niedziela, 8 lipca 2018

W rodzinnej sieci. "Pod śniegiem" Petra Soukupova, "Przeszłość" Tessa Hadley - recenzja porównawcza




Dlaczego dom rodzinny widać choć go nie ma
i lampę co zgaszono trzydzieści lat temu
- ks. Jan Twardowski, Wszystko co dawne

Ilość motywów literackich wykorzystywana przez pisarzy jest ograniczona. Zdarzają się wyjątki, ale najczęściej twórcy nawiązują lub polemizują z wcześniejszymi dziełami tworząc kolejną wariację klasycznej fabuły. Tak się złożyło, że w jednym czasie przeczytałam dwie publikacje, które świetnie ilustrują ten fakt. Pod śniegiem* Petry Soukupovej i Przeszłość** Tessy Hadley – to książki oparte na podobnym zamyśle i wykorzystujące ten sam motyw: rodzinny zjazd, czyli powrót do domu rodzinnego. Temat mocno eksploatowany, dający jednak wiele możliwości - pozwala przyjrzeć się kondycji współczesnej rodziny, ale też poruszyć bliskie zagadnienia (relacje między rodzicami i dziećmi, diagnoza instytucji małżeństwa, powrót do dzieciństwa, upływ czasu). Obie autorki szczodrze z tych tematów skorzystały. Skoro zaś obie zajmują wysoką pozycję literacką we własnych krajach - Soukupova pisze scenariusze popularnych seriali, jest także uznana za jedną z najważniejszych pisarek młodego pokolenia, a Tessa Hadley jest doświadczoną brytyjską autorką specjalizującą się w relacjach rodzinnych - to grzechem byłoby nie wykorzystać okazji i nie przyjrzeć się w jaki sposób obie zmierzyły się ze swoim pomysłem.

Warto nadmienić, że obie prozaiczki wpadły na ten sam koncept - wyraźnie nawiązując do najsłynniejszego dramatu Czechowa i poddając badaniu relacje między trzema siostrami. W obu powieściach jednakowo koncentrujemy się głównie na kobiecych postaciach, ponieważ mężczyźni są nieobecni lub zbytnio skupieni na sobie; w obu przypadkach frustracja dorosłego rodzeństwa wynika z postawy ich ojca. Jednak nie należy sądzić, że wymienione książki są łudząco podobne, są nie tylko skrajnie różne, ale też skierowane do innego czytelnika. Autorki zastosowały zupełnie inną konwencję i stylistykę, wtrącają w odmienny nastrój, a wreszcie – posłużyły się odmiennymi dekoracjami, bowiem akcja  utworów rozgrywa się w różnych porach roku.




Książka Soukupovej – jak przystało na scenarzystkę i absolwentkę szkoły filmowej – jest utrzymana niemal całkowicie w  filmowej konwencji, co znaczy, że pozbawiona jest rozbudowanych opisów, do przedstawienia postaci służą głównie dialogi, a wiele scen łatwo wyobrazić sobie jako gotowe sceny filmu. Narracja jest zmienna, ponieważ książka składa się z szeregu krótkich rozdziałów, które prezentują perspektywę poszczególnych bohaterek. Fabuła składa się z dwóch części. Pierwsza przedstawia podróż sióstr; druga – to cel tej podróży (przyjęcie urodzinowe ojca). Wyprawa z różnych przyczyn jest gorączkowa i burzliwa, co sprawia, że czytelnik poznaje bohaterki w zdecydowanie krytycznym momencie. Olga, Blanka i Kristyna wsiadając do samochodu wpadają w potrzask. Są skazane przez kilka godzin na swoje towarzystwo w klaustrofobicznej przestrzeni. Kobiety różnią się poglądami (zwłaszcza na temat wychowywania dzieci), mają inną sytuację życiową i przechodzą kryzysy; wszystkie jednak chcą przekonać pozostałe siostry, że to właśnie one radzą sobie najlepiej. Można sobie wyobrazić atmosferę, w której przebiega podróż pełna wzajemnych animozji i pretensji, w dotatku w towarzystwie rozkapryszonych dzieci... I nie ma co liczyć na to, że po dotarciu na miejsce sytuacja się uspokoi. Świeżo rozdrapane rany i wspomnienia, ale również niemiła niespodzianka, która czeka w domu sprawiają, że siostry muszą przedefiniować pojęcie i rolę małżeństwa… Książka Soukupovej to potraktowana karykaturalną grubą kreską typowa satyra, a jednocześnie głęboko realistyczna komedia rodzinna, chociaż refleksje głównych bohaterek wcale nie wzbudzają śmiechu.




Tessa Hadley umieszcza akcję swej książki w samym środku upalnego i dusznego lata. Jej bohaterowie – trzy siostry i brat przyjeżdżają do podupadłego rodzinnego domu, który już od dawna pełni rolę wyłącznie letniskową. Dom w bohaterach budzi ambiwalentne uczucia, ale wymaga podjęcia konkretnej decyzji dotyczącej jego przyszłości. Rodzeństwo stawia się w komplecie, chociaż czytelnik nie uniknie refleksji, że bohaterowie przyjmują myśl o ostatnich wspólnie spędzonych wakacjach z ulgą. Najmłodszy brat przybywa w towarzystwie córki i swojej zupełnie nowej i egzotycznej żony, co wywołuje niepokój sióstr, które jeszcze nie wiedzą jak ułożą się ich wspólne relacje. Roland najwyraźniej nie ma ochoty na wspomnienia i na pogrążanie się w dziecięcych traumach. Tyle, że jego ekstrawaganckie siostry nie pozwolą mu o nich zapomnieć. Sprawią, że z każdego kąta i zza każdych drzwi wyłoni się przeszłość. Tessie Hadley udało się oddać atmosferę upalnego, nieco sennego lata, co znajduje odbicie również w nieco leniwej akcji powieści. Co nie znaczy, że nic się w niej nie dzieje. Tego, co najważniejsze bowiem należy szukać na poziomie psychiki i emocji bohaterów. Przedstawiciele poszczególnych pokoleń (włażąc sobie w drogę i podglądając się nawzajem z powodu braku innych rozrywek) zaczynają na siebie wywierać wpływ, ale też sami mocniej odczują pewne sygnały. Roland z niepokojem dostrzeże rodzącą się seksualność swojej córki, Alice przejmie się oznakami upływu czasu, Harriet intensywniej odczuje swoją samotność, a dzieci bezpowrotnie utracą coś ze swej dziecięcej niewinności... Przeszłość jest powieścią o ludzkich namiętnościach i utworem przepełnionym symboliką. Jest przecież coś niepokojącego w obrazie opuszczonej (ale nie zapomnianej!) ukrytej w lesie chaty, która wciąż wywiera wpływ na poszczególnych członków rodziny. Stanowi alegorię mrocznych sekretów, które nasi bohaterowie skrywają w swych sercach.

Pod śniegiem i Przeszłość – to książki, które mają zupełnie inną dynamikę. Może dlatego, że zupełnie w innym miejscu kryje się motor wewnętrzny tych historii, a raczej motor napędzający do działania poszczególne postacie. Powieść Hadley opiera się na refleksjach, ale również na wewnętrznych napięciach i niejednoznacznościach bohaterów. U Soukupovej zaś ich postawa wynika z reakcji na świat zewnętrzny. Proza czeskiej autorki jest bardziej surowa, pozbawiona ozdobników, ograniczona do opowiedzenia perypetii. Książka Hadley wikła się w niuanse i subtelności, jest bardziej dopieszczona literacko; autorka dba jednakowo o portrety psychologiczne i o aurę miejsca. Wprowadza opisy przyrody i detale architektoniczne. Wiejski dom, jego otoczenie (wraz z opuszczoną w lesie chatą) wpisują się w ramę opowieści, ale również potęgują przeżycia bohaterów.

Niezależnie jednak od konwencji, którą posłużyły się autorki i różnych efektów jakie osiągnęły – trzeba przyznać, że wnioski z obu lektur są zaskakująco zgodne. Zapewne dlatego, że obie twórczynie są świetnymi obserwatorkami ludzkiej natury. Postacie, którym się przyglądamy, często błądzą myślami w kierunku przeszłości, ale to nie wspomnienia są najgroźniejsze… Przeszłość tkwi głęboko w nas i stanowi składnik naszych doświadczeń. Jednakże bohaterowie obu opowieści przekonują się, że baczniejszą uwagę należy kierować ku najbliższej przyszłości, ponieważ to ona wykazuje przykrą skłonność do zaskakiwania i sprawiania bolesnych niespodzianek. W tym świetle tytuł książki Tessy Hadley wydaje się nawet nieco przewrotny…


*Pod śniegiem, Petra Soukupová, Afera, 2016
**Przeszłość, Tessa Hadley, W.A.B., 2017

wtorek, 5 czerwca 2018

PRZEKLEŃSTWO DIAMENTÓW - "Miejsce i imię", Maciej Siembieda /recenzja/



Wypowiadając się na temat swojego debiutu powieściowego (444, recenzja tutaj) – Maciej Siembieda wspomi,ał, że chowa w zanadrzu jeszcze wiele interesujących tematów i ma sporo pomysłów na swoje książki. Słowa dotrzymał. Miejsce i imię to kolejna publikacja oparta na prawdziwych wydarzeniach, która czytelnikowi dostarcza rozrywki i refleksji, a przy okazji pozwala zajrzeć za kulisy historii mniej znanej bądź zapomnianej.





Miejsce i imię – to słowa nawiązuje do fragmentu Biblii (Księga Izajasza1), stanowiące clou utworu – to nie tylko w pewnym sensie motto, ale również zgrabna i wielopiętrowa aluzja dotycząca rozmaitych motywów działania wszystkich najważniejszych bohaterów opowieści.

Jakub Kania, którego poznaliśmy w pierwszej części cyklu - otrzymuje nowe zadanie. Tym razem były prokurator (konsultant Instytutu Jad Waszem w Jerozolimie) musi ustalić miejsce pochówku holenderskich Żydów zamordowanych w czasie II w.ś. na terenie obozu pracy na Górze Świętej Anny. Zleceniodawcami są przedstawiciele środowiska jubilerów z Holandii, którzy zamierzają ufundować ofiarom pamiątkową tablicę. Jakub prowadząc śledztwo szybko się orientuje, że pobudki zleceniodawców mogą być dużo mniej szlachetne (a może jednak bardziej?), niż początkowo przypuszczał…

Ustalenie miejsca położenia grobów nie jest łatwe, ponieważ teren byłego obozu jest rozległy, a bezpośredni świadkowie wydarzeń już nie żyją. Sprawa jednak nabiera kolorów, gdy przetrząsając archiwa (i podejmując współpracę z kilkoma interesującymi osobami) śledczy trafia na trop pewnych faktów. Nagła i pospieszna likwidacja obozu pracy w Annabergu jeszcze przed zakończeniem wojny. Skandal związany z osobą komendanta obozu. Tajna szlifiernia. Skarb  Schmelta. Diament i jego klątwa… Jakub Kania z wolna pogrąża się w mrokach przeszłości rozwiązując kolejne zagadki i przekonując się, że jego zlecenie kryje w sobie drugie, a nawet trzecie dno… Niestety nasz bohater nie domyśla się jeszcze, że zdążył narazić się niewłaściwej osobie i jego dochodzenie staje się okazją do załatwienia osobistych porachunków. Wkrótce się przekona, że jego śledztwem interesuje się nie tylko nieco protekcjonalna (chociaż sympatyczna) agentka ABW, ale również rozmaite organizacje, służby, a także środowiska przestępcze. Zaczyna się wyścig z czasem i wkrótce tylko od szczęścia będzie zależało komu uda się najprędzej dotrzeć do sedna tajemnicy – kto wykorzysta ją dla siebie, a kto zasłuży sobie na imię wieczne, które nie zostanie starte…





Miejsce i imię można czytać jako odrębną powieść, ale autor zamieścił sporo solidnych elementów, które świadczą o spójności i inteligentnym rozplanowaniu cyklu. Przedstawiona historia jest zupełnie nowa i świeża, ale logicznie powiązana z poprzednią częścią. Autor kolejny raz serwuje sporą dawkę wiedzy, ale robi to w sposób lekki, przystępny i niepozbawiony humoru. Rozdziały są zwarte, a ich dynamika wynika z kilku przyczyn. Po pierwsze - akcja toczy się w zmieniających się planach czasowych i przestrzennych (dzięki czemu poznajemy nie tylko szczegóły dochodzenia, ale również wiele istotnych, a jednocześnie ubarwiających opowieść elementów, np. tajniki obróbki kamieni szlachetnych czy klimat przedwojennego Amsterdamu). Po drugie - autor nie skupia się na konstruowaniu pogłębionych portretów psychologicznych (co nie znaczy, że nie dba o wyrazistość postaci); głównym atutem książki są żywe dialogi, które sprawdzają się również przy portretowaniu. Siembieda dba o styl i język bohaterów; poznajemy ich w trakcie rozmowy, wyłapując ich ulubione i charakterystyczne powiedzonka. Po trzecie – przez powieść przewija się wiele barwnych postaci, które nie wprowadzają chaosu, natomiast pozwalają spojrzeć na sprawę z kolejnej perspektywy.

O przyszłość i popularność cyklu jestem dziwnie spokojna. Nie tylko dlatego, że rubieże historii, na które prowadzi nas autor są niezwykle interesujące, a druga część potwierdza umiejętności autora i jego autentyczny talent do budowania konstrukcji fabularnych. Powieści Siembiedy zawierają wiele smaczków. Pisarz jest dziennikarzem, więc jego książki są okazją do komentowania współczesnych zjawisk społecznych (Miejsce i imię może być odczytane jako głos w sprawie manipulowania historią). W drugiej części autor również ujawnia nieco rąbka swojej romantycznej natury (nie mam na myśli wyłącznie wątku Dawida i Marty, ale również samo zakończenie książki). Właśnie dziennikarska dociekliwość podszyta romantyzmem idealne predestynuje autora do snucia opowieści o wydarzeniach z przeszłości, których do końca nie można zweryfikować, ponieważ przez lata obrosły w mity… Jakie będzie kolejne zadanie Jakuba Kani? Ja się nie mogę doczekać.

***

1Księga Izajasza (56,5): „ (…) tak mówi Pan: (…) Przyznam w moim domu i w obrębie moich murów miejsce i dam imię lepsze niż mają synowie i córki, imię wieczne, które nie będzie starte.”


Wydawnictwo: Wielka Litera
Cykl: Jakub Kania (tom2)
Data premiery: 14 marca 2018
Ilość stron: 488
ISBN: 9788380322363


Za książkę dziękuje Wydawnictwu:




sobota, 14 kwietnia 2018

#64 sZAFa w sieci


Foto: Małgorzata Południak [źródło]



Poezja

Proza

Dramat

ART

O sztuce 

Wyimki z wernisaży

Felietony

Recenzje



Całość opublikowano na stronie:


***
***
***


Publikuję z poślizgiem (z powodów zdrowotnych). Zdecydowałam się to zrobić, żeby podziękować. Udział w tym projekcie był dla mnie zaszczytem,  a sZAFa jest dla mnie ważnym miejscem. Małgosiu, Wiolu - bardzo Wam dziękuję. To był dobry czas. Margarithes, jesteś niesamowita.

Tym wpisem postanowiłam na jakiś czas (zapewne dłuższy) zawiesić działalność na blogu.
Dziękuję wszystkim, którzy przez cały czas wpadali, by zostawić parę słów. Dziękuję również wszystkim, którzy zaglądali, chociaż nie znaleźli nic godnego skomentowania. Tych wszystkich, którzy obdarzyli mój mały kącik sympatią, a których zawiodłam - przepraszam.
Dziękuję i pozdrawiam:)

wtorek, 10 kwietnia 2018

TOBIASZ I JEGO RODZINKA. PEREŁKA ESTOŃSKIEJ LITERATURY DZIECIĘCEJ



Autor: Anti Saar
Ilustracje: Alvar Jaakson
Tłumaczenie: Anna Michalczuk
Wydawnictwo: Widnokrąk
Seria: Bliskie dalekie sąsiedztwo
Kategoria: dzieci +5
Ilość stron: 152



Tobiasz to przedszkolak, który wraz z rodziną (mamą, tatą i dwuipółletnim bratem) mieszka w estońskim mieście Tartu. Tobiasz jest bohaterem książki  Ja, Jonasz i cała reszta Antiego Saara, która została nagrodzona tytułem Rodzynek Roku Estońskiego Centrum Literatury Dziecięcej. Publikacja ukazała się w Polsce 15 marca i jest pozycją, która otwiera cykl nagrodzonych zagranicznych tytułów, które stopniowo będą się ukazywać w ramach projektu Bliskie dalekie sąsiedztwo (mającego przybliżyć polskim dzieciom literaturę i kulturę fińskich i estońskich sąsiadów).

Tobiasz ma sześć lat i jest narratorem książki. Młodsi czytelnicy podczas lektury szybko przekonają się, że chłopiec jest nie tylko znakomitym przewodnikiem, ale również zabawnym i mega fajnym rówieśnikiem. Dorośli - dzięki jego urokowi spróbują z pewnością na moment porzucić swoją dorosłą perspektywę i spojrzą na świat oczami dziecka. Tobiasz może się wydawać mały, ale szybko wyprowadzi nas z błędu; dla swojego braciszka jest przecież Doświadczonym Starszym Bratem i niezwykle inteligentnie przygląda się światu. Chłopiec jest też wyśmienitym obserwatorem swojej rodziny; dostrzega jej zalety i wady… Można powiedzieć, że jest w pewnym sensie kronikarzem rodzinnym. Książka nie jest jednak kroniką. Jest na poły dzienniczkiem, na poły zaś listem otwartym do dzieci z całego świata…


Ilustracje i fragment książki [źródło]


Chłopiec opowiada o swoich rodzinnych sprawach. Opisuje przedmioty z otoczenia, przedstawia członków rodziny wtrącając anegdoty i odnosząc się do przeróżnych perypetii i zdarzeń. Jego wspomnienia są urocze i pełne wdzięku (przeważnie są również przezabawne, chociaż udało się wśród nich zgrabnie przemycić kilka przestróg). Jego familia wcale nie jest idealna, ale za to pełna ciepła, miłości, empatii i szacunku dla drugiego człowieka (nawet jeśli ten człowiek ma sześć, albo dwa i pół roku). Tobiasz opisuje najzwyczajniejsze domowe zajęcia: wspólne posiłki, zabawy, spacery i wyprawy. Wspomina sprawy miłe, ale przecież każdy wie, że w rodzinie nie zawsze jest sielankowo – okazuje się, że najciekawsze i najzabawniejsze są fragmenty przedstawiające mniejsze i większe domowe katastrofy, gafy i wpadki. Przekonamy się jednak, że z tych wszystkich podbramkowych sytuacji rodzina Tobiasza (dzięki wyrozumiałości i miłości) wychodzi zawsze nie tylko obronną ręką, ale również bogatsza w doświadczenia…

Książka ma wiele atutów. Z pewnością czytelnikom przypadnie do gustu pełen wdzięku i uroku sposób narracji, ale również silne prorodzinne przesłanie. Chłopiec opowiadając o swoich zajęciach dość dokładnie charakteryzuje członków rodziny i mimochodem dowodzi, że można różnić pod wieloma względami  (wyglądem, płcią, wiekiem, charakterem, poczuciem humoru), można się z sobą nie zawsze zgadzać (czasem nawet kłócić), a mimo wszystko – tworzyć kochającą się wspólnotę. Tekstowi towarzyszą charakterystyczne rysunki, które nie tylko ilustrują myśli chłopca, ale często je również zabawnie puentują. Autorzy zastosowali również kilka innych sztuczek, by dzieci jeszcze bardziej zaprzyjaźnić z książką (m.in. pozostawili miejsce na obrazek i namawiają dziecko do inwencji twórczej). Ciekawym pomysłem jest również  rozmieszczenie w wielu miejscach kodów QR, dzięki którym mali czytelnicy (przy pomocy Internetu i dorosłego) mogą nieco lepiej poznać Estonię i miasto Tartu, zwłaszcza miejsca, które lubi odwiedzać Tobiasz.




Nasz narrator bawi się, dokazuje, chodzi do przedszkola, jeździ z rodzicami samochodem, czyta, rysuje, słucha strasznych opowieści, a przede wszystkim: ma bzika na punkcie gry w piłkę. Cały czas zaś pilnie obserwuje dorosłych i czasem przyłapuje ich na nielogicznym i niekonsekwentnym zachowaniu. Udowadnia, że niekiedy ich wymagania są naprawdę niełatwe do zrealizowania. Ale również rozumie drugą stronę – ze współczuciem przygląda się jak trudno rodzicom zachowywać się przez cały czas w ten sposób, by być autorytetem dla swoich dzieci!

Ja, Jonasz i cała reszta – to książka, która nie tylko przybliża zwyczaje estońskich sąsiadów, ale także sprawia dużo radości dzieciom i ich rodzicom (z pewnością niejednokrotnie odnajdziemy w niej sytuacje zapamiętane z własnych rodzinnych domów). Anti Saar należy ponadto do autorów obdarzonych wyjątkowym darem. On nie tylko świetnie zna dziecięcą psychikę, ale  również doskonale się w nią wciela. Podobnie, jak w przypadku lektury Dzieci z Bullerbyn Astrid Lingren – czytając przygody Tobiasza – ani przez chwilę nie wątpimy, że  narratorem jest mały chłopiec!

Wspaniała zabawa i przygoda. Przeurocza rodzinka. Dużo humoru. Szczerze polecam!

Za książkę dziękuje Wydawnictwu:



środa, 4 kwietnia 2018

Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy - książka z naklejkami dla dzieci


 Ilustracje: Justyna Styszyńska
Tekst: Michał Koziński
Wydawnictwo: Widnokrąg
Liczba stron: 44
Data premiery: 12.03.2018
Wiek: 4+


Dorosły, który czyta swoim pociechom wie, że dobór lektur do wieku dziecka jest sprawą ważną (w zasadzie kluczową), ale też sprawia wiele frajdy. Sytuacja się komplikuje, gdy mamy pociechy w różnym wieku i wybierając książkę przed snem - trzeba trafić nie tylko w różne gusta, ale i  w potrzeby... Tak właśnie jest u nas. Starszy Brat (lat siedem) lubi lektury z dynamiczną akcją, napisane z pazurem i z poczuciem humoru. Młodszy (trzy lata) preferuje kolorowe ilustracje, a jego opowieści powinny być znacznie bardziej sielskie... Trochę trwało zanim osiągnęli biegłość w trudnej sztuce kompromisu (pierwsza historyjka dla Młodszego Brata, druga dla Starszego). Dzisiaj stanowią już zgraną drużynę i mają coraz więcej wspólnych lektur. Ponieważ jednak wychowując dzieci nieustannie musimy być gotowi na zmiany – okazuje się, że właśnie wkraczamy w zupełnie nowy etap…




Starszy Brat nauczył się czytać, więc chłopcy czasem zamykają się w pokoju i sami zajmują się swoimi lekturami. To znaczy: Starszy Brat czyta, a Młodszy słucha z przejęciem. Piękny obrazek... Ale, żeby ta chwila trwała – trzeba zadbać o nowy rodzaj lektur. W naszym przypadku książka powinna posiadać interesujące ilustracje i stosunkowo krótki i nieskomplikowany tekst – i (oczywiście) mieć w sobie to „coś”, co przykuje uwagę chłopców na dłużej.





Strzałem w dziesiątkę okazała się książeczka zaprojektowana przez Justynę Styszyńską (nauczycielkę; absolwentkę wydziału grafiki na Europejskiej Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie). Naszym ostatnim nabytkiem była bajka o niedźwiedziej rodzinie z Tatrzańskiego Parku Narodowego, dlatego nie chcemy jeszcze zupełnie zmieniać tematyki i książka z naklejkami pt. „Góry i ich zwykli-niezwykli mieszkańcy” okazuje się idealna. Justyna Styszyńska jest pomysłodawcą (projektantką) publikacji oraz autorką ilustracji, a tekst został napisany przez Michała Kozińskiego. Książka składa się z kilku części. Jest opowieścią o górach i górskich zwierzętach.

Ilustracja książki [żródło]


Nietrudno się zorientować, że w tej publikacji najważniejszym elementem komunikacji (a zarazem jej największym atutem) – jest obraz. Obrazy, a w zasadzie barwne grafiki – tworzą opowieść samą w sobie – ukazują zwierzęta w ich naturalnym środowisku i w naturalnych sytuacjach. Zwięzłe opisy (żadnego przeładowania informacjami) – uzupełniają przekaz. Dzięki temu dziecko oswaja się z górskim krajobrazem, poznaje (oczywiście w pigułce) historię powstania i budowę gór, przygląda się ich najważniejszym mieszkańcom.



Autorzy książki nie poprzestali na barwnych grafikach i krótkich informacjach dotyczących poszczególnych zwierząt. Trzeba przyznać, że postarali się, by wciągnąć dziecko w zabawę i wyzwolić w nich kreatywność. Na kolejnych stronach zamieścili kilka pustych planszy, które dzieci mogą uzupełnić naklejkami według własnego uznania. Oprócz tego – przy opisie i ilustracjach poszczególnych zwierząt – znajdują się pewne ułatwienia – barwne plamy, które odpowiednio uzupełnione naklejkami przedstawiające oczy, uszy i nosy – pozwalają stworzyć samodzielnie własne portrety zwierząt. Wszystkie niezbędne elementy anatomii zwierząt oraz ich sylwetki znajdziemy w tyle książki. Niektóre elementy są dość małe i zmuszają dzieci do wysiłku i precyzji. Ważne jednak, że naklejki można używać wielokrotnie, co przedłuża zabawę, a nawet umożliwia eksperymentowanie. Dodać przy okazji należy, że autorzy sami nakłaniają do takich badań; zachęcają, by sprawdzić jak cudacznie wyglądałyby zwierzęta z zapożyczonymi elementami anatomicznymi, np. niedźwiedź z dziobem orła… Po takim doświadczeniu - dziecko będzie pewne, że Matka Natura zrobiła to najlepiej: dokładnie wiedziała jak przystosować zwierzęta do warunków, w których żyją...




Książeczka o mieszkańcach gór ukazała się stosunkowo niedawno, ale seria zaprojektowana przez Justynę Styszyńską jest już dobrze znana. Wcześniej ukazały się publikacje o zwykłych-niezwykłych mieszkańcach łąk, lasów i biegunów.













Za książkę dziękuję Wydawnictwu:




piątek, 23 marca 2018

BAJKA NON-FICTION, CZYLI OPOWIEŚCI O NIEDŹWIEDZIACH BEZ KITU



Literatura dziecięca jest tworzona przez osoby, które są dobrymi obserwatorami rzeczywistości i potrafią przetłumaczyć otaczający świat na język zrozumiały dla dziecka. W procesie tworzenia dużą rolę odgrywają dzieci. Inspirują dorosłych, a często mają jeszcze większy wpływ – dzieje się tak, gdy autor dostosowuje się do ich indywidualnych potrzeb i oczekiwań. Właśnie w taki sposób została powołana do życia znana bohaterka – Pippi Pończoszanka. Pewnego razu rezolutna dziewczynka wymyśliła tę postać i Astrid Lingren, jej mama (która jeszcze nie była pisarką, ale niezłą gawędziarką) musiała się nagłowić, by stworzyć adekwatne przygody pasujące do tak szalonego imienia. W podobny sposób - w odpowiedzi na wyraźnie zainteresowanie dzieci powstała książka, która całkiem niedawno miała swoją premierę…




Renata Kijowska (redaktorka TVN, laureatka Nagrody Dziennikarzy Małopolski) napisała książkę, która jest efektem jej pracy zawodowej i prywatnych zainteresowań, ale jest w równym stopniu także odpowiedzią na potrzeby jej synów - którzy w dzieciństwie chętnie słuchali przed snem opowieści o jej pracy i o gromadzeniu materiałów do reportaży, zwłaszcza, jeżeli dotyczyły świata przyrody. Jej chłopcy po prostu preferowali opowiadania non-fiction, były dla nich bardziej fascynujące niż tradycyjne bajki. Dziennikarka starannie zatem przygotowywała się do swoich wieczornych opowieści, a ponieważ jej maluchom najbardziej przypadły do gustu historie dotyczące niedźwiedziej rodziny – często powracano do tego tematu, a opowiadania  wydłużały się i nabierały wątków fabularnych. Aż w końcu Renata Kijowska postanowiła je spisać, uporządkować i nadać formę książki.

Ilustracja z książki

„Kuba Niedźwiedź. Historie z gawry” – tylko pozornie przypomina zwyczajną bajkę dla dzieci. W rzeczywistości jest na poły baśnią, na poły opowieścią non-fiction: historią rodziny niedźwiedzi (Kuby, Benka i niedźwiedzicy Maryny) inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami i losami już niemal legendarnych mieszkańców Tatrzańskiego Parku Narodowego. Łatwo się zresztą o tym przekonamy – książka składa się z właściwych rozdziałów i z krótkich komentarzy uzupełniających (wyróżnionych innym kolorem czcionki), w których autorka tłumaczy pewne zjawiska lub rozwiązania fabularne, przede wszystkim zaś – opisuje prawdziwe wydarzenia, na których wzorowała losy swoich bohaterów.




Przygody opisane są z perspektywy niedźwiadka, który hasa po lesie z bratem Benkiem, rudą Wiórą i liskiem Staszkiem. Kuba marzy o tym, by w przyszłości zostać „dzikim postrachem lasów”, na razie jednak musi wraz z bratem opanować arkana trudnej sztuki przeżycia. Przygody niedźwiadków są urocze, ale – powiedzmy sobie szczerze – nie zawsze sielskie i całkowicie bezpieczne. Nasi bohaterowie poznają przecież prawdziwe życie w lesie, zatem muszą zetknąć się również z różnymi zagrożeniami. Na swej drodze trafią na kłusowników, strażników Parku Narodowego, naukowców i turystów i nie każde spotkanie okaże się równie przyjazne czy bezpieczne. I chociaż niefrasobliwe niedźwiadki nie z każdej nauki potrafią w porę wyciągnąć słuszne wnioski – wyraźne przesłanie z pewnością trafi do dziecka, które słucha lektury. Mały czytelnik przekona się, że każdy czyn wywołuje daleko idące i często nieodwracalne skutki i konsekwencje. 


Autor: Renata Kijowska
Ilustracje: Anna Łozowska
Liczba stron: 160
Wydawnictwo: Znak emotikon
Premiera: 14 marca 2018


Kategoria wiekowa: dzieci 5+


 
Książka jest przepięknie wydana, tekst Renaty Kijowskiej doskonale dopełniają i wzbogacają godne uwagi ilustracje Anny Łozowskiej. Całość jest miła dla oka i atrakcyjna dla dziecka (dla dorosłego również). Przede wszystkim zaś – nie można nie docenić jej przesłania. Bajka bowiem w sposób niestereotypowy uczy szacunku dla zwierząt. Dziecko, które zaprzyjaźni się z Kubą i jego towarzyszami zapamięta, że prawdziwy niedźwiedź, którego można spotkać na górskiej ścieżce – nie jest przytulnym misiem, lecz stworzeniem, któremu należy okazać respekt. Nikt, kto pozna „Kubę Niedźwiedzia…” – podczas wędrówek nigdy nie oddali się od wyznaczonego szlaku i nie zostawi na nim śmieci. Ale przede wszystkim – każdy maluch zrozumie, że człowiek przez  brak empatii lub edukacji popełnia wiele błędów, za które zwierzęta płacą najwyższą cenę i że to właśnie my jesteśmy odpowiedzialni za utrzymanie kruchej równowagi w naturze…

Serdecznie polecam!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu:







poniedziałek, 5 marca 2018

Amerykański sen - prawda i mity. "Elegia dla bidoków", J.D. Vance /recenzja/




15 lutego br. w Polsce ukazała się książka, która w Ameryce przez wiele tygodni utrzymywała się na szczycie bestsellerów New York Timesa. Skąd ta popularność? Według opinii tego samego dziennika - Elegia dla bidoków trafnie portretuje amerykańską rzeczywistość. Właśnie dlatego publikacja powinna przypaść do gustu czytelnikom, których pociąga wszystko, co kojarzy się z szeroko pojętą amerykańską kulturą, ale również każdemu, kto uważnie przygląda się współczesnym problemom społecznym. Dylematy w niej poruszone co prawda dotyczą amerykańskiego społeczeństwa, ale to nie znaczy, że Ameryka pod tym względem stanowi wyjątek. Podobne bolączki występują (w mniejszym bądź większym stopniu) w innych państwach, również u nas. Ale – po kolei.




Elegia dla bidoków – to książka młodego amerykańskiego przedsiębiorcy i prawnika, która nie jest napisana (jak można by się spodziewać) ani prawniczym, ani naukowym językiem. To refleksje, które J. D. Vance oparł na swoich wspomnieniach i przeżyciach. Napisał książkę głęboko osobistą, a jednak dotyczącą dość powszechnego zjawiska. Pozornie – jest to kolejna pozycja o urzeczywistnieniu amerykańskiego snu, ponieważ bohaterem jest osoba, która wyrwała się z biedy i zaklętego kręgu bezradności i niemocy - człowiek, któremu się powiodło. Rzecz w tym, że sprawa (według autora) wcale nie jest oczywista. Wprost przeciwnie – autor przedstawia swoją karierę i sukces jako statystyczny wyjątek – odstępstwo, które niemal nie miało prawa się wydarzyć.  J.D. Vance bowiem twierdzi, że amerykański sen nie jest iluzją, ale może się spełnić wyłącznie w określonych warunkach i wyłącznie określonej (czytaj: elitarnej) grupie społecznej.

Książka Vance’a jest bardziej kroniką rodzinną niż analizą społeczną, brakuje w niej głębszych odniesień do badań i ankiet (w każdym razie brakuje przypisów i odwołań do źródeł),  ale i tak autorowi udało się całkiem nieźle (dość łopatologicznie, ale za to obrazowo) przedstawić omawiany problem. Przede wszystkim umiejętnie zobrazował, że społeczeństwo amerykańskie nie jest jednolite pod względem szans rozwoju - nawet jeżeli pod uwagę weźmie się tylko tę część populacji, którą tworzą  przedstawiciele ludności białej. Ideą książki Vance’a było uzmysłowienie – jak różnym kapitałem społecznym dysponują grupy: klasa posiadaczy z rejonów dobrze rozwiniętych (Utah, Oklahoma, Massachusetts) i klasa pozbawiona przywilejów (ale też złudzeń na lepszą przyszłość), do której należą potomkowie szkockich i irlandzkich emigrantów zamieszkujących głównie Pas Rdzy i Appalachy. W zasadzie książka jest portretem tej drugiej grupy i ukazuje losy ludzi, którzy niegdyś (uciekając przed biedą i wojną) przybyli do Ameryki i zamieszkali na Południu, ponieważ rodzący się tutaj przemysł dawał im pracę i obiecywał godziwe warunki do życia. Ci ludzie brali udział w budowaniu potęgi Ameryki, a także udało im się zakosztować amerykańskiego snu. Jednak po latach, z powodu zmian strukturalnych, gdy inwestorzy przenieśli się do Azji (dla taniego surowca i siły roboczej), a przemysł upadł - o tych ludziach zapomniano. Dzisiaj żyją wspomnieniami i wegetują dzięki zapomogom. Amerykanie, którym się lepiej powodzi – mają swoje określenie na przedstawicieli tej grupy: „hillbillies (bidoki) lub rednecks (buraki), białe śmiecie”*. Z tego właśnie środowiska wywodzi się J.D. Vance i jego rodzina, o tej grupie społecznej autor wie wszystko. Autor czuje się uprawniony, by pokazać  jak wygląda urzeczywistnienie amerykańskiego snu z punktu widzenia „bidoków”, a jego głos jest miarodajny. Jego pióro nie jest wymierzone w stronę tych, którym się powiodło. Ma raczej uzmysłowić dlaczego dziecko ze środowiska, w którym dorośli nie radzą sobie z wieloma problemami (bieda, alkoholizm, lekomania, narkotyki, bezrobocie, rozbite rodziny) – jest przegrane już na samym starcie. Ma również wybudzić "bidoków" z letargu.

Oczywiście J.D. Vance nie dokonał epokowego odkrycia pisząc o rozłamie w amerykańskiej kulturze. Jego teoria jest nie tyle odkrywcza, co dosadnie przedstawiona. Amerykanie znają problem od dawna i próbują mu zaradzić stosując programy finansowe i pomocowe. Nieszablonowość Elegii dla bidoków polega na tym, że stanowi głos krytyki w stosunku do istniejącego systemu pomocy – zwłaszcza, jeżeli ogranicza się wyłącznie do wypłacania środków pieniężnych. Autor udowadnia, że takie wsparcie jest nie tylko niewystarczające, ale wręcz szkodliwe i deprawujące. I teraz dochodzimy do sedna książki Vance’a, ponieważ autor nie szczędzi energii, by uzmysłowić, że wszyscy zbyt jesteśmy skupieni na aspekcie ekonomicznym. Dzieci „bidoków” (a przecież nie tylko one, raczej wszystkie dzieci z rodzin dysfunkcyjnych) tracą coś o wiele cenniejszego niż pieniądze. Tracą grunt pod nogami i wsparcie, co skutkuje brakiem wiary w siebie; co gorsza – one nigdy do końca nie wykształcą umiejętności życia w rodzinie. Przekonał się o tym autor, gdy założył własną. Dawno już zrobił karierę i osiągnął sukces. Zdobył pracę i szacunek (również środowiska, które w pewnym sensie „zdradził”). Ale kiedy związał się z drugą osobą - przekonał się jak głęboko zakorzenione są w nim zachowania aspołeczne. I dopiero teraz zrozumiał, że mimo iż wygrał swój amerykański sen - batalię z własnymi demonami będzie toczył do końca życia.

Wydawnictwo: Marginesy

Rok wydania: 2018
Tłumaczenie: Tomasz S. Gałązka
Ilość stron: 304
ISBN: 978-83-65973-04-7




Trzeba przyznać, że autor stosuje przekonującą argumentację. Warto poznać jego przemyślenia chociażby po to, by doskonalić społeczne programy pomocowe w przyszłości (także we własnych krajach), przede wszystkim konstruować je w taki sposób, by rzeczywiście dawały wsparcie dzieciom.  A jeśli samo przesłanie książki nie jest jeszcze dość przekonujące, by po nią sięgnąć – warto również zwrócić uwagę na literackie walory lektury – przede wszystkim na głównych bohaterów książki, bowiem Mamaw i Papaw - to nie tylko hołd dla dziadków, ale również dobrze skonstruowane i zapadające w pamięć kreacje literackie.

Podsumowując wrażenia i przechodząc do konkluzji stwierdzić trzeba, że autor sporo wysiłku włożył w udowodnienie czytelnikowi, że najważniejszym kapitałem społecznym jest zdrowa rodzina i środowisko, z którego się wywodzi. Wnioski są jak najbardziej słuszne. Mało budujący jest fakt, że ludziom trzeba o nich przypominać… Przez tysiąclecia człowiek wiedział, że rodzina jest najważniejsza, dzisiaj gdzieś zawieruszył tę wiedzę. Elegia dla bidoków nie jest w tym względzie specjalnie odkrywcza, a jednak fakt, że stała się bestsellerem i wywołała w Stanach burzliwą publiczną debatę – świadczy o tym,  jak bardzo współczesny człowiek zdołał się pogubić…

I niekoniecznie należy dosłownie wierzyć w obietnicę, że książka  tłumaczy fenomen Trumpa. To raczej skrót myślowy. Wydawca miał na myśli, że książka jest portretem tej grupy ludzi, którą zainteresował się Trump w kampanii przedwyborczej i której głosy pozyskał.


* Elegia dla bidoków, J.D. Vance, Marginesy 2018, str. 9


Za książkę dziękuję Wydawnictwu: