriach łupu. Czytelnik jest świadkiem wewnętrznej przemiany, jaką przechodzą bohaterowie i wkrótce przekonuje się, że rekin również stał się symbolem zmieniających się czasów, a wyprawa na niego przypomina raczej pogoń za świętym Graalem.


W zasadzie trudno w recenzji oddać sumiennie charakter całej publikacji, bo Strøksnes pisze o różnych aspektach związanych z morzem - o historii Ziemi, o morskiej faunie i florze, o elementach morskiego krajobrazu (o rodzajach fal, wiatrach, prądach, ukształtowaniu dna i o klimacie). Opowiada o latarniach morskich, o pracy rybaków, o katastrofach i wyprawach, o odkryciach i odkrywcach. Książka obfituje w ciekawostki, pozwala zrozumieć skąd wzięła się woda na naszej planecie i co powoduje niechęć Norwegów do makreli. Wyjaśnia niektóre zwyczaje rekinów i uświadamia – jak bardzo jesteśmy lekkomyślni w rabunkowej eksploatacji oceanów. W pewnym sensie „Księga Mórz” jest książką o książkach, dlatego dowiemy się jakie wydarzenie zainspirowało Melville’a do napisania „Moby Dicka”, co pobudziło wyobraźnię Edgara Allana Poe’go, gdy pisał opowiadanie „W bezdni Maelstomu” i przekonamy się dlaczego  Stevenson (autor m.in. „Wyspy skarbów”) – okazał się czarną owcą swojego rodu. Pisząc o tych wszystkich sprawach, a raczej: snując gawędy, bo to nigdy nie są skomplikowane, naukowe wywody – autor tworzy portret Morza – tak, jakby było żywą istotą – pełną tajemnic, humorów, hojną dla człowieka, a zarazem obojętną na jego zmagania. Strøksnes udowadnia – na ile niezliczonych sposobów morze nas inspiruje…




Nie można nie wspomnieć o pięknym wydaniu książki, a przede wszystkim o przekładzie Marii Gołębiewskiej-Bijak, która świetnie poradziła sobie ze zmiennym rytmem narracji autora, bo jego styl jest reportażowy i dynamiczny lub refleksyjny, a czasem nawet – poetycki. Niejednokrotnie przychodzą mi na myśl skojarzenia z prozą J. J. Szczepańskiego, z jego podróżniczych wspomnień, bo obaj mają podobną wrażliwość na urodę świata. Strøksnes w nastroju kontemplacyjnym uwodzi czytelnika rozkołysanymi, sugestywnymi lub pełnymi żywiołowej mocy zdaniami:

„Tam gdzie jesteśmy, świat w kolorach muszli ostrygi i łupku wydaje się oczyszczony i wypełniony lustrami”[1]; „Upajamy się ciszą. Myśli odcumowują i dryfują z prądem. Hen, w górze gwiazdy, tu w dole morze. Gwiazdy chlupoczą o burtę, morze lśni i migoce” [2]; „Metaliczne czarne niebo gna [o huraganie] cymbały i kotły odzywają się jednocześnie”[3].

Joseph Conrad w swoich wspomnieniach napisał: „Wszystko można znaleźć na morzu, zależnie od tego, czego się szuka – walkę, spokój, romantyzm, najskrajniejszy naturalizm, ideały, nudę, wstręt i natchnienie”[4]. Warto sięgnąć po „Księgę Morza”, przekonać się czego szukał autor, a może właśnie odnajdziemy w niej coś, za czym sami tęsknimy... A jeśli już jesteśmy przy dygresjach i wrażeniach z książki, to jeszcze dodam, że lektura silnie skojarzyła mi się z równie wszechstronną i z rozmachem potraktowaną książką-esejem hindusko-bengalskiego pisarza Amitava Ghosha: „Na prastarej ziemi”. Oczywiście tematyka jest całkiem inna, ale zamysł książki - zupełnie ten sam.  Podróżom rzeczywistym towarzyszy symboliczna podróż przez wieki, u Ghosha – to historia związana z odkryciami archeologicznymi, u Strøksnesa - to opowieść o związkach człowieka z morzem i hołd dla natury.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:




1. "Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku” - Morten A. Strøksnes, Wydawnictwo Literackie, 2017, str. 94
2. Tamże, str. 120
3. Tamże, str. 147
4. "Ze wspomnień", J. Conrad, tłum. A. Zagórska, Warszawa 1973, str. 142


sobota, 25 marca 2017

„Wakacje nad Adriatykiem” Zofii Posmysz, ponownie dostrzeżone arcydzieło literatury polskiej /recenzja/



Wydawnictwo: Znak literanova
liczba stron: 315
ISBN: 9788324038046
Seria: PROZA PL
Data premiery: 13 lutego 2017



Zofia Posmysz – była więźniarka niemieckiego obozu Auschwitz, Ravensbrück i Neustadt-Glewe – to pisarka i scenarzystka, autorka słuchowisk radiowych, która w swojej twórczości wielokrotnie nawiązuje do obozowych wspomnień i rozliczeń. „Wakacje nad Adriatykiem” (z 1970 roku, kilkakrotnie wznawiane, ostatnio w lutym br.) należy do tego właśnie nurtu, ukazuje przeżycia kobiet uwięzionych w obozie. Biorąc jednak pod uwagę dwa plany czasowe książki – należy jej przesłanie rozumieć szerzej. Zamiarem pisarki nie było skupienie się wyłącznie na piekle obozowego życia, jej celem było uświadomienie wpływu tych doświadczeń na życie więźniów po wyzwoleniu.

Bohaterką książki jest kobieta, której imienia nie poznamy. W obozie nadano jej pseudonim: Sekretarka, ale dla naszych potrzeb niech pozostanie - Narratorką. Narratorka wraz z mężem i młodziutką przyjaciółką przyjeżdża na wczasy do włoskiego kurortu. Wydaje się, że cała grupa spędzi miły czas na wypoczynku i kontemplacji przyrody, ale pojawienie się grupki turystów z Niemiec zupełnie zmienia okoliczności pobytu. Podczas, gdy najbliżsi towarzysze Narratorki korzystają z uroków kąpieliska i plaży – ona sama całkowicie pogrąża się w świecie wspomnień. Wystarczy brzmienie tego jedynego języka, by przenieść ją z raju – wprost w piekło przeszłości. Zauważmy, że nieznajomy mężczyzna również czuje się nieswojo. Czy mogli się kiedyś spotkać? Co ich łączyło? Wokół radosna, urlopowa atmosfera, a między tą dwójką całkiem obcych sobie osób rodzi się spore napięcie. Poznajemy myśli Narratorki, ponieważ książka napisana jest w formie jej wewnętrznego monologu, więc kiedy ją nawiedza widmo obozowej rzeczywistości – towarzyszymy jej najbardziej ukrytym lękom, ale dzięki temu możemy też poznać historię przejmującej przyjaźni między dwoma współwięźniarkami. Przekonamy się, że Narratorka nie jest jedyną główną bohaterką. Jednakowo ważną postacią dramatu jest Ptaszka, dziewczyna ze wspomnień.

Kim jest Ptaszka? Nie tyle przyjaciółką (w zwykłym rozumieniu), raczej obozową siostrą, z którą Narratorka związała się nieformalnym paktem o wzajemnej ochronie i pomocy. Obie przebywały w obozie na tyle długo, by zorientować się, że podstawową zasadą przeżycia jest sztuka odwracania wzroku i nie przyzwyczajania się do nikogo; obie tę zasadę złamały. Szybko przekonamy się, że Narratorka (Sekretarka) była tą stroną silniejszą psychicznie i fizycznie - i to głównie na jej barki spadła odpowiedzialność za drugą osobę. Wiele wysiłku musiała włożyć w walkę o odrobinę dodatkowego jedzenia, czy o nieco bardziej ludzkie traktowanie. Tak wielka determinacja naszej bohaterki zaczyna w nas budzić podziw. Zastanawiamy się skąd czerpała siłę, bo przecież Ptaszka niczego nie ułatwiała, z czasem stała się raczej balastem i przeszkodą. W końcu trzeba ją było bezustannie chronić, ratować nawet przed samą sobą… Czy zatem ich siostrzany związek nie był oparty na równowadze? Ależ, wprost przeciwnie!

Kiedy Narratorka trafia do obozu ma zaledwie siedemnaście lat, chociaż wydaje się znacznie dojrzalsza od Ptaszki. Jej podopieczna jest ulepiona z zupełnie innej gliny. Nie jest zdolna prowadzić gierek, nie ma odwagi ani tupetu, dlatego Sekretarka bierze ją pod skrzydła. Ptaszka nigdy nie przystosuje się do obozowego życia, jest chyba najbardziej zagubioną osobą, przynajmniej tak się na początku wydaje… To jednak właśnie Ptaszka pomogła Narratorce przeistoczyć ten świat, którego rozum nie potrafi ogarnąć, w coś – co przynajmniej ma swoją morderczą logikę – w mit o Nibelungach, a niemieckich okupantów zmieniła w Bractwo Rycerzy Trupiej Czaszki. Zauważmy, że w całej opowieści nie pada ani razu słowo: Niemiec, obóz, Oświęcim. Musimy się pogodzić, że będziemy odtąd spotykać Rycerzy i Rycerki, a obóz uparcie nazywany jest Kolonią. To jedyny sposób, by obłaskawić koszmary. Te zamienniki, słowne erzace – to hołd dla Ptaszki i sposób, by uciec w realia okrutnej baśni, w sen, z którego (jak miała nadzieję Narratorka) można się kiedyś przebudzić.

Ale to nie wszystko. Sekretarka jest świadoma procesu, który w niej zachodzi. Żeby przeżyć – musi stać się twarda i silna, musi skamienieć, znieczulić się na bezmiar bólu, głodu, cierpienia i rozpaczy. Musi przywyknąć do codziennych transportów ludzi, którzy znikają we wnętrzu Dwudziestego Piątego Bloku i do widoku towarzyszek rzucających się na kolczaste druty, by w ten sposób zakończyć swą mękę. Dlatego potrzebuje Ptaszki, musi strzec jej niewinności, by móc o sobie nadal myśleć jak o człowieku.

Czy Ptaszka rzeczywiście jest bezradna? Przyjdą momenty, gdy w czytelniku rodzi bunt jej bierna kapitulacja. Będziemy jednak zmuszeni zrewidować ten pogląd… Obraz obozu został oddany przez ukazanie relacji między więźniarkami, a także między więźniarkami a ich strażniczkami; obóz – to niezwykle krucha pajęczyna różnego rodzaju powiązań. Strażniczki potrzebują przysług, a więźniarki, w zamian, korzystają z pewnej namiastki ochrony i opieki. Ptaszka różni się od Sekretarki tym, że nigdy nie pozwoli wkręcić się w takie zależności. Jest wrażliwą, utalentowaną, wykształconą osobą, która pomaga odrealnić koszmar przez nadanie jej mitycznego wymiaru. Rozszyfrowała tę baśń,1 ale nigdy sama nie pozwoliła się zredukować do roli „karła”. W swojej własnej rozgrywce udowodniła, że może stanąć w szeregu olbrzymów. Ptaszka to typowy antyczny bohater, który z pełną świadomością przyjmuje fatum, ale nigdy nie postąpi wbrew sobie.

Jeśli spojrzeć na książkę Posmysz z tej strony, to dochodzimy do wniosku, że zostały w niej zaprezentowane dwie postawy moralne. Nie nam je osądzać, chyba że ktoś sam dotarł tam, gdzie leżą granice człowieczeństwa. Czym różnią się nasze bohaterki? Jedna znalazła siłę, by przeżyć. Druga – ta pozornie słabsza – znalazła siłę, by się nie ugiąć.

Narratorka żyje wspomnieniami, ponieważ czuje się winna. Dlatego zabiera nas w podróż (jak Dante Alighieri) przez kolejne kręgi piekła; dlatego leżąc na plaży w raju – nie może uwolnić się od dręczących wyrzutów sumienia. Żyje z poczuciem niespłaconego długu. Stąd jej opieka nad młodziutką Polką. Czyż to nie stały, wypalony wzorzec?

„Wakacje nad Adriatykiem” - to nie jest książka, która miała ukazać obozową rzeczywistość w sposób reportażowy. To obóz przefiltrowany przez ludzkie emocje. Autorka nie zatrzymuje się na przedstawieniu mechanizmów uruchomionych przez instynkt samozachowawczy. Jej zamiarem było ukazanie skali zniszczeń w ludzkiej psychice. Udowodniła, że człowiek, który przeżył obóz – nigdy nie został naprawdę wyzwolony. W strefie mentalnej pozostał w obozie uwięziony na zawsze. Czyż szoku nie wywołują wspomniane kluby, w których spotykali się byli więźniowie, by powracać do tamtej  strasznej rzeczywistości? Głównym tematem poddanym pod naszą ocenę jest nie tylko obóz, ale poobozowa trauma. Wielkość tej książki tkwi w tym, że Autorka dostrzegła prawdę psychologiczną w każdym elemencie. Żaden portret nie jest jednowymiarowy. Ale przez to, że ofiary nie zawsze są wyłącznie szlachetne, a oprawcy nie zawsze jednakowo bezduszni – ta historia nie traci nic ze swego tragizmu, raczej jej dramat pogłębia.

Polecam Waszej uwadze.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:




1. „Nareszcie wiem, most nad wiekami, tak, tam są źródła, oni świadomie nawiązali (…), odrzucili wszystko pośrednie i sięgnęli do tych krwawych mitów, tak, tam jest kolebka (…). A my wiesz kim jesteśmy? Karłami! Karłami jesteśmy i musimy zginąć… żeby Nibelungowie…” - Wakacje nad Adriatykiem, Zofia Posmysz, Znak literanova, 2017, str. 128

czwartek, 23 marca 2017

KILKA REFLEKSJI FOTOAMATORA NA TEMAT FOTOKSIĄŻKI FIRMY SAAL DIGITAL





Pamiętacie swoje pierwsze spotkanie z aparatem fotograficznym? Dziś trzylatek łapie za cyfrówkę i pstryka całą sesję, ale jeszcze nie tak dawno temu sprawa nie była taka oczywista. Swoje pierwsze zdjęcia robiłam (raczej: bardziej ich nie robiłam) Druhem – pierwszym aparatem mojego ojca (ja się na nim uczyłem, to ty też); zepsułam ze trzy rolki, zanim udało mi się zatrzymać świat w konturach i w kadrze. Później awansowałam i ojciec czasem powierzał mi swój skarb, Zenita. Obładowana sprzętem (bo do pomocy dostałam światłomierz i tabelę naświetlań, ale też radę, by na początku zapisywać sobie ustawienia poszczególnych zdjęć w notesie) ruszałam na poszukiwanie inspiracji.



Z wycieczek i wakacji przywoziło się swego czasu zaledwie parę naprawdę udanych ujęć, ale ileż było radości, gdy udało się uchwycić pożar zachodu słońca, jesienne rumieńce liścia w parku i iskierki słońca skaczące po falach, ileż radości z portretu, gdy oddało się charakter modela i uzyskało efekt bokeh!... Ile też trzeba było namysłu, by fotografować tylko te najważniejsze chwile, bo film miał ograniczoną ilość klatek. W końcu trzeba było wybrać kilka najlepszych zdjęć i pieczołowicie wkleić do starannie opisanego albumu.




A potem nastała era cyfrówek i ilość zdjęć zaczęła nas zalewać. Strach się przyznać ile wykonujemy ujęć na urlopie. Nie wiem jak mają inni, ale ja przestałam nad tym panować. Nie wywołuję zdjęć, trzymam je na płytkach i na przenośnym urządzeniu (bo zapchały komputer). Nieźle się głowię, gdy czasem trzeba znaleźć konkretne zdjęcie.




Na rynku już dawno pojawiła się ciekawa usługa – fotoksiążka. Od jakiegoś czasu marzyło mi się, by wspomnienia z kolejnych podróży przechowywać właśnie w takiej formie. Dotąd nie zrealizowałam takiego projektu, ponieważ nikt z moich znajomych jeszcze nie przeszedł procesu zamawiania, nie miałam takiego albumu w rękach - i nie bardzo wiedziałam czy dam sobie radę z programem. Kiedy znalazłam ogłoszenie Saal Digital, który zaoferował utworzenie własnej fotoksiążki w ramach testu – stwierdziłam, że to jest mój czas i skwapliwie się zgłosiłam.

Oceniając współpracę i jakość fotoksiążki - jeszcze raz podkreślam, nie mogę porównać do innych fotoksiążek dostępnych na rynku, mogę wypowiedzieć się tylko na temat własnych spostrzeżeń dotyczących usługi firmy Saal Digital – która wykonała dla mnie mój pierwszy wymarzony album ze zdjęciami z podróży.


Saal Digital oferuje szeroki wachlarz foto-produktów - od kart pocztowych, kalendarzy, przez plakaty i obrazy ścienne, kubki, etui na telefony, aż po różnego rodzaju albumy 


PROCEDURA PROJEKTOWANIA FOTOKSIĄŻKI

Pobranie i zainstalowanie programu

Brzmi poważnie, ale sprawa jest prosta. Ze strony: http://www.saal-digital.pl/  pobieramy darmowy program do projektowania książki – i od razu można przystępować do planowania fotoksiążki. Dobrze jest mieć już przemyślaną myśl przewodnią, odpowiednie opisy i - co najważniejsze – zebrać w jeden folder zdjęcia, które chcemy zamieścić w książce. To nam ułatwi sprawę.



Interfejs programu jest przyjazny, prosty w obsłudze, niemal intuicyjny i poprowadzi nas bez przeszkód przez poszczególne etapy projektowania. Trzeba przyznać, że program daje spore możliwości personifikacji projektu. Na początku wybieramy rodzaj okładki, jej watowanie, rodzaj powierzchni papieru (błyszczący lub mat), ilość stron, rodzaj i wymiary książki, istnieje także możliwość dobrania opakowania prezentowego. Wszystkie te elementy mają wpływ na koszt. Co ważne - ustalamy od razu cenę, która już nie ulegnie zmianie. Po dokonaniu początkowych ustaleń – przechodzimy do tworzenia albumu.



W największym polu znajduje się okno projektu, pod spodem wyświetla się pasek - podgląd wcześniej zaprojektowanych stron. W lewym dolnym rogu pokażą się nasze zdjęcia z wybranego folderu; po prawej - znajduje się pasek narzędziowy, tu znajdziemy m.in. szablony, z których możemy projektować poszczególne strony (jeśli nie wybraliśmy wcześniej wersji, która automatycznie zaprojektuje tło i układ zdjęć w całym albumie, wówczas pozostaje nam tylko przeciągnięcie i opisanie zdjęć). Jeśli nie chcesz narzuconego układu - projektujesz strony według własnych potrzeb. 

Projektowanie jest proste, a program dodatkowo pilnuje jakości naszych zdjęć. Gdy przeciągniemy zdjęcie z folderu – zostaje ono od razu ocenione - wyświetla się okienko z oceną (jakość zdjęcia: bardzo dobra, dobra, niska), program sprawdza czy zdjęcia nie wystają, albo nie zostawiają niezapełnionych brzegów. 


W okienku, na zielonym pasku wyświetla się ocena konkretnego zdjęcia. Koniecznie trzeba je brać pod uwagę, bo w gotowej fotoksiążce będą widoczne różnice między zdjęciami, które program ocenił jako bardzo dobre, a tymi, które były "tylko" dobre.

Ilość szablonów jest duża. Możemy wstawiać zdjęcia pojedynczo lub w grupach, zaprezentować zdjęcie w większym formacie - wykonać ujęcie panoramiczne (przeciągnąć je przez dwie strony). Możemy dodawać dowolne ramki. Istnieje możliwość dodania tekstu, z czego zrezygnowałam tym razem. Mój album jest zbyt ogólny, stwierdziłam, że opisy zajmą zbyt dużo przestrzeni, ale rzecz jest indywidualna. Kolejny album z konkretnej podróży z pewnością opiszę. Oczywiście można wstawić tytuł albumu, zatytułować każdą stronę lub wstawić dowolny tekst.

Zabawa z projektem pochłonęła mi cały weekend, głównie dlatego, że wybieraliśmy swoje ulubione zdjęcia wraz z mężem, więc czasem trzeba było przedyskutować temat. W porównaniu z czasem, który pochłonęło mi wyszukiwanie zdjęć – samo projektowanie – to był już tylko moment. Nie warto się jednak zbytnio spieszyć, w końcu tworzymy pamiątkę na całe życie.




Kiedy zapełnimy wszystkie strony – nasz projekt przechodzi jeszcze dodatkową, końcową korektę (wyłapuje błędy) i jeśli wszystko jest w porządku – składamy zamówienie. Procedura zamawiania jest ekspresowa. Od momentu pobrania programu, do dostarczenia paczki kurierem – minęło sześć dni. Trzy dni mojej zabawy; zamówienie złożyłam 12 marca, wieczorem. 15 marca - fotoksiążkę (opakowaną w karton, folię i ochronną piankę) już wręczał mi kurier. Paczka wysyłana jest z Niemiec, dostarcza ją DHL. 

JAKOŚĆ FOTOKSIĄŻKI

Końcowy efekt przeszedł moje oczekiwania. Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do jakości wykonania. Zdjęcia prezentują się tak jak w oryginale (tak jak na monitorze w programie), wielkim plusem jest trwałość poszczególnych stron, a największą niespodzianką jest rodzaj ich łączenia, co ma kolosalne znaczenie przy zdjęciach panoramicznych. Książka, którą zamówiłam w wymiarze 28 x 19 cm  (mniej więcej wymiar A4) - prezentuje się okazale.



Grzbiet i okładki są solidne; strony grube, co będzie miało z naczenie w eksploatacji





Strony otwierają się na płasko, przez co zdjęcia nie tracą jakości na łączeniu stron.


Na zdjęciach zachowały się istotne niuanse i szczegóły, które miały znaczenie. Widać to na fragmencie zdjęcia skały z Pamukkale (zwłaszcza po lewej stronie, prawa na tym ujęciu trochę się rozmyła, ale to przecież tylko "zdjęcie zdjęcia", w fotoksiążce prezentuje się znakomicie). W tym przypadku ważne było uchwycenie faktury skały, wszelkie subtelności naświetlenia jej chropowatej powierzchni.




Zdjęcia można prezentować w dowolnym formacie. Rozciągnąć na na jedną lub dwie strony, można też wkleić nawet kilkanaście ujęć, co pozwala stworzyć serię przypominającą kadry z filmu lub historię komiksową. 



Cena fotoksiążki oferowanej przez Saal Digital jest uzależniona od wielu czynników – m.in. od formatu, rodzaju okładki, opakowania i ilości stron. Mój album kosztował 294 zł (w tym koszt przesyłki – DHL z Niemiec). Ale można zaszaleć i wybrać sobie wersję za ponad 900zł. Cenę na szczęście ustalamy od razu - i co niesłychanie ważne - nie ma dodatkowych kosztów ukrytych - w tym zakresie nie ma już żadnych niespodzianek.




PODSUMOWANIE

Zalety
Łatwość obsługi programu, szybkość realizacji, wysoka jakość produktu (zgodność z oryginałem), solidność i estetyczność, brak ukrytych kosztów, idealny pomysł na prezent
Wady
Fotoksiążka – to jednak, niestety, wciąż produkt relatywnie drogi. Chętnie stworzyłabym album dwukrotnie grubszy. I to chyba jedyna wada testowanego projektu.


A jakie Wy macie doświadczenia z produktami tego typu?


***
Uwaga!


znajduje się kupon rabatowy - do jednorazowego wykorzystania.

Wydawnictwo Saal Digital także ma specjalną ofertę dla fotografów, którzy zainteresowani są otrzymaniem fotoksiążki pokazowej (na jej okładce napisane jest słowo: "Przykład", "Demo", "Sample", "Wzór" lub "Egzemplarz przykładowy", "Portfolio przykładowe", "Fotoksiążka pokazowa"). Na tego typu książkę udzielony zostanie 50% rabat!

Formularz zgłoszeeniowy oraz więcej informacji można znaleźć





poniedziałek, 20 marca 2017

Spotkanie z diabłem ryfejskim – czyli książka, która zajęła pierwsze miejsce w Konkursie Literackim „Z Biblioteki Ducha Gór”



Autor:  Magdalena Woźniak
liczba stron: 117
ISBN: 9788365295590
Data premiery: 16 grudnia 2016


Góry Ryfejskie – to dawna nazwa Karkonoszy; diabeł ryfejski to Karkonosz, Duch Gór, Rzepiór lub Liczyrzepa. Duch Gór jest znany na pograniczu niemiecko-polsko-czeskim, stąd inne jego popularne imiona: czeski Krakonoš i niemiecki Rübezahl. Początki jego legendy sięgają średniowiecza i wiążą się z pogańskim kultem, stanowił najprawdopodobniej personifikację sił przyrody. Najstarsze graficzne wyobrażenie jego postaci pochodzi z mapy śląskiego kartografa Martina Helwiga z 1561 roku. Z czasem diabeł ryfejski – nieobliczalny demon (kapryśny, złośliwy, okrutny lub miłosierny i dobroduszny) - stał się popularnym bohaterem podań i legend krążących po Karkonoszach. Zainteresował się nimi, opracował i nadał im literacką formę Carl Hauptmann, który opublikował w 1915 roku książkę: Rübezahlbuch (Księga Ducha Gór).


Kim był Carl Hauptmann? Filozofem, poetą i pisarzem, starszym bratem Gerharta, laureata literackiej Nagrody Nobla z 1912 roku. Bracia osiedlili się pod koniec XIX wieku w Schreiberhau (Szklarska Poręba), po czym przyciągnęli tłum literatów i artystów, którzy w Karkonoszach znaleźli inspirację. Byli pionierami rozrastającej się kolonii artystycznej. Carl przyjaźnił się z Polakami i poparł nasze dążenia do odzyskania niepodległości w 1918 roku, przez co naraził się swoim nacjonalistycznie nastawionym rodakom. Pewnie niewiele osób pamięta, że Carl Hauptmann dokonał literackiej korekty niemieckiego tłumaczenia Chłopów, co przyczyniło się do upowszechnienia dzieła i przyznania Reymontowi literackiej Nagrody Nobla w 1924 roku.



Księgę Ducha Gór Hauptmanna możemy przeczytać w tłumaczeniu Emila Mendyka i Przemysława Wiatera, książka jest dostępna w przebogatej ofercie Wydawnictwa-Poligrafii Ad Rem z Jeleniej Góry. Wydawnictwo jest ewenementem w skali kraju ze względu na rodzaj działalności - zajmuje się szeroko pojętą promocją Dolnego Śląska. Jego oferta jest nie tylko zróżnicowana i przystosowana dla czytelników o różnych potrzebach i z różnych środowisk (Ad Rem publikuje powieści, przewodniki dla dorosłych i dzieci, albumy, biografie, monografie miast i konkretnych obiektów historycznych); wydawnictwo także czynnie angażuje się w promocję regionu poprzez organizowanie imprez kulturalnych i spotkań autorskich w muzeach i w miejscach, które mają historyczne znaczenie. Przykładem interesującej inicjatywy jest przeprowadzony pierwszy raz w zeszłym roku Konkurs Literacki „Z Biblioteki Ducha Gór”, który miał zainspirować współczesnych twórców regionem Karkonoszy. Konkurs rozstrzygnięto pod koniec roku, 16 grudnia odbyła się uroczysta gala ogłoszenia zwycięzców, która została zorganizowana (czy mogło być inaczej?) - w muzeum w Szklarskiej Porębie, w Domu Gerharta i Carla Hauptmannów, dokładnie w miejscu, w którym powstał Rübezahlbuch.


Spośród nadesłanych prac wyłoniono trzy najlepsze, które już zostały opublikowane i dały początek nowej serii „Z Biblioteki Ducha Gór”. Zwyciężczynią pierwszej edycji konkursu została Magdalena Woźniak. Jej książka, a raczej nowela (zgodnie z wymogami konkursu prace nie mogły przekroczyć określonego rozmiaru) - nie tylko jest zainspirowana legendą diabła ryfejskiego, ale także zanurzona w lokalnej tradycji. Gniazdo żmij odkrywa przed czytelnikiem kolejną kartę z bogatej historii regionu. Karkonosze od średniowiecza słynęły z wysoko rozwiniętego ziołolecznictwa, a Karpacz w XVII wieku był ośrodkiem skupiającym laborantów - wykwalifikowanych zielarzy (z jego 57 domów – 40 należało do laborantów, przez co Karpacz zwano Wsią Aptekarzy). W archiwach można dotrzeć do nazwisk najsłynniejszych rodzin zielarskich (np.: Grossmann, Exner, Hampel). Około 1700 roku mieszkańcy Karpacza i okolic utworzyli cech zielarzy. Od tej pory – żeby zostać mistrzem zielarstwa - nie wystarczyło stać się posiadaczem tajnych rodzinnych receptur, trzeba było odbyć praktykę i zdać egzamin. W XVIII wieku laboranci w Karpaczu wytwarzali ponad 200 różnych mikstur i specyfików.* Ich dobra passa trwała do ok. połowy XVIII wieku. Kiedy Kotlina Jeleniogórska przeszła pod panowanie Hohenzollernów, pruska administracja ograniczyła liczbę legalnie działających laborantów z Karpacza. Ustawa rządowa określiła limit w wysokości 30 koncesji. Do ograniczenia działalności zielarzy przyczyniło się środowisko medyków dążące do wyeliminowania konkurencji.


Niewielka liczba koncesji oczywiście nie spowodowała zaprzestania działalności zielarzy, pogłębiła jednak lokalne różnice społeczne. Medykamenty wytwarzano na bazie ziół, które laboranci zbierali w górach, hodowali w przydomowych ogródkach i nabywali u coraz liczniejszych ubogich zbieraczy. Takie właśnie środowisko Karpacza i jego najbliższych okolic – zróżnicowane pod względem pozycji i zamożności oraz skonfliktowane – przedstawia Magdalena Woźniak w swojej zwycięskiej książce. Autorka stworzyła fabułę opartą na lokalnych legendach, a także rzetelnie opracowaną na podstawie kronik i dokumentów. Nadała nawet swoim bohaterom prawdziwe historyczne nazwiska.
Gniazdo żmij – to książka napisana z zacięciem i sugestywnym językiem, przez co błyskawicznie zostajemy przeniesieni w atmosferę XVIII wiecznego Karpacza, w czasy, gdy zielarstwo stanowiło główne źródło dochodu, zielarze cieszyli się ogromnym szacunkiem okolicznej ludności, a zarazem byli solą w oku pruskiej administracji. Dzięki talentowi autorki – zobaczymy nie tylko domostwa i pracownie laborantów, chaty uboższych zielarzy i wnętrza ważniejszych budynków Karpacza; przede wszystkim jednak zwiedzimy malownicze okolice tej miejscowości.
Fabuła książki? Jeremias Mirus, Ernst Nietsche i Jacob Grossmann to trójka przyjaciół, która swego czasu planowała utworzyć dochodową aptekę i marzyła o potomstwie, któremu można przekazać swój fach. Niestety, ich przyjaźń nie przetrwała próby czasu. Nie wszystkim się jednakowo powiodło. Tylko Mirus i Grossmann zdobyli koncesje. Żaden z nich nie doczekał się męskiego następcy. Jacob jest bogaty, ale samotny. Ernst nie ma koncesji i jest najuboższy. Czy aby na pewno? Posiada przecież tajemne rodzinne receptury, których zazdroszczą mu wszyscy w okolicy. I nawet jeśli ta najważniejsza częściowo zaginęła, to ma jeszcze niezwykle zdolną córkę… A Jeremias Mirus?

[Litografia barwna, pocztówka z przełomu XVIII i XIX wieku: "Pozdrowienia z Karpacza" - okolice Karpacza Górnego z wizerunkiem Rubezahla. Zakład Litograficzny O. Keil, Jagniątków. Ilustracja pochodzi z albumu "Oskar Adam Keil (1856-1936). Przedsiębiorca i wydawca z Jagniątkowa", Wydawnictwo Poligrafia Ad Rem, Jelenia Góra, 2016]

Pewnego dnia niewielką społeczność wioski dotyka tragedia. Jeremias Mirus – jeden z trzydziestu koncesjonowanych mistrzów ginie w tajemniczych okolicznościach. Na Jacoba Grossmanna, najbogatszego laboranta - pada blady strach. Czy śmierć jego eks-przyjaciela była przypadkowa? Czy coś grozi pozostałym mistrzom? Czy to dowód na istnienie klątwy, która zawisła nad trójką przyjaciół? A może tylko czyjś perfidny sposób na skrócenie drogi do awansu? Kto popełnił zbrodnię: człowiek czy duch? Może śmierć mistrza to zemsta diabła ryfejskiego za kradzież ziół i za ludzką zachłanność? Może zielarze dawno zapomnieli o powołaniu, a ich myśli opanowało bogactwo? Gdzie należy szukać tytułowego „gniazda żmij”?
Równocześnie z wątkiem kryminalnym poznajemy historię Agnes, córki Ernsta. Słynąca z urody dziewczyna nie może liczyć na posag, ale receptury ojca oraz jej własne umiejętności powodują, że staje się w środowisku zielarzy najlepszą kandydatką na żonę. Musi tylko dokonać wyboru między zdolnym Tobiasem, a nieco tajemniczym Mato, który dodatkowo należy do wrogiej frakcji aptekarzy. Czy dziewczyna w ogóle zdecyduje się wyjść za mąż? I który mężczyzna znajdzie drogę do jej serca?
Śmierć Jeremiasa Mirusa spowodowała sporo zamieszania, a mieszkańcy tej niewielkiej społeczności muszą się odnaleźć w nowej sytuacji. Czytelnik zaś z rosnącym zainteresowaniem obserwuje ich rozterki i wybory. Grossmann obawia się przecież, że pod bokiem wyrasta mu konkurencja. Zastanawiamy się czy Tobias interesuje się dziewczyną z miłości czy wyrachowania. Mistrzowie prowadzą własne śledztwo, a po okolicy snuje się pruski urzędnik, który szpieguje ubogich zbieraczy… A Agnes? Jej kłopoty sercowe to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Tak naprawdę stawka jest o wiele poważniejsza, ponieważ dziewczyna rozważając walory kandydatów i stając się świadkiem ich rywalizacji – odkrywa prawdę o sobie i dociera do istoty powołania i etyki zawodowej prawdziwego zielarza.


Gniazdo żmij to krótka, ale doskonale skomponowana nowela, która zgrabnie łączy wątek historyczny, kryminalny i romansowy. To książka, która służy rozrywce i krzewi wiedzę, ale nie brakuje w niej także głębszego przesłania. Carl Hauptmann napisał swoją Księgę o Duchu Gór ponad sto lat temu - w 1915 roku i bynajmniej nie dokonał zwyczajnego skopiowania krążących legend. Jego dzieło zawiera aluzje do ówczesnej sytuacji na świecie i antywojenne przesłanie, ale też odniesienia do dziejów regionu (także do laborantów), a przede wszystkim oddaje specyfikę, potęgę gór i aurę ich tajemniczości. Słusznie Ad Rem popiera swoje promocyjne działania nazwiskiem człowieka, który sobie ten zakątek ziemi umiłował i oddał mu wielkie zasługi. Magdalena Woźniak realizując założenia konkursu i wplatając w książkę motyw Ducha Gór - pozwala nam zrozumieć dlaczego jego postać od wieków inspirowała ludowych bajarzy, artystów i literatów. Rübezahl, Karkonosz czy diabeł ryfejski – nadal pozostaje uniwersalnym nośnikiem symboli, a zarazem jest świetnym pretekstem, by pokazać prawdę o ludzkiej naturze.


Recenzja opublikowana w:

piątek, 17 marca 2017

Nowy numer sZAFy już w sieci!







W NUMERZE:

POEZJA
Lucyna Brzozowska, Karol Ketzer, Justyna Koronkiewicz, 
Robert Konca, Damian Kowal, Agnieszka Moroz, Katarzyna Zwolska-Płusa
PROZA
Magda Harmon, Agnieszka Jeżyk, Wiktor Orzeł, Beata Zdziarska,
Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska
FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO
Maurizio L'Altrella, Michał Liszka, Alvarenga Marques, Tomasz Rozenberg,
Elenashirin Ferrario-Scacchi, Justyna Warwas
sZAFa Presents
Leszek Rózga – „Ciało i duch”
Jakub Sajkowski - O twórczości Yu Hua na przykładzie jego powieści i eseistyki
Maja Staśko - Otua. Autoterapeutyczność a autotematyczność
wokół „Szklanych ust” Lecha Majewskiego (VII)
ESEJE-FELIETONY-RELACJE
Paweł Dąbrowski - Burze teatralne * Ewa i jej papierowi kochankowie
Ewa Frączek - Rechot w teatrze
Leszek Jodliński - Cmentarz zapomnianych książek. Kartka z Lyonu
Klaudia Raczek - Dlaczego przestałam chodzić na prezentacje książek.
 Spotkania autorskie jako narzędzie marketingu
TEATR-FILM
Leszek Jodliński - (Nie)szczęście świata
Natalia Kołaczek - Szwedzka teoria miłości, filmowa teoria szwedzkości.
Agnieszka Moroz - Rodzina jako zbiór pusty
RECENZJE
Paweł Dąbrowski - Autorefleksje z tomu do podróży. Justyna Bargielska, „Selfie na tle rzepaku” * Z dnia na dzień. Wiktor Orzeł, „I tak dalej” * W pomrokach tożsamości. Julia Szychowiak, „Naraz” * Wrażliwy meeting z polityką. Dawid Mateusz, „Stacja wieży ciśnień”
Ewa Frączek - O trzech płytach i trzech poetach
Magda Gałkowska - Niebo jest najczystszym wierszem.
Damian Kowal „Najmniejsze przeboje z Tristan da Cunha”
Justyna Kasperek - Wiersz jako pośrednik. Kacper Bartczak - „Wiersze organiczne”
Karol Maliszewski - Mowa obok jego mowy. Kilka zdań o interesującym debiucie. Daniel Fernandes da Fonseca, „Ozory”
Paulina Mikołajczyk - Grzegorz Bogdał, „Floryda”
Daria Nowicka - Wieloskrzydłe Motyle Nelly Sachs. Wokół „Rozżaarzonych zagadek”
Małgorzata Południak - Wiersze pierwsze i drugie. Karol Ketzer, „Pięszczoty”
Aleksandra Urbańczyk - Każdy ma swój Patusan… Joseph Conrad „Lord Jim” * Spotkanie z diabłem ryfejskim – czyli książka, która zajęła pierwsze miejsce w Konkursie Literackim „Z Biblioteki Ducha Gór”. Magdalena Woźniak „Gniazdo żmij". Rzecz o laborantach z Karkonoszy
Marcin Włodarski - Czarne granice. Marcin Kydryński, „Biel. Notatki z Afryki”
Małgorzata Zakrzewska – „I nie wróciłeś...” Marceline Loridan-Ivens
CZYTANIA
Sławomir Hornik - Zapamiętaj: jestem jedyny. (T. Majeran, Lekcja 1)

***
Małgosiu, dziękuję:)
***

czwartek, 16 marca 2017

MORZE NAS UCZY: JESTEŚMY ZNIKOMI I MAŁO ISTOTNI - Morten A. Strøksnes - /materiały prasowe/


16 marca - premiera książki norweskiego dziennikarza i pisarza - 
Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku.  To reportaż z wyprawy na Lofoty, której celem było złowienie rekina polarnego. Dlaczego rekina? Ponieważ jest niezwykłym zwierzęciem: mierzy 8 metrów długości, waży ponad tonę i może dożyć nawet pięciuset lat. Dla obydwu naszych bohaterów (narratora i jego przyjaciela) ma znaczenie symboliczne. Jednak książka nie jest zwykłą relacją z połowów, przeradza się w coś znacznie ważniejszego – to opowieść o skarbach, które kryją morza i oceany, niezwykłych morskich stworzeniach i tajemnicy życia, wreszcie o przyjaźni oraz drzemiącej w nas odwiecznej tęsknocie za przygodą.


Z okazji premiery Wydawnictwo Literackie prezentuje wywiad z Autorem, który jest doskonałym wstępem do książki:

zdjęcie - materiały prasowe



Dwa lata temu wyprawił się pan z przyjacielem na Lofoty, by złowić rekina polarnego.
To była wyprawa w moje ojczyste strony. Zupełnie jakbym jechał do domu. Na tym polegała główna trudność. Musiałem zobaczyć to miejsce nowymi oczami, wyalienować się z kontekstu, którego byłem częścią, stać się kimś obcym, kimś spoza.


I co nowego udało się panu zobaczyć?
Zbierając materiały do książki, często wypływałem na morze, by zdobyć pożywienie. Czytałem też na okrągło książki o morzu. Dzięki temu otworzyła się przede mną zupełnie nowa rzeczywistość, nowy wszechświat. Wspaniały wielki ocean z cudownymi formami życia, zwłaszcza tymi, które kryją się w jego największych głębinach. Uświadomiłem sobie, że to, co nazywamy oceanem, co pokrywa prawie 70 procent naszej planety, jest czymś w rodzaju odrębnej planety, która rządzi się własnymi prawami ewolucji.

A wy chcieliście upolować jedno z najstarszych jego stworzeń…
To bardzo tajemniczy rekin. Nie wiemy, na przykład, w jaki sposób poluje i jest w stanie złapać znacznie szybszą od siebie rybę. Dawniej norwescy rybacy poławiali wiele tego rodzaju ryb, ale teraz już tego nie robią. Rekin polarny stracił na handlowej wartości.

Dlaczego złowienie go jest aż takim wyzwaniem?
Przede wszystkim trzeba go przynęcić. Jest prawie całkowicie ślepy więc trzeba go przywabić zapachem. Wykorzystywaliśmy różne rodzaje śmierdzącego padła, jak na przykład szczątki byka i inne temu podobne. A kiedy w końcu masz tego rekina, a waży on 1200 kilogramów i ma 8 m długości, jak złowić go z małej łódki? To też jest problem.

Tak się zastanawiam, czy w tej wyprawie naprawdę chodziło o rekina. Dla mnie bardziej jest to opowieść o oceanie, jego bogactwie, a także o przyjaźni, bo przecież towarzyszył panu najlepszy przyjaciel...
To prawda. Z czasem rekin staje się coraz z mniej istotny, a cel naszej misji zmienia się. Zaczynamy kwestionować to, co robimy. Zastanawiamy się, czy jesteśmy mężczyznami typu macho na morzu. Nie, to nie jest książka tego typu. Stawia daleko ważniejsze i bardziej interesujące pytania niż polowanie na rekina. Można przeczytać dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, może nawet czterdzieści stron i nie znajdzie się na nich nawet wzmianki o rekinie. To był punkt wyjścia, pewna rama. Jest pewna misja do wykonania, jest coś, co mamy zrobić. W książce jednak przede wszystkim skupiam się na fantastycznej zawartości morza. W mitologicznym, poetyckim, a także biologicznym sensie.


Czego morze albo ocean mogą nas nauczyć?
To trudne pytanie. Ocean pokazuje nam, jak jesteśmy mali, znikomi i mało istotni. Morze jest nie tyle naszym nauczycielem co bardziej naszym ojcem. Kreacjoniści nie zgadzają się z darwinistami, którzy uważają, że naszymi przodkami są małpy. Cóż, w tym mają rację, tak naprawdę, nie pochodzimy od małp – naszymi przodkami są ryby, jesteśmy takimi „przerobionymi” rybami. Życie na naszej planecie pochodzi z morza. Ten żywioł to nasza kolebka. Mówi się, że powinniśmy być mili dla morza, bardziej się o nie troszczyć, ja jednak uważam, że to morze troszczy się o nas. Większość tlenu wytwarzanego na ziemi pochodzi z morza, jest tam więcej życia niż gdzie indziej, są tam różne gazy więc jeśli morze ma kłopoty, to my też je mamy. Lasy deszczowe są ważne ale ocean jest ważniejszy.

Pan wiele podróżuje. Był pan też w Afryce. Czy da się porównać samotność na morzu do samotności na pustyni? Dla wielu osób doświadczenie pustyni jest przeżyciem mistycznym, jeśli nie religijnym. Jak to jest z morzem?
Oczywiście, są pewne podobieństwa. Tym punktem wspólnym jest odczucie bezmiaru, otwarcia, widok nieba i światło. Pustynia jest miejscem religijnych czy mistycznych doświadczeń, ale morze już nie tak bardzo. Jest zbyt duże, zbyt poruszone, zbyt niebezpieczne. W ładny dzień możesz odczuwać spokój umysłu, ale, jak pokazuję to w książce, nie zdarza się to często. Musisz być bardzo uważnym, zwracać uwagę na to, co robisz. To bardziej niebezpieczne środowisko niż pustynia, o ile będąc na niej masz przy sobie wodę.



***


Morten A. Strøksnes (ur. 1965) – norweski dziennikarz, pisarz, historyk, fotograf. Studiował w Oslo i w Cambridge. Wydał cztery bardzo dobrze przyjęte książki reportażowe. Najsłynniejsza – Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku – została wyróżniona Nagrodą Bragego oraz Nagrodą Krytyków, a prawa do jej wydania sprzedano do 14 krajów.
(fot. Baard Henriksen, Wydawnictwo Literackie)









premiera: 16 marca
Czy warto przeczytać? Warto! Recenzja wkrótce... 
Wszystko się w Tobie buntuje na myśl o okrutnym polowaniu na zwierzę? Weź dwa głębokie wdechy i daj szansę autorowi...

czwartek, 2 marca 2017

„Słoneczne miasto” i „Kamienne pole” - dwie minipowieści Tove Jansson /recenzja/





Dzisiaj nie wypada kojarzyć autorki wyłącznie z Muminkami. Owszem, sympatyczne trolle przyniosły jej światową sławę, ale przecież po opublikowaniu korespondencji opracowanej przez Boel Westin1 - polski czytelnik zdaje sobie sprawę, że Tove Jansson była artystką wszechstronną - malarką, graficzką, ilustratorką, twórczynią komiksów, autorką książek dla dzieci i dla dorosłych. Jej książki dla czytelnika dojrzałego bywały w Polsce publikowane sporadycznie, natomiast Wydawnictwo Marginesy zwróciło na nie uwagę szczególną. W krótkim czasie oprócz korespondencji, ukazały się zbiory opowiadań: Wiadomość”(2015) i „Córka rzeźbiarza” (2016), które stanowią dowód, że Jansson była mistrzynią krótkich form. W tym roku (w połowie lutego) miała premierę nieco odmienna książka. „Słoneczne miasto” nie jest antologią opowiadań, składa się jedynie z dwóch dobranych tematycznie minipowieści, z czego jedna (tytułowa) - jest prezentowana w Polsce po raz pierwszy.

Pobyt w raju

W trakcie wyprawy dookoła świata (1971/72) Tove zatrzymała się w mieście na amerykańskim wybrzeżu. Szybko zorientowała się, że jest to jedno z miejsc, które upodobali sobie emeryci. Już wtedy powstał projekt noweli. Przyjazny klimat, słońce, malownicze widoki i przytulne werandy wypełnione zadowolonymi pensjonariuszami. Permanentna sielanka? Pisarka postanawia rozprawić się z tym mitem…

Saint Petersburg na Florydzie to miasto, które kojarzy się z nieustającymi wakacjami. Któż nie chciałby w takim miejscu spędzić schyłku swego życia? Zwłaszcza, że wszystko (zgodnie z tym, co obiecują foldery turystyczne) jest zaprojektowane z myślą o seniorach, ich potrzebach i bezpieczeństwie. Każdy, kogo stać na realizację tej fantazji – przyjeżdża tu, wynajmuje pokój w jednym z licznych pensjonatów, po czym  (na dobre i na złe) staje się członkiem werandowej mikrospołeczności. Rozmaite służby dwoją się i troją, by życie podopiecznych stało się wygodne, a ich śmierć (no cóż, trzeba się z nią liczyć) – dyskretna… Wszystko jest idealnie urządzone, dopiero wnikając w lekturę poznamy więcej ciemniejszych stron związanych z pobytem w tym miejscu. Zastanówmy się jednak: czy od razu nie przeszywa nas dreszcz wywołany nazwą tego miejsca? Czyż nie robi się nam niewojo, gdy pomyślimy, że seniorzy dobrowolnie i chyba podświadomie wybierają Miasto świętego Piotra (nomen omen) - jako ostatnią przystań, zanim przyjdzie im faktycznie stanąć przed jego bramą?…

Przyjrzyjmy się jeszcze tej sielance… Autorka skupiła się na ukazaniu przeżyć niewielkiej grupy seniorów – mieszkańców Butler Arms – pensjonatu z tradycjami, którego zarząd jest równie wiekowy, jak jego goście. Pensjonariusze teoretycznie mają wiele możliwości wypoczynku i spędzania wolnego czasu. Spacerują nad morze i podziwiają największą lokalną atrakcję (filmowy statek Bounty), korzystają z klubów, bibliotek i kawiarni. W praktyce - kręcą się tu i tam, a większość dnia i tak spędzają na wspólnej werandzie, gdzie poddają się różnego rodzaju rytuałom, konwersują, próbują się dostosować lub przeciwnie - za wszelką cenę chcą zachować bezpieczny dystans… Czy wszyscy godzą się z losem jednakowo? O nie! Z daleka być może wyglądają szablonowo - jak stadko wron, które obsiadło fotele, ale z bliska staruszkowie nie są do siebie podobni! Jeśli się im się przyjrzeć, okaże się, że tworzą niezwykle barwną galerię osobowości. Ileż tu napięć i konfliktów! Mieszkańcy są na siebie skazani. Stale na siebie wpadają, wchodzą sobie w drogę, działają na nerwy, a ich relacje kipią od lepiej lub gorzej tłumionych emocji. Dokucza im nuda, a jeszcze bardziej świadomość, że już nie trzeba się z nimi liczyć… Wszystkie wybuchy, skargi, przytyki i złośliwości - to tylko sposoby, by chronić się przed natrętnymi myślami o śmierci, bo komfortowy raj dla nich spreparowany – paradoksalnie wciąż im o niej przypomina. Nawet przyłączenie się do ich społeczności Tima Tellertona  (emerytowanego niezwykle popularnego gwiazdora i celebryty) stanowi rozrywkę i sensację tylko chwilowo. W rzeczywistości wprawia w jeszcze większe przygnębienie, bo uzmysławia, że przemijanie dotyczy wszystkich jednakowo... Życie pensjonariuszy nie jest sielanką. Raj? Jaki raj? Saint Petersburg stanowi raczej zamaskowaną promieniami słonecznymi formę czyśćca…

Wbrew pozorom „Słoneczne miasto” nie jest poświęcone wyłącznie seniorom. Wraz z pensjonariuszami kibicujemy związkowi pokojówki Lindy z Joe’m – przewodnikiem na statku Bounty. Wątek ich miłości jest wprowadzony dla kontrastu, ale także dopełnia obraz, ponieważ czytelnik dowiaduje się w jaki sposób w tym specyficznym mieście odnajdują się jego młodzi mieszkańcy. I w zasadzie, w tym motywie – istotniejsze od romansu – jest ukazanie procesu dojrzewania do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. O ile bowiem Linda, która pokorę i pogodę ducha wyniosła z rodzinnego domu, o tyle Joe - przeciwnie. Jest typem Piotrusia Pana (czyż nie ma swojego statku?), który za nic w świecie nie chce dorosnąć.

Przypowieść o człowieku, którego przygniotły słowa

Drugi utwór przenosi nas na zupełnie inny kontynent, w okolice Helsinek. Nadal pozostajemy w podobnych klimatach – przy rozważaniach dotyczących schyłku życia i rozliczeń, a scenerię do rozważań stanowi upalne lato... „Kamienne pole” to portret pisarza, który pozwolił się uwięzić w pułapce słów. Autorce nie chodziło o stworzenie karykatury pisarstwa, raczej pokazała skrajny przypadek zagubienia się w dążeniu do ideału, którego przecież nie można osiągnąć. Jonasz jest uznanym literatem, którego poznajemy w chwili, gdy przechodzi na emeryturę i decyduje się skorzystać z zaproszenia córek do spędzenia urlopu na letnisku. Wydaje mu się, że w tym miejscu będzie miał idealne warunki, by dokończyć ostatnie dzieło, swój opus magnum – biografię Igreka, zmarłego już, niezwykle wpływowego i podziwianego finansisty.

Jonasz podchodzi do zadania profesjonalnie. Zbiera dane i materiały, odbywa rozmowy ze świadkami, ale praca nie posuwa się naprzód, dzieło pozostaje martwe. Jego bohater jest zbyt idealny, wydaje się wyprany z wszelkich wad, nie posiada najmniejszych skaz ani słabostek. Ten portret jest nieludzki! Pisarz przekonuje się, że taka książka nikogo nie zainteresuje, nie stanie się bestsellerem, a przede wszystkim nie będzie prawdziwa. I nagle z przerażeniem uświadamia sobie swoje własne postępowanie z rodziną. Jonasz nie potrafi rozmawiać z najbliższymi. Zamienia każdą konwersację w udrękę. Chce, by wszyscy posługiwali się językiem w sposób mistrzowski. Zadręcza otoczenie ciągłym precyzowaniem słów, nadawaniem im wagi i znaczenia, jakby nie służyły komunikacji, ale miały zostać co najmniej wykute na kamiennych tablicach Mojżesza. Postawił między sobą i bliskimi mur, którego nikt nie jest w stanie przebić. Kamienne pole – to nie tylko atrakcja turystyczna. To także metafora problemów Jonasza i symbol jego walki. A także przemiany - bowiem rozprawa z biografią Igreka staje się wstępem do oczyszczającego rytuału dla pisarza i jego córek.

„Słoneczne miasto” i „Kamiene pole” to utwory, które powstały ponad trzydzieści lat temu, ale dzisiejszy czytelnik nie odczuwa najmniejszego dystansu do przedstawianych wydarzeń, ponieważ Tove Jansson skupia się na uniwersalnych emocjach człowieka i nie unika bolesnych tematów. Jej obserwacje - są jak zwykle - krystalicznie celne i głębokie, przez co przesłanie utworów nie może ulec przeterminowaniu...


Za książkę dziękuję Wydawnictwu:


1. „Listy Tove Jansson”, Tove Jansson, Boel Westin i inni…, Marginesy, 2016, stron 464