sobota, 1 kwietnia 2017

ŚWIAT TO CZASEM ZBYT WIELE – przedpremierowa recenzja książki „ARKADIA” Lauren Groff



Et in Arcadia Ego


Wydawnictwo: Znak
ISBN: 9781401341909

Premiera: 11 kwietnia 2017

„Arkadia” (druga książka Lauren Groff opublikowana w Polsce) jest powieścią z wielowarstwowym przesłaniem. Jedną z jej głównych idei było uprzytomnienie ile iluzoryczności kryje się w próbach utworzenia utopijnego społeczeństwa. Autorka posłużyła się przykładem jednej z hipisowskich komun, które powstały na fali wydarzeń lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku i które z czasem zyskały całkowitą społeczną dezaprobatę. Zajadła krytyka nie była jednak jej celem. Łatwo jest kpić z idealistów, dużo trudniej pochylić się nad nimi ze zrozumieniem. Lauren Groff wybrała trudniejszą drogę. Stara się dotrzeć do samej istoty problemu i dociec dlaczego - mimo wzniosłych założeń i najczystszych intencji – ludzie nie potrafią stworzyć idealnej wspólnoty, a ich wysiłki najczęściej z góry skazane są na klęskę… Przy tym wykazała się sporą empatią i uniknęła moralizowania. Sprawiła, by czytelnik znalazł się w samym sercu hipisowskiej wspólnoty i pozwoliła mu wziąć udział w rozrachunku, jakiego dokonują sami jej mieszkańcy.

Arkadia to rodzina, dodam - niezwykle liczna. Jej charyzmatyczny twórca i przywódca (Rączka) to muzyk, ale przede wszystkim: świetny mówca, który wyłowił młodych rozgoryczonych i zagubionych ludzi na którymś z koncertów, które prawdopodobnie odbyły się owego pamiętnego kalifornijskiego lata miłości1, dał im cel w życiu i powiódł za sobą. Oni (członkowie Arkadii) – pójdą za nim na koniec świata. Trzymają się więc blisko, słuchają płomiennych przemów i czują, jak rosną i szlachetnieją pod ich wpływem. Kiedy ich grupa staje się zbyt liczna, a życie w obozowiskach zaczyna doskwierać (chociażby dlatego, że na świat przychodzą dzieci) – komuna postanawia osiąść na własnym skrawku ziemi i stworzyć azyl jednoczący ludzi wierzących w miłość i równość, żyjących z pracy własnych rąk. Za wspólne pieniądze kupują posiadłość, rozkładają swój ostatni obóz i są gotowi koczować w spartańskich warunkach, zanim będą mogli wprowadzić się do odbudowanej budynku – do swojej prawdziwej Arkadii. Nie, nie przypięli sobie na siłę szumnej łatki; nazwa czekała na nich, powitała ich w progu nowego domu - przyjęli ją jak dobry omen. Ich sława rośnie, więc stale ktoś przyłącza się do ich wspólnoty. Arkadianie nie odmawiają nikomu pomocy: młodocianym uciekinierom, ciężarnym nastolatkom, ani ćpunom, których trzeba poddać resocjalizacji. Arkadia – wbrew stereotypowym wyobrażeniom  –  nie jest wcale zbiorowiskiem degeneratów i ludzi nieokrzesanych; jej główny trzon składa się z ludzi wykształconych, gotowych do pracy i poświęceń, przywiązanych do swoich małych ognisk domowych i dbających o edukację dzieci. Mimo to - komuna nie uniknie problemów. W końcu sprawy przyjmują zły obrót, świat wymknie się nagle spod kontroli i to w momencie, gdy już będziemy wspólnocie kibicować ze wszystkich sił. Z prawdziwym bólem serca odkryjemy, że zarodek klęski pochodzi z tej samej iskry, która powołała eksperyment do życia…



 Tłumy młodzieży na festiwalu w Monterey (źródło) Podobnie musiały wyglądać imprezy w Arkadii...


Obraz fikcyjnej hipisowskiej komuny (z pewnością inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami), jak już sygnalizowałam na początku, nie jest jedyną ideą książki. Proces tworzenia bohatera zbiorowego dało autorce pretekst do wykreowania wspaniałych portretów bohaterów indywidualnych; natomiast historia Arkadii – ewidentnie stanowi tło dla biografii szczególnego członka wspólnoty – Ridleya Sorrela Stone’a (Lutka), który jest najprawdziwszym Arkadianinem, pierwszym dzieckiem urodzonym w komunie. Historia jego narodzin staje się częścią wspólnej legendy, a on sam (z powodu wzrostu i usposobienia) jest oczkiem w głowie całej społeczności. Lutek, po prostu, ma dar wzbudzania instynktów macierzyńskich. Jest dzieckiem wrażliwym (nawet nadwrażliwym), empatycznym i szalenie inteligentnym. Ważną ideą książki było ukazanie wpływu ochronnego kokonu, którym wspólnota otuliła chłopca – na jego umiejętność radzenia i odnajdywania się w życiu. Czy człowiek, który dorasta w takich warunkach, będzie mógł się odnaleźć, gdy zostanie swojej ochrony pozbawiony? Czy rzeczywiście warunki były tak cieplarniane i pozbawione  wad? Czy idealistyczny świat z czasem nie staje się równie mroczny i przygnębiający, jak baśniowa rzeczywistość wykreowana przez braci Grimm?

Wypada teraz już zdradzić, że czytelnik od początku poznaje kronikę wspólnoty oczami Lutka, a książka w dużej mierze (w najważniejszej części) napisana jest z perspektywy dziecka. I to jest jeden z największych i najcudowniejszych atutów tej książki. Z tej perspektywy - przepełnionej wrażliwością, niezwykłą subtelnością i świeżością – wyłania się cały czar, magnetyzm i klimat opowieści. Absolutnie niezwykłej opowieści.

Jakże finezyjnie i mistrzowsko (niemal poetycko) oddany jest obraz dzieciństwa! Odkrywamy świat wraz z chłopcem, a poznajemy go w taki sposób, jaki wyłania się przed nim – w kolejnych etapach, z przybywającymi kolejnymi elementami układanki – coraz bardziej rozrastający się, nabierający treści i zrozumiały. Napisałam, że poznajemy dzieje życia Lutka Stone’a? Tyle, że to nie jest zwykła biografia, raczej stajemy się świadkami kształtowania się artysty. Poza tym wcale nie czytamy książki – lecz w jego duszy. Lutek dostrzega i rozumie więcej niż inne dzieci, bezbłędnie wychwytuje wszelkie napięcia – widzi nie tylko to, co na powierzchni, ale także to, co kryje się głęboko pod spodem… Obserwujemy zatem nie tylko sielankowy obraz Arkadii - obraz zmagań ludzi przepełnionych ideałami, ale uświadomimy sobie cenę, jaką zapłacą za swoje wyrzeczenia. Przekonamy się również, że nadmiar wolności służy tylko ludziom, którzy mają sztywny kręgosłup moralny i mocne zasady. Obraz tak licznej społeczności dał autorce możliwość ukazania rozmaitych zachowań. W tej panoramie na plan pierwszy wysuwa się relacja chłopca z rodzicami, a w szczególności z matką (Hanna to jedna z najlepiej skonstruowanych postaci). Hanna - to filar i opoka. Chociaż Lutek wychowywany jest w komunie, to matka ukształtowała jego świat. Ona sama nie potrafi do końca wyrzec się swoich korzeni i imienia. Ona zadbała, by Lutek nie zapomniał, co w życiu jest najbardziej istotne. Dzięki niej nasz bohater dowiedział się, że każdy kryje w sobie swoją tajemnicę, że człowiek nosi kilka twarzy, a życie ma skomplikowaną naturę.




Książka składa się z czterech części, które ukazują kolejne etapy życia Lutka (dzieciństwo i dorastanie oraz dojrzałość w dwóch okresach – życie w Nowym Jorku i powrót do Arkadii). Wymienione części wpisują się (w dużym uproszczeniu) w schemat: pobyt w raju, wypędzenie, powrót do raju. Dzieciństwo Lutka przypada na erę bitników, dojrzewanie i życie w Nowym Jorku (gdy on i jego rówieśnicy – muszą poradzić sobie ze światem, który nagle spadł im na głowę) – to mniej więcej czasy nam współczesne. Natomiast powrót do Arkadii – to symboliczna (i niezbyt odległa) przyszłość ludzkości.

I tu muszę przyznać, że o ile części dotyczące przeszłości i teraźniejszości połknęłam gładko, to w momencie, gdy akcja przesunęła się do przyszłości (niedalekiej, ale jednak) – narodził się we mnie jakiś wewnętrzny opór. Nie, nie przestaję śledzić fabuły z zainteresowaniem, autorka nadal ma mnie w garści, do samego końca utrzymuje jednakowy poziom, nadal w warstwie ukazującej międzyludzkie relacje osiąga mistrzostwo. Mam na myśli wyłącznie czas akcji – zastanawiam się czy taki zabieg był konieczny. Czy książka dużo zyskała przez przejście od utopii do dystopii? Rozumiem, że autorka potrzebowała klamry i podkreślenia, że ludzkości stale coś zagraża: wojna nuklearna, zamachy terrorystyczne, czy ogólnoświatowa pandemia. Ale można było dojść do takiego samego wniosku nie skacząc w czasie, dzisiaj także nie brakuje okropności, łatwiej też byłoby jednoznacznie książkę zakwalifikować. Wracając do fabuły – wydaje się przecież, że choroba Hanny i jej postawa była wystarczającym powodem, by zmusić Lutka do powrotu i ugrzęźnięcia w Arkadii (teraz zupełnie pustej, wypełnionej duchami przeszłości). To pewne, że Lutek musiał wrócić, by czegoś ważnego się nauczyć, przepracować pewną sprawę. Raz jeszcze obserwujemy jego relacje z matką, a ten motyw jest tak naładowany dramaturgią, tak chwyta za serce i pochłania, że czytelnik z odrętwieniem przyjmuje wieści sączące się z mediów o masowej tragedii świata. Przecież pisarka dobrze to rozumie (daje temu dowód), że bólem i żalem napełnia nas tylko to, na co bezpośrednio patrzymy. Nie przeżywa się odpowiednio tragedii, która jest abstrakcją!

No cóż, może rzeczywiście temperamentowi autorki nie odpowiadało kameralne zakończenie, potrzebowała bardziej spektakularnego ujęcia. Może głębszej wymowy przez to nabrał mit o wypędzeniu z raju. Osądźcie sami. Po książkę warto sięgnąć, bo to prawdziwa uczta czytelnicza, jeśli szukacie w prozie świeżości i subtelności, a także liryzmu i sporej dawki psychologii. To przecież opowieść nie tylko o dzieciństwie i znaczeniu najbliższych osób (czy Lutek, który był otoczony szczelnym kloszem uchroni własną córkę przed traumą?); to historia artysty – człowieka doświadczającego życia we wszystkich jego rejestrach; który wie, że to życie ma dwoistą naturę i nie można przed nim uciec, bo gdziekolwiek się ukryjemy – przyjdzie nam zakosztować i raju i piekła. Z tej dwoistości wynikają wszelkie konsekwencje – wady i zalety człowieka, a nawet niedoskonałość najwznioślejszego uczucia, jakim jest miłość – która może być źródłem szczęścia, ale też przyczyną najdotkliwszego bólu. 

Polecam!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:



Lauren Groff amerykańska powieściopisarka i autorka opowiadań znana jest już czytelnikowi polskiemu. Dokładnie rok temu ukazała się powieść „Fatum i furia”, która w Stanach Zjednoczonych trafiła na listy bestsellerów i wywołała zachwyt prezydenta Obamy. 


1. Ruch hipisowski ukształtował się w U.S.A. w latach 1966-70 i miał związek (m.in.) z działaniami wojennymi w Wietnamie. Młodzi mężczyźni – potencjalni poborowi buntowali się wobec bezsensownej śmierci i okaleczaniu swoich rówieśników, nie chcieli brać udziału w wojnie, która służy wyłącznie właścicielom przemysłu zbrojeniowego. Przerażenie budziła, głoszona przez media. możliwość wybuchu wojny nuklearnej. Młodzież musiała odreagować swój strach. 14 stycznia 1967 odbyła się w San Francisco impreza pod nazwą Zgromadzenie Wszystkich Plemion lub Stawanie się Człowieka. Jej organizatorzy i animatorzy nawoływali do zerwania z „amerykańskim” trybem życia, który prowadzi do utrwalenia systemu ponoszącego odpowiedzialność za śmierć tysięcy istnień ludzkich. Lato 1967, nazwane „kalifornijskim latem miłości” było okresem masowych ucieczek młodzieży z domu, uczestnictwa w koncertach (odbył się wówczas m.in. słynny festiwal muzyczny w Monterey, na którym debiutowała Janis Joplin i Jimi Hendrix).


6 komentarzy:

  1. O wow! Przekonałaś mnie. Brakuje mi teraz lektury, która by mnie porwała, ale myślę, że Lauren Groff da radę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Porywająca" - to dobre słowo. Pasuje idealnie:)

      Usuń
  2. Człowiek to istota niesłychanie uparta w dążeniach do stworzenia raju na Ziemi, tyle, że próby te z góry skazane są na porażkę, co wynika z naszej natury. Polecam książkę Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć Utopii autorstwa Johna Graya, w którym skrupulatnej analizie poddano tzw. myślenie utopijne.

    A recenzowana powieść bardzo mnie intryguje - lubię czytać lektury poświęcone ruchom hippisowskim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za podrzucony tytuł - bardzo dziękuję. W przypadku "Arkadii" należy pamiętać, że odniesienie do prób utworzenia społeczeństwa idealnego - to tylko jedna z idei książki. To jest tło dla tego, co najistotniejsze. A w tym wypadku - to warstwa psychologiczna i plastyczne (często niemal poetyckie) opisy oddające przeżycia bohatera - nie jest to w żadnym wypadku dokument. Do czego zmierzam? "Arkadia" - to książka, która podobnie jak "Zabić drozda" pokazuje ważny problem, ale oczami dziecka.

      Usuń
  3. Zawsze z podziwem czytam Twoje recenzje Olu. I za każdym razem już bym chciała książkę, o której piszesz,mieć i czytać. I tym razem jest tak samo. Tym bardziej, że tematyka dotyczy lat mojej wczesnej młodości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie dziękuję, Anno. Książkę polecam. Ale nie jako dosłowną kronikę tamtych wydarzeń, raczej jak miemal poetyckie ich odbicie. Jako spojrzenie na wydarzenia z drugiej strony, oczami członków wspólnoty. Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń