wtorek, 9 sierpnia 2016

Na ryby!


Nasi mężowie lubią łowić ryby. Często organizują sobie niedziele na łowisku, godzinami siedzą, gapią się w kije i cieszą się jak dzieci z każdej złowionej sztuki. Urządzili sobie nawet coś w rodzaju rankingu – skrupulatnie zapisują każdą złowioną rybkę, ważą ją, szacują wzrost i wypełniają wspólną tabelę. Emocji przy tym i gorących dyskusji – co niemiara. Ale cóż to za uciecha łowić sztukę za sztuką w hodowlanym stawie? Prawdziwa satysfakcja, jeśli wygrywa się w rankingu w naturalnym otoczeniu!




Przygotowując się do wczasów nasi mężowie (w tajemnicy przed żonami) szykują się do prawdziwej wojny na wędki. Nowe kołowrotki, haczyki, przypony, spławiki, podstawki, parasole od pogody i niepogody. Zanęty wszystkich smaków, rodzajów i we wszystkich kolorach (Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta)… Istne szaleństwo. Czego tam komu brakowało - zostało zakupione. Potem jeszcze czasopisma i programy wędkarskie dla podszkolenia. No i oczywiście - tajna broń. Podwójnie super tajna, bo kupowana już nie tylko w tajemnicy przed żonami – ale jeszcze w sekrecie przed sobą nawzajem. Ten kupuje jakieś koszyczki, ów specjalne haczyki i jakieś inne misterne i skomplikowane miniaturowe urządzonka, o których kobietom się nawet nie śniło... Wszystko, czym można przywabić, zaskoczyć i skusić rybkę. Co sprawi, że jeden wędkarz będzie odrobinę lepszy od swojej konkurencji. Z rozbawieniem oglądam rosnącą górę sprzętu. W lodówce znajduję miniaturowe puszeczki z różnymi przysmakami dla ryb, listonoszowi kwituję odbiór paczuszki prosto z Allegro - ze sztuczną kukurydzą. Cztery plastikowe ziarenka za 15 złotych. Cztery (!) ziarenka kukurydzy, która nie utonie, nie opadnie na dno, tylko będzie utrzymywać się na powierzchni i skusi złotą rybkę...




W tym roku poznajemy Warmię. Wynajmujemy piękny dom, nad jeziorem - oczywiście. Przyjeżdżamy. Nasi panowie ledwo wtaszczą walizki - już lecą zobaczyć czy zgodnie z obietnicą mają dobre warunki do wędkowania. Już rozkładają baterię: torby wędkarskie, wędki (każdy ma dwie, albo trzy), parasol, parawan, krzesła wędkarskie, podpórki, wiadra z zanętą, skrzynki z haczykami, z przyborami i podbieraki. Są przygotowani na każdą ewentualność. Do łowienia ryb drapieżnych, słodkowodnych, morskich zresztą chyba też. Przygotowani są prawdopodobnie nawet na złowienie marlina. Idą z tym majdanem na pomost, który trzeszczy pod ich ciężarem. Ahoj, ryby, przybywamy!

A potem upływa pierwsza godzina.

Potem druga i trzecia…

I nic.

Ryba nawet nie skubnie…



Po długim czasie sunie smutny korowód do domu, na kolację. Przychodzą panowie z nosami na kwintę.

A potem odpalają komputer i szukają przyczyn swojej porażki. Bo pełnia księżyca, bo zmiana pogody, bo rabunkowa gospodarka, bo wodorosty, bo upał. Bo kormorany.

Nic to. Rano będzie lepiej. Rano każdy z naszych rybaków pokaże na co go stać. Wyciągnie swoją najtajniejszą broń.

Po kilku dniach zmiennych technik (i skrajnie zmiennych nastrojów - od nadziei po rozpacz), po wypróbowaniu wszystkich żyłek, haczyków i przynęt (od ilości wrzuconego pokarmu jezioro wystąpiło z brzegów), po łapaniu na żywca, robaki, ryż i kukurydzę wszystkich smaków (nawet tę sztuczną), po łowieniu metodą paternoster i przy użyciu wszystkich innych możliwych i niemożliwych technik – nasi mężowie bliscy są załamania nerwowego. Bez  anty-depresanów w płynie raczej się nie obejdzie...




Nadal nic nie bierze…

Po sześciu dniach zaczynają obmyślać jakieś nowe hobby. Ale zmienił się turnus i do domku obok wprowadzili się kolejni wczasowicze. Na pomost przychodzi nowy wędkarz. „Panowie ze Śląska? No tak, możecie nie wiedzieć… U nas trzeba łowić innymi metodami. Trzeba mieć SPOSÓB. Ja dodałem do zanęty specjalny środek – sztuczną krew. Teraz zobaczycie dopiero jak się łowi”.

Nasi panowie są podnieceni. Sztuczna krew. No przecież! Teraz dopiero będą połowy. Dziewczyny, szykujcie się, będziecie smażyć cały dzień. Teraz będą brały tylko karpie i szczupaki. Same duże okazy!

Panowie umawiają się z sąsiadem na nocne łowy. Wstępują w nich nowe siły i nowa nadzieja. Pan przyjdzie ze swoją nową super tajną bronią, a oni przecież przy okazji skorzystają! Torby, skrzynki, pudełka i słoiczki znowu idą w ruch. Nowe błystki, żyłki i haczyki do połowu grubych sztuk. Wojna to wojna.




Z placu boju wracają pojedynczo.

To ten, to ów pogryziony przez komary i z żałosną miną, doszczętnie pokonany wraca do domu. Przewodniki kłamały. Ryb nie ma. Tu nie ma żadnych ryb, skoro nie pomogła nawet sztuczna krew! A te tłuste grzbiety przelewające się nad powierzchnią - to halucynacje!

Po paru godzinach wrócili wszyscy. Na pomoście został tylko pan od sztucznej krwi, który albo miał duży zapas świeżych sił, albo było mu głupio wracać bez zdobyczy.

Rano my - żony - idziemy przespacerować się na pomost. Znajdujemy porzucone krzesło i wędki. Nowy sąsiad nawet nie miał siły, żeby po sobie posprzątać. Zastanawiamy się jednak czy możemy się wykąpać. W końcu sztuczna krew mogła przywabić piranie;)

Po południu mężowie znowu spotykają się na pomoście. Już bez chłopięcej radości, raczej już tylko po to, żeby zrobić coś z czasem. Przywlekł się za nimi ich nowy sąsiad, ten od sztucznej krwi. Ale nikomu nie chce się już gadać o rybach. Jednak, żeby uniknąć krępującej ciszy trzeba o czymś konwersować. Pan ma kilkoro dzieci, które wesoło pluskają się w wodzie, więc mąż zagaja „Ryb nie ma, ale to bardzo dobre miejsce dla dzieci. Mogą hasać do woli…”


„O tak” odpowiada sąsiad. „Co nam zostało... Powinniśmy brać z nich przykład. Zresztą one mają całkiem niezłe pomysły. Dziś rano pojechałem z nimi do miasta i przez kilka godzin goniliśmy po Olsztynie pokemona Pikachu”.

I takie, oto, nastały czasy. Łatwiej złowić pokemona, niż rybkę;)


19 komentarzy:

  1. Sztuczna krew i 4 ziarnka kukurydzy za 15zł?! Skandal. Można mieć za to, powiedzmy, połowę książki ;-)
    Świetny tekst, Olu! Mój znajomy jest zapalonym wędkarzem - kiedyś nawet, za jego przyczyną, przeczytałam kilka numerów czasopisma branżowego, które mi podrzucał :D Ale bakcyla nie złapałam. Może dlatego, że nigdy nie dałam się namówić na praktyczne zajęcia z łowienia?
    Udanych połowów i urlopu życzę! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też raczej bakcyla nie złapię...Znacznie większą zabawę mam obserwując, co wyrabiają nasi panowie;)
      Za życzenia pięknie dziękuję, ale niestety urlop się już skończył...

      Usuń
  2. Ależ cudowny wpis! I jak pięknie napisany! (Nie mogłam się oprzeć, żeby nie skomentować, chociaż nie mam wiele do powiedzenia w temacie, ale chciałam powiedzieć, że bardzo mi się podoba!)

    Coraz bardziej podoba mi się wizja Pokemonów jako substytutu łapania żywych stworzeń, widzę, że się to roznosi :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe odwiedziny:)
      Co do Pokemonów - to przez połowę urlopu słuchaliśmy kręcąc głowami z niedowierzaniem wiadomości o nich w mediach, więc nie mogliśmy uwierzyć, że na pomoście dopadły w końcu i nas...

      Usuń
  3. :) przypomniałaś mi, jak w dzieciństwie z dziadkiem robiłam spławiki, malowałam te wszystkie kolorowe paski, odlewałam ołów w formach o różnych kształtach, a na końcu z kolorowych błystek robiłam sobie kolczyki.

    A dzisiaj szuka się pokemnów i zapomina o całym świecie.

    Tak tylko wspominam i marudzę. Paddy nie znosi wędkowania, chociaż ja lubiłam, byłam jedyną wnuczką dziadka.

    Ale ryb wtedy chyba było więcej, bo z wędkowania zawsze wracaliśmy obłowieni i przez tydzień jedliśmy ryby na różne sposoby :)


    Kisses

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłaś artystką od najmłodszych lat;)
      W mojej rodzinie nie było zapalonych wędkarzy, ale za to teść uwielbiał wypady na ryby, więc w rodzinie męża krążyły przeróżne anegdoty z nimi związane;) Kiedyś na przykład w środku nocy teść zjawił się w mieszkaniu w pełnym rynsztunku - z wędkami i plecakiem na plecach, nawet wodery miał ubrane. Zatrzasnął sobie kluczyki w samochodzie i szedł pieszo do domu (w tych woderach) chyba z 20 km:)

      Usuń
    2. Hehe, no piękna opowieść :) ale teraz widzisz, są telefony komórkowe, internety, tablety, życie niby łatwiejsze, ale sposoby, jak widać najróżniejsze :) Pozdrawiam ciepło

      Usuń
    3. W sumie nie ma niczego złego w gadżetach. Zgrzeszylibyśmy, gdybyśmy utrzymywali, że to samo zło. Nie mielibyśmy tylu fotografii z eskapad, nie moglibyśmy ich od razu wrzucić na FB... Nie mielibyśmy kontaktu z fantastycznymi ludźmi... Byle tylko gadżety nie zdołały przesłonić urody życia;)
      Dzisiaj przyszedł tomik Seamusa Jeaney'a. Nie usłyszałabym o nim, gdyby nie nasze gadżeciki:) A tak - wieczorem - nowa wyprawa:) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    4. ale oczywiściście, że jestem za, gdyby Twój teść miał komórkę, nie musiałby iść 20 km na nogach :) poza tym, jak ze wszystkim z umiarem, to przecież świetnie się bawimy, no sama wiesz :)

      Usuń
  4. Masz dar ciekawego snucia opowieści Olu......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniu:) Cieszę się, że jeszcze Was nie zanudziłam... Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. Mam nadzieję, że w pobliżu był jakiś sklep z żywnością i nie byłyście zdane wyłącznie na na to, co mężczyźni upolują lub złowią :)
    Scenkę rodzajową za to opisałaś bardzo smakowicie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh, gdybyśmy były zdane - nie miałby kto dziś opisać wrażeń;)
      Na szczęście strategię zaopatrzeniową mamy dobrze opanowaną. Raczej przydały by się drugie wczasy, z odchudzaniem;)

      Usuń
  6. O rany, jak widać, my mężczyźni bardzo poważnie podchodzimy do uprawianego przez nas hobby - nie ma mowy o żadnych półśrodkach czy odpuszczaniu. No chyba, że sytuacja jest już tak beznadziejna, że nawet "paternoster" (świetna gra słów!) nie pomoże :)

    Kolejny raz powtórzę, że Twoje miniaturki czyta się z ogromną przyjemnością. Uśmiech nie schodził mi z ust w trakcie lektury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, bardzo poważnie!;) To tak już jest, gdy „zew natury” bierze się za bary z „rywalizacją”;) Wtedy trudno odpuścić, a jeszcze trudniej przełknąć porażkę… Dobrze, że przy tym wszystkim jednak nasi panowie nie zapomnieli o dobrej zabawie:)
      Cieszę się, że udało mi się skłonić do uśmiechu:) Miło mi to usłyszeć, pozdrawiam!

      Usuń
  7. Olu, przyłączam się do poprzednich komentarzy - Twoje życiowe miniaturki czyta się naprawdę z ogromną przyjemnością! Masz dar przekazywania fragmentów niecodzienności w sposób lekki i mądrze zabawny. Opisujesz to wszystko tak, że widziałam każdy szczegół pojedynku i byłam sobie w stanie wyobrazić nawet te przynęty, które są mi zupełnie obce, bo Marcin nie wędkuje :)
    Pozdrawiam Cię bardzo cieplutko:) Odpoczywaj, zbieraj dobrą energię i wchłaniaj to wszystko, co wokół Ciebie, aby móc z tego czerpać w miesiącach chłodu (również tego emocjonalnego!).
    Ściskam Cię mocno!
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi Cię gościć! Widzę, że jesteś wypoczęta i zaczynasz nieco dysponować czasem:)
      Bardzo dziękuję, Moniś, za dobre słowo. Wasz uśmiech – to dla mnie największa nagroda:)
      Pozdrawiam najserdeczniej.
      P.s. Postaram się napisać do Ciebie w najbliższym czasie. Jeżeli mi komputer nie padnie… Ale wtedy zadzwonię:)

      Usuń