niedziela, 14 stycznia 2018

Obłaskawianie rzeczywistości - "Rzeczy, których nie wyrzuciłem", Marcin Wicha /recenzja/


Rok wydania: 2017
Ilość stron: 198


Rzeczy, których nie wyrzuciłem to osobisty tomik, który jest hołdem dla zmarłej Matki. Autor ilustruje swoje relacje z Matką, a jednocześnie się z nią żegna. Wspomnienie o Niej miało pomóc w dojściu do ładu z poczuciem straty, ale jak wynika z treści książki – spełniło również inne funkcje. Ponieważ w całej lawinie przedmiotów, które pozostały po Matce (i którymi trzeba jakoś rozdysponować) brakuje Jej fotografii - książka stanowi w pewnym sensie zadośćuczynienie w tym względzie, uzupełnia rodzinny album o jej portret. Zadanie nie było łatwe. Autor mógł o Matce napisać wyłącznie w szczególny sposób. Książka jest poświęcona osobie, która była wyczulona na precyzję języka. I nie mam na myśli wyłącznie formy. Bohaterka książki od zawsze była rzeczniczką prawdy, także tej niewygodnej (nawet w czasach, gdy mówienie wprost nie było całkiem bezpieczne), więc jeżeli autor chciał, by duch Jego Matki unosił się nad książką – musiał podporządkować się Jej zasadom i nazywać rzeczy po imieniu. Zapewne dlatego jesteśmy świadkami nie tylko rodzinnych historii i anegdot, ale również zaskakująco intymnej sceny finalnej.

Narrator opisuje bolesne i niewdzięczne zadanie. Musi uprzątnąć mieszkanie z pamiątek po Matce i począć coś z jej osobistymi rzeczami. Ale najpierw, póki jeszcze wszystkie przedmioty tkwią na swoim miejscu, dopóki tworzą znajomą konstelację – spogląda na nie po raz ostatni. Stanowią przecież swoistą mapę wspomnień, opowiadają nie tylko o Matce i Ojcu, świadczą również o świecie, który ukształtował autora. Książka Wichy to szkatułka - podczas lektury otwieramy przegródki, w których ukryte są rozmaite wspomnienia. W jednej z wielu skrytek – wyborny opis biblioteki Rodziców. To w zasadzie esej o książkach i księgozbiorach, o okolicznościach ich zdobywania. Esej jest wielowarstwowy (i to dosłownie), bo autor przekopuje się przez półki i brnie przez serie i kolekcje, jak  przez geologiczne warstwy ziemi – opowiada ze swadą o „epokach” wydawanych książek, uczy je rozpoznawać nie tylko po tytułach, ale również według rodzaju papieru i wzornictwa. Pochyla się również (w roli dociekliwego recenzenta-detektywa i demaskatora) nad ulubioną lekturą Matki...  

Książka Marcina Wichy oferuje o wiele więcej, niż możemy się spodziewać po jej niewielkich rozmiarach. Nie jest przegadana, bo autor zna wagę słów. Nie jest skupiona wyłącznie na jednym temacie, ponieważ autorowi udało się stworzyć nie tylko portret Matki i kronikę rodzinną, ale również portret pokolenia, któremu przyszło mierzyć się z powojenną traumą. Książka utrzymana jest w stylu gawędziarskim, a wśród opowiastek rodzinnych i rozmaitych refleksji ukryte jest przesłanie o sile kryjącej się w umiejętności ubierania swoich wrażeń w słowa i o sztuce wyrażania (umiejętności opisania) rzeczywistości.  Autor wyniósł ze swego domu przekonanie, że biegłość posługiwania się słowami – to „tarcza” , a jednocześnie „sposób” na okiełznanie świata. Zatem książka Rzeczy, których nie wyrzuciłem – jest „okiełznaniem” żałoby, ale specyficznym, przedstawionym bez sentymentalizmu i bez eufemizmów. I co ważne – bez żałobnego tonu. Wręcz przeciwnie, narracja niepozbawiona jest poczucia humoru*. Ze wspomnień Wichy sączy się jakiś spokój i pokrzepiające spojrzenie w przyszłość. Jakaś wewnętrzną pewność i nakaz, że mimo dramatów (osobistych i narodowych) trzeba iść naprzód, bo życie przypomina balladę Okudżawy. „Co było nie wróci…” śpiewa bard. Ale już w pełnym cudownej magii zakończeniu - obiecuje (bądź wieszczy), że marzenia mają moc sprawczą i że jeśli nie za chwilę i nie od razu, to przecież „już jutro wydarzy się coś**


* „Przez całe lata chciała nabyć bardzo specjalny odkurzacz.Odkurzacz kosztował majątek. Nie sprzedawali go w sklepach. Odkurzacz miał swoich wyznawców, którzy jak świadkowie Jehowy krążyli po domach" - fragm. książki Rzeczy, których nie wyrzuciłem
** Bułat Okudżawa, Aleksander Siergiejewicz Puszkin

9 stycznia br. Marcin Wicha otrzymał Paszport Polityki. Rzeczy, których nie wyrzuciłem nagrodono za „oszczędność języka i bogactwo książki, która mówi o rzeczach najważniejszych: o żałobie, rodzinie, o Polsce i przede wszystkim o słowach i milczeniu”. 



Przeczytane dzięki: Legimi.pl


sobota, 6 stycznia 2018

W PIEKLE WSPOMNIEŃ – „Żar”, Sándor Márai - recenzja




Wydawnictwo: Czytelnik
Tłumaczenie: Feliks Netz
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 168


„Żar” – to jedna z najsłynniejszych książek węgierskiego pisarza Sándora Máraiego. Zarzucano jej w przeszłości chyba wszystko: teatralność, patos, egzaltację, nadmierne filozofowanie i sentymentalizm, w dodatku autor oparł historię na jednym z najbardziej wyświechtanych motywów literackich. Dziś bez trudu wyłuskamy wszystkie wymienione cechy; rzecz w tym, że jakoś jednak trudno uznać je za słabe strony utworu. Raczej trzeba przyznać z podziwem, że właśnie szczypta tego wszystkiego dała taką kompozycję atmosfery i stylu, że powieść, mimo upływu siedemdziesięciu lat od jej powstania, nie straciła swojej siły rażenia. Autor w pięknym stylu nawiązał do tragedii zemsty (którą do perfekcji opanował Szekspir w Hamlecie), zmusił czytelnika do śledzenia akcji z napięciem godnym dobrze skostruowanego thillera, a magię i tajemniczość jeszcze podkręcił odpowiednią grą niedopowiedzeń. „Żar” nie jest książką dla wielbicieli zawrotnego tempa akcji, a jednak urok z wolna konstruowanej układanki, a zwłaszcza klimat i nastrój (ta wisząca w powietrzu burza, drżące światło sączące się ze świec, dom wypełniony duchami przeszłości i głos starca wydobywający się z mroku – z mroku salonu, ale i z mroku dziejów) powoduje, że powieść jest hipnotyzująca.

Fabuła jest na pozór prosta, to kameralny dramat rozgrywający się między dwójką bohaterów. Miejsce akcji: (tylko pozornie) pałac Generała. Czas akcji: niecała doba (znowu pozornie, ponieważ przyjdzie nam nie tylko przenieść się w czasie, ale również zmienić epokę). W rolach głównych: Generał i Konrad – towarzysze broni, których połączyła przysłowiowa przyjaźń na śmierć i życie. (Generał ma na imię Henryk, ale jakoś nie mogę się przemóc, by tytułować go inaczej, niż oficjalnie). W dramacie występuje jeszcze jedna niezwykle ważna postać: Krystyna. To żona Generała, nieżyjąca już od wielu lat, ale dzisiejszej nocy będzie niemal fizycznie obecna (zupełnie jak Rebecca, tytułowa bohaterka książki Daphne du Maurier).

Generał jest samotnikiem i odludkiem, który nie udziela się towarzysko, ale kiedy otrzymuje wiadomość o przyjeździe byłego przyjaciela, który kilka dziesięcioleci spędził za granicą – błyskawicznie podejmuje decyzję, by go ugościć. Wydawać by się mogło, że nie ma nic naturalniejszego w świecie… To jednak nie będzie zwyczajna wizyta. Bardzo szybko przekonamy się, że cała sytuacja nie jest zwyczajna. Wysyłając powóz po swojego gościa – gospodarz nie tylko robi wyłom w swojej rutynie – okazuje się, że nasz Generał przez długie lata nie robił nic innego i o niczym innym nie myślał – tylko przygotowywał się właśnie do tego spotkania. Ba!, wyreżyserował je w najdrobniejszym szczególe… Nie możemy powiedzieć, że gość zjawia się nieoczekiwanie, co to, to nie! Ten szczególny gość jest wyczekiwany dokładnie od czterdziestu jeden lat. Wkrótce rówież przekonamy się, że dom Generała to nie pałac. To szczególnego rodzaju...skansen.

Dlaczego zjawia się Konrad i czego chce od niego Generał? Domyślamy się, oczywiście od samego początku, a jednocześnie obserwowanie docierania do sedna stanowi największą przyjemność lektury, więc nie zamierzam całkowicie psuć zabawy. Jesteśmy zaproszeni do domu pełnego duchów przeszłości i do stołu Generała, więc przez kilka godzin (przyjęcie przeciąga się do świtu) będziemy świadkami dziwnego i pełnego napięcia spektaklu, który po trosze jest zwyczajną kolacją, a po trosze przedstawieniem (a może raczej eksperymentem procesowym, a nawet rozprawą sądową?)... Generał sprawia, że przenosimy się w odległą przeszłość, poznajemy relacje naszych bohaterów, a także wydarzenia, które odmieniły ich losy. Gospodarz hipnotyzuje swoją opowieścią, a jego gładkie słowa i maniery mają zamaskować misternie tkaną pajęczą sieć… Wkrótce już sami będziemy gotowi, by wydać wyrok. Ale czy rzeczywiście? Kogo (i co) tak naprawdę osądzamy?

Fenomen tego utworu polega m.in. na tym, że autorowi udało się uchwycić wydarzenia w dwóch warstwach – zewnętrznej i wewnętrznej, a ich zestawienie jest piorunujące. W zasadzie oglądamy dwa różne spektakle. W jednym, tym zewnętrznym – toczy się gładka rozmowa, oglądamy dwójkę byłych przyjaciół/rywali, którzy zakładają światowe maski i przesadnie wręcz dbają, by w najmniejszym stopniu nie uchybić prawu gościnności i zasadom savoir vivre’u. Po tym, co się wydarzyło w przeszłości ta wystudiowana uprzejmość wydaje się wręcz nieludzka. Drugi spektakl – ten, który jest zaledwie delikatnie zasugerowany (a który przecież pulsuje z tym większą siłą) – jest w zasadzie zaprzeczeniem pierwszego. Tu nie ma miejsca na maski i pozory. Wewnętrzna warstwa pozwala nam zobaczyć i odczuć kumulujące się emocje naszych bohaterów.

Książka Sándora Máraiego to literacka perełka i majstersztyk. Fabuła jest pozornie prosta, a przecież dość przewrotna. Nie dziwią nawet nierówno nakreślone postaci bohaterów. Cóż dziwnego, że najlepiej poznajemy Generała (jego gość staje się coraz bardziej enigmatyczny, z czasem także blednie sylwetka Krystyny). Przecież relację poznajemy wyłącznie z jednej strony, a Generał jest tak bardzo skupiony na sobie! A zakończenie? Jest zasugerowane od samego początku, a jednak wprawia w konsternację. Po przemyśleniu nie możemy jednak nie przyznać, że w gruncie rzeczy… Generał po prostu zrobił dokładnie to samo, co Konrad… Zakończenie nie będzie jedynym powodem do rozmyślań, bo przecież musimy jeszcze odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Co z żoną Generała? Kto z całej trójki postąpił najbardziej okrutnie? A co ze zbrodnią? Była czy jej nie było? I czym tak naprawdę jest tytułowy „żar”? Czy tylko resztkami dogasającego ognia w kominku, w którym tlą się szczątki starego pamiętnika? Spopieloną pozostałością po przyjaźni? A może jest jedynym  paliwem człowieka, który przez połowę swego życia pragnie „zemsty” lub tylko „prawdy” (chociaż w tym wypadku to synonimy)? I o czym naprawdę jest ta książka? Opowieścią o zdradzonej przyjaźni? Nostalgią za upadłym imperium? A może jednak - historią odbierającej chęć życia i wypalającej do cna obsesji?




Przeczytane dzięki: Legimi.pl