czwartek, 25 stycznia 2018

Taka piękna tragedia, czyli czeski „Amarcord” - „Nad piękną modrą Dřevnicą”, Antonín Bajaja /recenzja/



„Droga Jeanne. Wczoraj widziałem Amarcord. Zręczny montaż. Federico Fellini zrobił na mnie wrażenie, może nawet mnie uwznioślił. Wzbudził we mnie coś w rodzaju świętego zapału, z jakim śpiewaliśmy pieśni maryjne na nabożeństwach majowych albo z dziadkiem Knapkiem (…), czy też z naszą nauczycielką rosyjskiego Lubow Ordeltovą Wstawaj, strana agromnaja, na smiertnyj boj… Wciąż słyszę muzykę, która towarzyszy napisom. Skomponował ją Nino Rota. Nadaje się do tańca, a jednocześnie jest jakby rozmarzona. Po wierzchu żywiołowa i figlarna, w głębi zmysłowa, na samym dnie wyczuwam smutek… Jakieś przeczucie?”

„(…)Takie  kawałki roztrzaskanej całości. Tym cenniejsze, że dziadek i babcia powierzyli nam je dopiero po wielu latach po lutowym przewrocie, kiedy komuniści skonfiskowali im majątek i wygnali ich ze Zlína. Strzępki zdarzeń opowiadanych bez emocji, czasem z nutą komizmu. Tak sobie wyobrażam ocaloną godność” – fragmenty książki


Tłumacz: Dorota Dobrew
Liczba stron: 556
Wydawca: Książkowe Klimaty
Seria: Czeskie Klimaty
Data wydania: listopad 2017



Dřevnica - to rzeka przepływającą przez Zlín, miasto w Czechach na wschodnich Morawach. Zdanie to nasuwa się automatycznie, bo przecież tytuł wymaga paru słów wytłumaczenia, aczkolwiek nie oddaje, nawet nie nawiązuje do klimatu książki. Lepiej byłoby powiedzieć:  Dřevnica - to rzeka przepływającą przez Zlín, ale przez Zlín dzisiaj już nieistniejący, niemal mitycznymiasto dzieciństwa autoraZdanie w nowej wersji jest bliższe prawdy, ale jeszcze nie oddaje wielowarstwowości książki, która jest pozycją autobiograficzno-wspomnieniową, ale autor przecież nie ogranicza się wyłącznie do ukazania swojej przeszłości i sportretowania najbliższych ludzi.  Ta opowieść ma głębsze dno. Antonín Bajaja może wspominać swoje dzieciństwo z uśmiechem i nutą sentymentu. Dopiero jako dorosły człowiek zrozumiał w jak dramatycznych i niespokojnych czasach ono wypadło; pojął jakie prześladowania dotknęły jego rodziców (a zwłaszcza dziadków) i jakie tragedie spotkały niemal wszystkich przyjaciół rodziny i całe sąsiedztwo. Zrozumiał także, że tylko  mądrości i miłości swoich najbliższych zawdzięcza to, że w ogóle dane mu było zwyczajne dzieciństwo, z którego mógł zachować niewinne (niezasnute czarnymi chmurami) wspomnienia. Jego książka jest zatem podziękowaniem i hołdem dla rodziny, ale  jest równocześnie świadectwem odchodzenia pewnej epoki. Jest barwnym freskiem społecznym – obrazem ludzi, którzy wypełniali świat jego dzieciństwa - portretem zlínskiej elity – tej grupy społecznej, która ucierpiała, gdy  po przewrocie lutowym władze komunistyczne postanowiły „oczyścić społeczeństwo z burżuazji”…

Dodatkowym smaczkiem powieści jest miejsce jej akcji. Pewnie w pierwszej chwili nic nam ono nie wówi, ale wystarczy poszperać w sieci, by przekonać się, że Zlín nie jest zwyczajnym miastem na prowincji i że przed wojną staowił imperium przedsiębiorcy - Tomáša Baťy1 - magnata przemysłowego, geniusza i wizjonera (zwanego królem butów, niekoronowanym królem moraw, a nawet Henry'm Fordem Europy). Tomáš Bat'a zasłynął jako geniusz handlowy i organizacyjny, ale sławę również przyniosło mu promowanie kapitalizmu z ludzką twarząZlín jest wybudowany według jego wizji i w zasadzie do dziś w całości stanowi pomnik jego geniuszu.  Tomáš Bat'a nie jest bohaterem książki, ale jego duch niewątpliwie się nad nią unosi. Antonín Bajaja jakoś nawet specjalnie do niego nie nawiązuje, jeśli już - robi to mimochodem (nie musi niczego tłumaczyć, jego rodacy w lot pojmują aluzje), natomiast polski czytelnik łatwo może dotrzeć do informacji. Nie jest to niezbędne, ale ubarwia powieść i pogłębia refleksje. Czyż nie pozwoli wychwycić  smutnej aluzji, gdy autor pisze o tęsknocie zlínskiej społeczności za „komunizmem z ludzką twarzą”?

Książka należy do tych, przy których brniemy przez początek, by wdrożyć się w rytm i specyficzną narrację, by za chwilę już wciągnąć się tak głęboko, że nie możemy (i nie chcemy) o niej zapomnieć, mimo iż dawno zamknęliśmy ostatni rozdział… Utwór jest i zarazem nie jest typową powieścią epistolarną; przekonujemy się, że w pewnym sensie stanowi barwny kolaż złożony nie tylko z listów. Rozdziały faktycznie przyjęły formę listów do siostry, ale mamy świadomość, że tylko część z nich jest „autentyczna” i pochodzi z przeszłości – i zapewne ta część zainspirowała autora do napisania książki - dała mu narzędzie służące nie tylko do opowiedzenia, ale również do okiełznania jego historii. Decyzja o napisaniu książki w formie listów (czy też stylizowanych listów) pozwoliła autorowi wprowadzić familiarny ton, ale również zrezygnować z chronologii i linearnego sposobu opowiadania. Wiadomo – wspomnienia rządzą się własnymi prawami, więc pamięć autora meandruje swobodnie, a wydarzenia zestawiane są przeważnie nie według dat, lecz według skojarzeń.  Z jednej strony powoduje to, że trzeba czytać uważnie, bo narracja jest porwana (autor skacze w czasie, czasem wtrąca  jakiś wiersz lub fragmenty filmu). Z drugiej strony – ten styl nie powoduje szczególnego chaosu. Spokojnie sobie dryfujemy wraz z fabułą, nasi bohaterowie raz są nieco starsi, to młodsi, ale w niczym nie wpływa to na logikę wydarzeń;  a to, że zobaczymy najpierw toaletę spacerową wdowy sędziny Linhartovej, w niczym nie koliduje, by stać się za chwilę świadkiem jej popisów wokalnych na jakimś raucie lub pląsów na lodowisku – w towarzystwie nikogo innego, tylko  jej dumnego małżonka – sędziego Linharta... Podobne przeskoki w czasie pozwalają przyjrzeć się poszczególnym postaciom, przekonać się jakie życie prowadzili przed lutowym przewrotem i jaka przyszłość i czeka w komunistycznej rzeczywistości.

Książka bywa porównywana do filmu Amarcord z 1973 roku i to odniesienie narzuca się samo, ponieważ autor wielokrotnie do dzieła Felliniego nawiązuje, korzysta nawet z jego oryginalnych rozwiązań (m.in. ze sposobu „montażu" kolejnych scen, z jego przesłania i ze sposobu przedstawienia całej opowieści), a przede wszystkim trzeba podkreślić, że emocje pisarza często po prostu współgrają z wrażliwością Felliniego. Książka jest opowiedziana tak jak Amarcord i jest hołdem dla reżysera. W dialekcie rzymskim słowo „amarcord" znaczy: pamiętam" lub „przypominam sobie", a przecież książka Bajaji jest zrodzona z tej samej potrzeby. 

W tym miejscu należy wspomnieć o kolejnym atucie powieści - o niezwykle plastycznym, często poetyckim języku i o umiejętności budowania przez autora niemal gotowych filmowych scen. Owe sceny są tak dopieszczone - tworzą zamknięte całości, że można by je wyjąć" z powieści i umieścić w tomiku opowiadań. Czytając je, mamy wrażenie, że oglądamy film. Niektóre z nich są żywiołowe i dynamiczne (w filmie zostałyby zrealizowane bardzo krótkimi ujęciami bądź kamera kręciłaby się wokół własnej osi, rejestrując świat pędzący w szalonym tempie wokół niej; tak wydaje się  „zmontowana" scena procesji i rewelacyjny obraz dzieci na odpuście. Drugi rodzaj scen jest bardziej statyczny (przypomina ujęcia szerokokątną kamerą, rejestrującą mnóstwo szczegółów) i służy stworzeniu zbiorowego portretu bohaterów książki - np. obraz zlínskiego towarzystwa zgromadzonego w ogrodzie dla uczczenia ukazania się zorzy polarnej i wydarzenia na lodowisku. Te obrazy (opowiadania) służą ukazaniu nastrojów społecznych. Epizod z pękniętym lodem dodatkowo naładowany jest symbolizmem, ponieważ wieszczy w pewnym sensie pęknięcie" w społeczeństwie.

Książka powinna spodobać się wielbicielom Hrabala i książki Taka piękna żałoba, ponieważ Antonín Bajaja stworzył podobny klimat i opisał wspomnienia i obrazy, które nosi w sobie i które się wraz z nim nie starzeją (świat przedstawiony z perspektywy uroczych i przedsiębiorczych urwisów jest niezapomniany). Z drugiej jednak strony - Bajaja poszedł krok dalej, ponieważ sednem książki nie byo wyłącznie odtworzenie magii dzieciństwa, ale ukazanie pewnego procesu. Autor zestawia przez cały czas dzieciństwo z okresem późniejszym, a więc w kulminacyjnym momencie nasz bohater dorasta i dojrzewa do zmierzenia się z rzeczywistością. A także do opowiedzenia się po właściwej stronie…

Nad piękną modrą Dřevnicą -  jest nie tylko książką wspomnieniową pełną wybornych portretów i skarbnicą anegdotTo opowieść o czułej mądrości i poświęceniu, o rodzicielskiej miłości, która otacza kloszem, a jednocześnie niczego nie narzuca, nie wymusza i pozwala uczyć się na błędach. Opowieść o rodzinnych legendach, które pozwalają przetrwać najgorsze chwile, o ludziach, z którymi odczuwało się wspólnotę (w czasach gdy żyło się z ludźmi, a nie obok nich)  i o uzdrawiającej mocy śmiechu, bo wyczucie komizmu jest czasem jedynym orężem i pozwala uratować z opresji to, co najważniejsze - dumę. Co ważne – książka dostarcza wzruszeń, gdy opowiada o „sprawach małych”, ale nie epatuje patosem, gdy porusza „sprawy wielkie”. Ale taka już jest specyfika typowego, legendarnego  czeskiego poczucia humoru.

Książkę polecam zwłaszcza osobom, które lubią literackie wyzwania.



Książka przeczytana dzięki: Legimi.pl






1. Tomáš Baťa (1876-1932) czeski przemysłowiec, założyciel przedsiębiorstwa Bat’a.  Urodził się w rodzinie tradycyjnie zajmującej się szewstwem. W roku 1894 (wraz z rodzeństwem) założył przedsiębiorstwo produkujące obuwie. W celu poznania nowych technologii odbył podróż do USA, gdzie zatrudnił się w jednej z fabryk. Po powrocie wyposażył swoją fabrykę w maszyny i rozpoczął produkcję masową. Podczas I WŚ, dzięki zamówieniom austriackiej armii, nastąpił szybki rozwój przedsiębiorstwa, a w roku 1925 zatrudniał 5200 pracowników i zaczął wkraczać ze swoim towarem na rynki międzynarodowe. W 1931 przedsiębiorstwo stało się spółką akcyjną, Bat’a zaczął inwestować w przemysł budowlany, tekstylny, maszynowy, taboru kolejowego, lotniczy, papierniczy, chemiczny, bawełniany, rolnictwo, leśnictwo i w plantacje kauczuku. /na podstawie Wikipedii/

7 komentarzy:

  1. Kurczę nie mogę się w nią wkręcić. Brnę przez początek i nie mogę się wczytać. Mam nadzieję, że jeszcze się wciągnę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku też mnie nie urzekła, myślałam - gdzie ta obiecana magia? Ale potem poszło;)

      Usuń
  2. Ha, rozejrzę się za tą książką, bo bardzo możliwe, że prędzej czy później wybiorę się do Zlín, tyle, że będzie to bardziej związane ze sprawami służbowymi. Ciekawie byłoby porównać obecny wygląd miasta z obrazem wykreowanym w wyobraźni autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem jak odbierzesz to miasto, jakie sprawi wrażenie. Czytałam (niestety tylko czytałam), że nie od razu daje się odkryć jego urok... Ale po powieści - chciałabym je, oczywiście, również odkryć dla siebie... Pozdrów Zlin ode mnie:)

      Usuń
  3. Pięknie, pięknie o tej książce napisałaś! I fajnie, że wyjaśniłaś niektóre czeskie smaczki (np. ten Zlín i Baťa), o których nie przyszło mi do głowy napisać, bo chyba za bardzo „siedzę” już w czeskiej tematyce i myślę trochę od wewnątrz. A jeśli chodzi o historię imperium Bati, na pewno świetnym uzupełnieniem tej lektury będzie poświęcony tej postaci rozdział z „Gottlandu” Szczygła.
    No i porównanie do mojej ukochanej książki Hrabala – tak! Dlatego wszystkim wielbicielom Hrabala polecam Bajaję w ciemno :). Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. A ja pięknie dziękuję! Bardzo mnie Twój głos fachowca ucieszył:)
      Książkę Szczygła mam już na liście; po powyższym komentarzu pozycja znacząco przesuwa się na początek. Uwielbiam, gdy lektury się zazębiają:)

      Usuń