piątek, 14 grudnia 2018

Bolek i Lolek – kultowi bohaterowie w nowoczesnym wydaniu







Nie ukrywam, że od zawsze darzę parę tych urwisów wielką sympatią. Zresztą fenomen Bolka i Lolka polega na tym, że znany jest ludziom w każdym wieku. Nic dziwnego, w końcu kreskówka towarzyszy nam od długiego czasu, wychowało się na niej kilka pokoleń polskich dzieci. Nie każdy jednak może pamięta, że ich ojcem chrzestnym był reżyser filmowy i teatralny, scenarzysta, autor komiksów i twórca filmów animowanych, a także współzałożyciel Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej – Władysław Nehrebecki, który wykreował postacie chłopców inspirując się zabawami i psotami swoich synów, a imiona dla nich zaczerpnął z przedwojennego filmu z 1936 roku pt. Bolek i Lolek, w którym tytułowe postacie odegrał Adolf Dymsza. Filmy animowane (krótko i pełnometrażowe) o Bolku i Lolku powstawały w latach 1963-1986. Przez ten czas zdołały zdobyć serce widzów i wejść do kanonu kultury polskiej, a o jego popularności świadczy również fakt, że w 1997 roku, w plebiscycie Dobranocka wszech czasów, zorganizowanym przez TVP i Gazetę Wyborczą – Bolek i Lolek zajął zaszczytne pierwsze miejsce. Dzisiaj nasi bohaterowie stali się jeszcze bardziej medialni, więc spotykać ich możemy nie tylko w telewizji. Starsze dzieci zetknęły się zapewne z grami komputerowymi, a dla młodszych wydawane są książeczki z ich kolejnymi przygodami. Nakładem Znaku (Znaku Emotikon) ukazało się kilka tego typu publikacji, w tym książka tej samej autorki (Karolina Macios: Bolek i Lolek z telewizora). Szczerze mówiąc nie znam ich treści, przyciągnęła mnie szczególnie mocno dopiero dzisiejsza wersja, zapewne dzięki wielce obiecującemu rozmiarowi księgi (bo nie książeczki) i kolorowej uroczej okładce.

Kontynuacja kultowego serialu bądź książki zawsze jest obarczona sporym ryzykiem, jej autor musi liczyć się z krytyczną uwagą fanów przywiązanych do klasycznej wersji. Trzeba jednak przyznać, iż Karolina Macios (autorka tekstu) oraz Sara Szewczyk (ilustratorka) – świetnie sobie z wyzwaniem poradziły i nie tyle odświeżają (bo tu nie ma czego odświeżać!), ale pozwalają dzieciakom ponownie uczestniczyć w zabawnych przygodach naszej pary bohaterów. Wielbiciele tradycyjnej wersji nie muszą się obawiać, jak widać na okładce – sylwetki chłopców nie zostały zmienione. Autorka zachowała ich charakterystyczne cechy i osobowości (Lolek jest bałaganiarzem i małym łasuchem, a Bolek – mądralą i obaj rumienią się na widok dziewcząt), ale jednocześnie wprowadziła współczesne realia; chciała, by czytelnik zobaczył naszych bohaterów przy zupełnie zwyczajnych i typowych zajęciach współczesnych dzieci. Przyglądamy się zatem chłopcom w ich domu i w szkole, poznajemy rytm ich dnia, obowiązki i przeróżne perypetie. Nieco lepiej poznajemy ich rodziców i psa Zucha (który w psotach prześciga Bolka i Lolka, więc lepiej go nie spuszczać w ogóle z oka!). Chłopcy mają również nową koleżankę. Nie, to nie jest Tola. Tym razem ich przyjaciółką jest Zuza. A Zuza, to nie Tola. Przynajmniej nie z wyglądu… ale o tym musicie się już przekonać sami…

Książka gwarantuje dużo humoru i dobrej zabawy. Czytelnik poznaje tarapaty, w które pakują się chłopcy i scenki wprost zapożyczone z codziennego życia. Dzieci zapewne rozpoznają pewne sytuacje, w których wcześniej same się znalazły, a i rodzice z uśmiechem skojarzą zdarzenia, które miały miejsce w ich domu. Historyjki nie są specjalnie ugrzecznione, co spodoba się dzieciom, a jednocześnie stanowią świetną okazję, by przemycić kilka cennych rad i głębsze przesłanie.

Większość przygód ma zabarwienie realistyczne, ale kilka epizodów skłania się leciutko w kierunku fantastyki (zresztą nie dzieje się nic, czego nie można wytłumaczyć wybujałą dziecięcą wyobraźnią). Podoba mi się ten pomysł, ponieważ tak przedstawione przygody jak najbardziej oddają intencje pierwotnych twórców popularnej kreskówki. Serial filmów animowanych miał przecież pokazywać psoty i perypetie zwyczajnych chłopców w czasie ich zabaw, podczas których zacierają się granice między realnym światem a fantazją. Bolek i Lolek, których znamy - wielokrotnie udowadniali, że mogą wcielić się we wszystko i przenieść się wszędzie. Jeśli więc o mnie chodzi, to tych przygód mogło być znacznie więcej. Z przyjemnością towarzyszyłabym chłopcom, którzy wskakują do samochodu i wyruszają w siną dal. A potem, gdy się im znudzi - przerabiają pojazd na batyskaf i eksplorują morską głębię lub montują rakietę i lecą na Księżyc… No cóż, poniosło mnie nieco. Zresztą trzeba przyznać, to już było…

Wracając do Zupełnie nowych przygód – trzeba przyznać, że największym walorem książki jest jej aspekt edukacyjny. Dzieci poznając przygody chłopców dowiadują się wielu ciekawych rzeczy nie tylko użytecznych, ale powodujących, że będą bardziej uważne, empatyczne, kulturalne i odpowiedzialne (za swoje zdrowie, za stan środowiska i za inne żywe istoty). Co ważne, wszystkie te sprawy nie przyjmują formy nudnego wykładu! Książka promuje wiele zdrowych postaw i nawyków. Mama wiecznie zatopiona jest w lekturze, a tato pomaga w sprawunkach. W domu Bolka i Lolka zwraca się szczególną uwagę na zdrowe odżywianie, na relacje z sąsiadami i przyjaciółmi i na limitowanie czasu spędzonego przed komputerem. Osobnym i najważniejszym tematem jest sprawa domowych zwierzaków. Autorka wielokrotnie podkreśla jak ważną sprawą jest dokładne przemyślenie decyzji o kupnie psa lub o zabraniu go ze schroniska; uświadamia, że pies w domu oznacza nie tylko mnóstwo dobrej zabawy, ale również obowiązki i sporą odpowiedzialność. Na końcu książki znajduje się dodatkowy apel do dzieci, a także test, którego rozwiązanie ma pomóc dziecku przekonać się czy jest gotowy na takie przedsięwzięcie.

Książka jest pięknie wydana, pełna kolorowych, szalenie sympatycznych, często dowcipnych ilustracji (praktycznie na każdej stronie coś się dzieje). Jest przez to dosyć pokaźna, to nie format kieszonkowy (ma 448 stron), ale na półce wygląda doskonale. Dedykowana jest nie maluszkom, a nieco starszej dziatwie szkolnej (7-11 lat). Świetnie nadaje się do rodzinnego czy do samodzielnego czytania przed snem. Doskonała na prezent. Polecam!



Za książkę dziękuję Wydawnictwu:




poniedziałek, 10 grudnia 2018

Alistair MacLeod - pisarz z Cape Breton ["Skoro ptaki czynią słońce", recenzja]




„Nasi synowie pójdą na uniwersytety, by studiować stomatologię czy prawo (…). Staną się wysokimi na sześć stóp mężczyznami, przesuwającymi swoje tłuste grube palce po ograniczonych możliwościach zastanych w ustach innych ludzi. Albo mężczyznami, którzy siedzą za biurkiem, przerzucając papiery dotyczące rozwodów, kradzieży, napaści czy pozbawienia życia. Zrobią majątek na cierpieniu, smutku i rozpaczy ludzkich porażek (…) i nie umrą ani pod spadającymi skałami, ani w lodowatej wodzie (…). Nie umrą na podobne sposoby, przynajmniej po części dlatego, że sami ich przed tym przestrzegaliśmy, zachęcając, aby szukali w życiu innych dróg, które doprowadzą, miejmy nadzieję, do łagodniejszej śmierci.”1



Skoro ptaki czynią słońce to zbiór krótkich opowiadań Alistaira MacLeoda, kanadyjskiego pisarza o szkockich korzeniach, które opisują surowe (a jednocześnie intensywne i głębokie) życie mieszkańców Cape Breton i ich świat, który już odszedł w przeszłość. Cape Breton to wyspa położona u wybrzeży Ameryki Pn, zamieszkała m.in. przez potomków Szkotów i Irlandczyków. Część jej terytorium tworzy dzisiaj Industrial Cape Breton – przemysłowy skansen upamiętniający historię tego regionu. Alistair MacLeod funduje czytelnikowi podróż w czasie. Sprawia, że poznajemy wyspę z tego okresu, w którym jej mieszkańcy żyli i pracowali w sposób tradycyjny, chociaż już mieli świadomość, że ich świat nieubłaganie się zmienia.


Autor: Alistair MacLeod
Tłumacz: Michał Alenowicz
Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 264
ISBN: 978-83-943523-7-0



Warto dodać, że prezentowana książka jest drugim zbiorem opowiadań, który trafił do rąk polskiego czytelnika (link do pierwszego - TUTAJ). Obydwa tomiki ukazały się  nakładem Wydawnictwa Wiatr od Morza; obydwa mają podobną tematykę i klimat, do czego nawiązuje utrzymana w tym samym stylu estetyka okładek.

Bolesne zmiany

Bohaterowie opowiadań to górnicy, farmerzy i rybacy, którzy z dumą wiodą proste i surowe życie, tak jak ich przodkowie, ale muszą pogodzić się z myślą, że dla kolejnego pokolenia na wyspie nie będzie już przyszłości. Czasem narratorami utworów są dzieci tych górników, farmerów i rybaków, które opuściły już rodzinne gniazda i rozsypały się po świecie. Wyjechały z Cape Breton, ale zabrały ze sobą te wspomnienia, które stały się dla nich cennymi (często bolesnymi) lekcjami życia. Mocno jeszcze tkwi w ich pamięci obraz rodziców oddających się tradycyjnym zajęciom i żywe są rodzinne legendy. Alistair MacLeod uchwycił mieszkańców wyspy w przełomowym momencie: jest to obraz ostatniego pokolenia, które rozumie tradycyjne wartości przodków i etos ich pracy.  

Wspomnienia jak blizny

Mieszkańcy Cape Breton żyją zgodnie z rytmem natury, są podporządkowani jej surowym prawom, co udaje się autorowi zobrazować w sposób mistrzowski. Opisy przyrody w jego wykonaniu nigdy nie są wyłącznie tłem dla historii,  lecz stanowią ich nierozerwalną, integralną część. Pejzaże są pełne magii i piękna, a zarazem budzą niepokój, co oddaje stan ducha bohaterów i podkreśla stan napięcia, w jakim żyją. Opowiadania robią na czytelniku tak mocne wrażenie, ponieważ często zbudowane są z kontrastów, w każdym obrazie jest ukryte drugie dno. Zachwytowi towarzyszy lęk, słuszna decyzja rodzi wątpliwości lub poczucie winy. Autor często stawia ludzi, których opisuje w sytuacjach, które wywołują w nich ambiwalentne odczucia. Niewinna i pełna uroku scenka może nagle przywołać demony z przeszłości. Bohaterowie mierzą się z siłami, na które nie mają wpływu. Chwile największego szczęścia łączą się ze wspomnieniem tragedii. Widać to doskonale nawet w utrzymanej w dickensowskim klimacie opowieści wigilijnej (Wszystko ma swój czas), pozornie najpogodniejszym utworze, w którym narrator wspomina ostatnie wspólne święta Bożego Narodzenia spędzone w pełnym rodzinnym składzie. Dla niego ten szczególny czas stał się przełomowym momentem, w którym nie bez przykrości przekroczył bramę dzieciństwa i beztroski.






Kronikarz rodzinnych legend

Alistair MacLeod zwraca uwagę na to, jak ważni dla bohaterów są jego przodkowie. Mieszkańcy Cape Breton nie tylko pielęgnują pamięć o nich, ale żyją na ich wzór i według ich zasad. Przekazywana kolejnym pokoleniom historia rodzinna staje się częścią jej dziedzictwa. Autor pisząc swoje opowiadania zapewne na równi czerpał inspiracje z natury i ze skarbca, jakim były historie jego krewnych i sąsiadów. W dodatku opisał swoich bohaterów w taki sposób, że czytelnikowi wydaje się, że obcuje z mitami o herosach bądź o bohaterach średniowiecznych ballad. Sami bohaterowie, posługujący się językiem gaelickim, który jest częścią „pieśni przeszłości” – czują się dość staroświecko. Wiedzą, że oni i ich potomstwo zaczynają tworzyć odrębne światy – dzieci idą z postępem, podczas, gdy sami stają się coraz bardziej archaiczni.

Realizm i bezpruderyjność

Mimo iż tytuły utworów, a czasem całe utwory są metaforyczne, udało się autorowi tchnąć w nie sporo realizmu, co zauważyć można zwłaszcza przy opisie zetknięcia się świata ludzi i zwierząt. Dla Alistaira MacLeoda nie ma tematów tabu. Pisze wprost o śmierci, nie czyni tajemnicy ze spraw związanych z prokreacją. Dzieci jego bohaterów dowiadują się prawdy o życiu i o swojej seksualności w sposób zupełnie naturalny, najczęściej czynią spostrzeżenia podczas obserwacji i uczestnictwa w zwykłych zajęciach ludzi dorosłych przy gospodarstwie i pielęgnacji zwierząt.

Skoro ptaki czynią słońce – to zbiór opowiadań, który w pełni usatysfakcjonuje wielbicieli Alistaira MacLeoda i jego stylu. Warto dodać, że pisarz, który znany jest z perfekcji ma również szczęście do polskiego wydawcy, ponieważ edycja jest staranna, a przekład Michała Alenowicza jak zwykle – dokonany bez zarzutu. Opowiadania są nieco wymagające, a puenta nie zawsze podana jest na tacy. Jednak dla osób, które lubią, gdy pisarz ufa inteligencji czytelnika, jego empatii i umiejętności czytania między wierszami – ten zbiorek stanie się prawdziwym wydarzeniem literackim.


1. Skoro ptaki czynią słońce, Alistair MacLeod, Wiatr od Morza 2018, str. 29-30




Za książkę dziękuję Wydawnictwu:



sobota, 10 listopada 2018

Komplet Tragedii Sofoklesa w nowym przekładzie i opracowaniu Antoniego Libery


Dokładnie cztery lata temu, w listopadzie 2014r. – opublikowałam recenzję: SOFOKLES PO LIFTINGU, CZYLI GARŚĆ PLOTEK Z ANTYKU. Okazją była wówczas premiera Trylogii Tebańskiej Sofoklesa wydanej przez Wydawnictwo Sic!, w całkowicie nowym przekładzie i opracowaniu, którego celem było przywrócenie komunikatywności, dostosowanie utworów i ich słownictwa do mentalności współczesnego odbiorcy. Pozwalam sobie przypomnieć tę notkę, ponieważ staje się znowu aktualna. Oto 31 października 2018r. nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego ukazały się Tragedie Sofoklesa w pięknym wydaniu z twardymi okładkami, w dwutomowej edycji, spolszczone i opracowane przez Antoniego Liberę.

 





Premiera miała miejsce na Targach Książki w Krakowie. Tom I ponownie prezentuje cykl tebański (Króla Edypa, Edypa z Kolonos i Antygonę). Tom II obejmuje cykl trojański (Ajasa, Filokteta i Elektrę),  ale zawiera również Trachinki, tragedię nienależącą do żadnego cyklu, osnutą wokół mitu Dejaniry i Heraklesa. Sofokles w ciągu swojego długiego życia napisał sto dwadzieścia trzy tragedie, z czego do naszych czasów przetrwało w całości zaledwie siedem sztuk. Jakże pięknie dzisiaj prezentują się w komplecie, w dwutomowej edycji. W dodatku wszystkie utwory zostały opracowane w taki sposób,  by oddać intencje wielkiego antycznego tragika: uwaga czytelnika (ale również widza w teatrze) nie ulega rozproszeniu z powodu anachronizmów i sztucznego patosu, lecz całkowicie pozwala skupić się na jasnym i naturalnym przekazie, na mistrzowsko ukazanym dramacie człowieka.




TłumaczenieAntoni Libera
WydawnictwoPIW
data premiery: 31.10.2018
kategoriaklasyka, dramat antyczny       
liczba stron: 346
ISBN: 978-83-06-03517-9


data premiery: 31.10.2018
kategoriaklasyka, dramat antyczny       
liczba stron: 404
ISBN: 978-83-06-03518-6






Link do rozmowy nawiązującej do wstępu Trylogii Tebańskiej:  



Sofokles - (496 - 406 p.n.e.) największy (obok Ajschylosa i Eurypidesa) tragik starożytnej Grecji. Polityk, dowódca wojskowy, kapłan, aktor i kompozytor, przede wszystkim zaś mistrz słowa. Napisał sto dwadzieścia trzy tragedie i dramaty satyrowe, które wykonywano podczas festiwali (zarazem konkursów) religijnych. Dwadzieścia cztery razy zajmował pierwsze miejsce. Otoczony kultem za życia przez współobywateli i czczony jako bohater po śmierci. 



Antoni Libera - pisarz, tłumacz, reżyser teatralny, krytyk literacki, znawca twórczości Samuela Becketta.

 


wtorek, 30 października 2018

„Silva Rerum” Kristiny Sabaliauskaitė, czyli szlachecki ród i jego curriculum vitae [1]




„Gdy przyszła zima i zbliżały się święta Bożego Narodzenia, Urszula coraz częściej myślała o tym, co napisane i zapisane (…), o tym, że ostatecznie wszystko mieści się między dwiema liczbami, że wszystkie święta Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy obchodzone w dzieciństwie, wszystkie podróże, łzy, pocałunki i grzechy, każda śmierć i każde narodziny, wszystkie wojny i wesela stają się w końcu tym krótkim myślnikiem pomiędzy dwiema datami; i u niej ta druga data już się przybliżała, ale jej maleństwa, urodzone podczas moru, w śmiertelnym zamęcie, były jeszcze wolne, nieprzywiązane żadnym dokumentem do bezlitosnej machiny czasu.”2


Kristina Sabaliauskaitė -współczesna litewska pisarka, historyk sztuki, laureatka prestiżowych nagród literackich i finalistka Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2016 – jest autorką bestsellerowej sagi historycznej przedstawiającej losy szlacheckiego rodu związanego z Wilnem. W Polsce ukazały się dotychczas dwie części tej uznanej już w świecie tetralogii: Silva Rerum (nakładem Znaku) i Silva Rerum II (nakładem Wydawnictwa Literackiego); obie w znakomitym tłumaczeniu  Izabeli Korybut-Daszkiewicz.






Bohaterowie

Dwie pierwsze części powieści przedstawiają burzliwe dzieje trzech pokoleń szlacheckiej rodziny Narwojszów. Poznajemy Elżbietę i Jana Macieja, którzy uciekając przed piekłem wojny i osobistymi tragediami stworzyli na odludziu Arkadię, własną oazę spokoju. Jednak ich dzieci – Urszula i Kazimierz łakną świata i chcą z życia czerpać pełnymi garściami, zrobią więc wszystko, by się z tego raju uwolnić. Pierwszy tom ukazuje ich dzieciństwo i wczesną młodość. Silva Rerum II – to kontynuacja, która obejmuje również historię następnego pokolenia. Wnikając w nią powoli zaczynamy rozumieć jak ważna jest dla Urszuli rodzina i dlaczego właśnie ona musiała przejąć odpowiedzialność za rotmistrza Jana Izydora (swojego bratanka) i jego niezbyt fortunne małżeństwo…

To oczywiście nie wszystkie literackie postacie, ponieważ autorka nie skupiła się wyłącznie na członkach rodu Narwojszów. Raczej podeszła do kreowania świata swoich bohaterów z prawdziwym rozmachem. Poznamy zatem również ich przyjaciół i wrogów, małżonków i kochanków; ludzi, którzy wpłynęli na ich los, albo stali się ślepym narzędziem losu w ich rękach. Trzeba dodać, że postacie pierwszo i drugoplanowe są wykreowane z jednakową dbałością, nigdy nie są płaskie i banalne, każda ma swoją biografię czy mikrohistorię. W tym korowodzie barwnych kreacji literackich każdy znajdzie własnych faworytów. Jestem jednak pewna, że nikt nie zdoła oprzeć się urokowi Urszuli i Jana Kirdeja Bironta - ekscentrycznej, samolubnej, nieprzewidywalnej i dumnej szlachcianki; piekielnicy z ognistym temperamentem, która z życia wyciska to, czego chce  i  jej wybranka: magnata, banity, mężczyzny o zgubnym uroku. Urszula i Jan Kirdej tworzą parę, która ma szansę wstąpić (o ile już nie dostąpiła tego zaszczytu) w szeregi wielkich literackich romantycznych kochanków.

Portret epoki i szeroka panorama społeczna

Mocną stroną powieści są nie tylko charyzmatyczni bohaterowie, ale również atrakcyjne tło, na którym rozgrywają się ich awanturnicze przygody. Autorka stworzyła misterną fabułę i mocno zakotwiczyła ją w XVII i XVIII wiecznej historii naszego zakątka Europy. Znaczna część akcji rozgrywa się w Wilnie, które staje się jednym z pierwszoplanowych bohaterów. Poznajemy zatem klimat i dzieje tego niezwykłego miasta oglądając je w kolejnych odsłonach: to cieszące się złotą wolnością, to dźwigające się z ruin po kolejnych tragediach i klęskach. Sabaliauskaitė stosuje polifoniczną narrację ze zmienną perspektywą. Poznajemy w ten sposób historię z punktu widzenia różnych bohaterów (przy okazji obserwując w jaki sposób czas zatacza idealne kręgi). Dodatkowo jeszcze udało się autorce uchwycić wielokulturowość Wilna przez ukazanie sytuacji jego mieszkańców – zamożnych i biednych, rodzimych, ale również cudzoziemców (zasymilowanych bądź prześladowanych), którym przecież miasto wiele zawdzięcza...





Język, styl i literackie echa

Kristina Sabaliauskaitė posługuje się pięknym literackim językiem. Jej zdania (długie, rytmiczne, eleganckie, złożone i niezwykle kunsztowne) ciągną się często przez pół strony, a zarazem z powodu swej lekkości nie wywołują znużenia. W całej powieści nie uświadczymy tradycyjnego zapisu dialogów, co nie znaczy, że ich nie ma. Wypowiedzi bowiem zostały włączone w tok narracji lub w strumień myśli. A dokonano tego tak zręcznie, że brak konwencjonalnego zapisu początkowo może umknąć uwagi. Czytając Silva Rerum – czytelnik obcuje z książką jedyną w swoim rodzaju, a zarazem mocno zakorzenioną w światowej literaturze. Odniesienia są bardziej lub mniej bezpośrednie. Polski czytelnik powinien docenić przemyconą w tekście wiedzę dotyczącą perełek naszej rodzimej literatury. Nie unikniemy wielu skojarzeń. Olga Tokarczuk trafnie określiła Silva Rerum powieścią marquezowską (przez sposób opowiadania i obecność pewnych wątków: np. proroctwa dotyczącego przyszłości rodu czy powtarzające się imiona poszczególnych członków rodziny), co nie znaczy, że książkę można tak jednoznacznie zaszufladkować. Silva Rerum to również powieść sienkiewiczowska - ze względu na klimat i przedstawioną epokę. Oczywiście obie książki powstały w zupełnie innym celu i ich twórcy przyjęli zgoła odmienną optykę. Sienkiewicz wierzył, że w obliczu wyzwania człowiek szlachetnieje, a Sabaliauskaitė widzi tę sprawę inaczej. Według niej człowiek przez całe życie miotany jest namiętnościami, a jeśli coś go zmusza do działania, to nie szlachetność, ale instynkt przetrwania. Sienkiewicz tworzył ikony (może poza Kmicicem i Bohunem), a bohaterowie litewskiej pisarki przegrywają walkę z własnymi wadami; to są ludzie przedstawieni z całym ich cudownym, czasem tragicznym skomplikowaniem… Oczywiście są i inne skojarzenia. Przyznaję, że podczas lektury ani na moment nie opuszcza mnie wrażenie, że wciąż powracam do czegoś znajomego. Bo czyż nie jesteśmy obyci z nazwiskiem Radziwiłłów? Czyż wątek miłości Jana (Delamarsa) i Cecylii mimochodem nie przypomina Nad Niemnem Orzeszkowej? Czyż wreszcie tematyka Kresów nie pozostaje nam wciąż szczególnie bliska?

Non omnis moriar2

„Silva rerum” czyli „sylwa”, to pamiątka rodzinna modna swego czasu w szlacheckich kręgach, stanowiąca rodzaj kroniki, biblii domowej czy poetycko-filozoficznej księgi, w której odnotowywano ważne wydarzenia: narodziny, zgony i uroczystości, ale także wysokość posagów, anegdoty, utwory literackie, sentencje, a nawet przepisy kulinarne. Ponieważ w powieści brakuje tradycyjnego zapisu dialogów, a wypowiedzi bohaterów przytacza narrator – udało się autorce upodobnić swoją książkę do szlacheckiej rodowej sylwy. Narwojszowie przywiązują wielką wagę do swojej rodowej księgi. Wierzą w moc zapisanych słów; nota w księdze jest rodzajem świadectwa istnienia. Tylko dlaczego w takim razie zabrakło w niej miejsca dla Jana Kirdeja Bironta – najważniejszej osoby w życiu Urszuli i Kazimierza?




Silva rerum to nie tylko saga rodzinna, ale również pełna epickiego rozmachu opowieść o fenomenie ludzkiego życia. Opowieść o jego naturze: namiętnościach, o walce ze słabościami i o samotności. Ale również o kapryśnej i nieprzewidywalnej Fortunie, o mrocznej, a zarazem wspaniałej epoce. O kruchości człowieka, ale przede wszystkim o jego niezwykłej zdolności do odradzania się i woli przetrwania. O tym, że im bardziej przerażające jest zagrożenie, na tym większy wysiłek potrafi się zdobyć, by przeżyć. Nawet, jeśli taki zamysł nie mieści się w Boskich planach…

Wspaniała powieść. Polecam gorąco!



1 Curriculum vitae – (łac.) przebieg życia
2 Silva Rerum II, K. Sabaliauskaitė, W. Literackie 2018, str.250
3 Non omnis moriar - (łac.) – „nie wszystek umrę”


Za książkę dziękuję:




piątek, 26 października 2018

94 rocznica urodzin Zbigniewa Herberta już 29 października - materiały prasowe






Każdy kraj ma w ciągu całej swojej historii zaledwie kilku takich poetów, których słowa stają się własnością języka przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Tak stalo się z poezją Herberta jeszcze za jego życia.
Czesław Miłosz
„Rzeczpospolita”, nr 176/1988


Rok 2018 jest ogłoszony Rokiem Zbigniewa Herberta, jednego z najświetniejszych poetów polskich drugiej połowy XX wieku. 28 lipca 2018 przypadła dwudziesta rocznica Jego śmierci. 29 października obchodziłby Swoje 94 urodziny. Rok powoli dobiega końca, więc może jest to najlepszy moment, by zapoznać się nie tylko z twóczością, ale również z Jego życiorysem.



 źródło: Wydawnictwo Znak



"ZBIGNIEW HERBERT
Wieczny dowcipniś i kawalarz? Czy raczej pisarz dręczony depresjami, gniewem, przez dekady walczący z bólem ciała i duszy? Nieprzenikniony? Zawsze osobny? Z pewnością: człowiek budujący swe życie na przekór historii, modom, przeciwnościom losu, biedzie, własnym słabościom. Płynący pod prąd.

Pisząc biografię Andrzej Franaszek nie pominął tematów trudnych czy kontrowersyjnych, głęboko wczytał się w korespondencję i prywatne, dotąd nieznane notatki, na nowo oświetlił twórczość Poety. Pogmatwane losy Herberta wpisał w historyczną panoramę, co sprawiło, że z niemal dwóch tysięcy stron wyłania się nie tylko pasjonująca wielowątkowa opowieść o jednym z najwybitniejszych polskich twórców dwudziestego wieku, ale i o epoce, która go kształtowała i inspirowała". /z noty wydawcy/















czwartek, 4 października 2018

Niepokorna Arundhati Roy. Pisarka, której twórczość stała się bronią









Dwadzieścia lat temu Arundhati Roy zachwyciła świat swoim debiutem. W roku 1997 powieść Bóg rzeczy małych1 została uhonorowana Nagrodą Bookera, lecz kiedy jej autorkę uznano za objawienie, zachwycono się jej piórem (i urodą), a nawet wydawało się, że jej los jako modnej celebrytki z okładek magazynów został przesądzony - ku powszechnemu zdumieniu Arundhati Roy nie tylko zaangażowała się osobiście w różnego rodzaju ruchy antywojenne i antyglobalistyczne, ale zaczęła również pisać drapieżne artykuły i eseje głęboko zaangażowane w politykę, w walkę o prawa społeczne, akcje humanitarne i ochronę środowiska. Nie wszystkim się to spodobało. Szybko zraziła do siebie media (zwłaszcza w Indiach), a później wielokrotnie oburzała opinię publiczną sięgając po tematy tabu lub krytykując indyjskie świętości (np. potępiając sztywną politykę Gandhiego dotyczącą kast). W tym samym czasie wielokrotnie również była honorowana prestiżowymi nagrodami pokojowymi. W roku 2014 magazyn Time umieścił jej nazwisko na liście stu najbardziej wpływowych intelektualistów świata. Z takim dopiero bagażem wiadomości powinniśmy sięgać po Ministerstwo niezrównanego szczęścia2 – jakże cierpliwie wyczekaną drugą powieść Arundhati Roy. Przede wszystkim dlatego, by uzmysłowić sobie, że nie znajdziemy w niej takiego ładunku liryzmu i wielu innych środków artystycznych, których spodziewać się można po lekturze Boga rzeczy małych. Pisarka (dodajmy: niezwykle utalentowana) świadomie bowiem zrezygnowała z wielu ozdobników (co nie znaczy, że zaniechała bądź zapomniała literackiego języka) po to, by dobitniej uchwycić prawdziwy obraz Indii i udowodnić, że zasłużyła sobie przez te wszystkie lata na tytuł „głosu uciśnionych” i „sumienia narodu”.




Tekst został opublikowany na stronie:

Ciąg dalszy recenzji TUTAJ 




1.       Bóg rzeczy małych, Arundhati Roy, Świat Książki, 1998
2.       Ministerstwo niezrównanego szczęścia, Arundhati Roy, Zysk i S-ka, 2018

piątek, 7 września 2018

Rynek w Smyrnie, J. Dehnel




Rynek w Smyrnie to zbiór skrajnie ocenianych młodzieńczych (pochodzących z lat 1999-2002) opowiadań Jacka Dehnela. Wydano go już po sukcesie Lali, co akurat chyba nie do końca okazało się szczęśliwym rozwiązaniem. Do dziś przyjmowany jest w różny sposób. Podczas, gdy jedni zachwycają się eleganckim językiem, inni ganią autora za nadmierną ilość metafor, wtórność motywów (przynajmniej w przypadku ostatniego opowiadania) i za ewidentne imitowanie stylu klasyków.

Wydawnictwo: W.A.B
Seria: ...archipelagi...
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 241


W mojej ocenie zbiorek wypada mimo wszystko pozytywnie. Nie można przecież nie docenić faktu, że jest dziełem dziewiętnastolatka... Oczywiście nie wszystkie opowiadania podobają mi się jednakowo i nie są pozbawione wad, ale ich język, kompozycja i umiejętność stworzenia klimatu zasługują na uznanie. Najlepsze utwory to Patrząc na Stromboli, Filc (w których mocno odczuwamy obecność autora, ale też jego młodzieńczą brawurę) i Rynek w Smyrnie. Rynek w Smyrnie i Sanctus sanctus sanctus z kolei, rzeczywiście zdradzają fascynację sztuką wysoką i klasycznymi mistrzami prozy. Die Schopfung zainspirowany jest Wielką Historią, a Filc - historią rodzinną. Filc daje przedsmak tego, czego można się spodziewać po lekturze Lali.

Tytuł zbiorku uwodzi egzotyką, ale nie należy mu zbytnio ufać. Jeśli się nim zasugerujemy - dojdziemy do wniosku, że klimatem i scenerią nie wszystkie opowiadania do siebie pasują. Bez wątpienia jednak można znaleźć inny wspólny motyw. Mimo młodego wieku większości bohaterów i słonecznych klimatów - leitmotivem zbiorku jest Śmierć. Czasem dosłowna, czasem symboliczna, bo dotycząca np. kresu namiętności.